voila, dobiega końca moja katowicka „przygoda”.
jeszcze tylko dwa i pół dnia. powoli pakuję walizkę, zapełniam kartony, co je wyekspediuję pocztą (narzuta 220 na 240 jakoś w walizkie się zmieścić nie chce).
jakoś przeżyłam. ciapągi za oknem i Portugalców za ścianą też.

nie udało mi się przerobić na mini-szwarcenegera, napisać pracy, fajnego szaca przygruchać.
spotkać Ślązaczki (no, chyba, że nieświadomie), ani Just (chyba, że też gdzieś nieświadomie)
udało mi się polubić kolegów z pracy, życie bez korków i siłownię za rogiem.
pobić swój rekord długości dżogowania oraz nie kupić tu żadnych (!!!!!!!!) butów. (bo te z Londynu się nie liczą)
no i odnaleźć prawdę.

szybko minęło.

(a w sobotę w Bxl dowcip usłyszałam taki
- a wiecie, słyszałem o jednym gościu, co sprzedał akcje Fortisa i został milionerem !
- nie mów !!!
- no ! wcześniej był miliarderem… )