zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Pomędzę sobie tutaj, bo doskonale wiem, że nic z tym nie zrobię na w reallife.
    Moje dziecko ma „przyjaciółkę”, sąsiadkę dwa piętra niżej, z którą w dodatku w jednej grupie w przedszkolu jest.
    W…. mnie ta gówniara niemożebnie. Normalnie szlag mnie trafia na sam jej widok.
    Jest wredna, złośliwa, upierdliwa i męcząca. Ale przy okazji jest niesamowicie inteligentna, ma świetną pamięć, i potrafi się przymilać.
    No i ma bardzo fajnych rodziców.
    Ale on ją uwielbia. Lubi z nią spędzać czas, mimo, że gówniara nim rządzi, zabiera zabawki i nie chce się dzielić swoimi. Oddałby jej swoją ostatnią ulubioną czekoladkę.
    I ona co rano, gdy tylko pojawiamy się w przedszkolu, pyta „czy mogę przyjść dzisiaj do ciebie po przedszkolu ?”, i mnie od razu trafia ciężka cholera, i mam ochotę jej powiedzieć „wiesz co, dziecko, odwal się”. Z drugiej strony wiem, że on ją uwielbia, i że jak się ją trochę ochrzani, to generalnie grzecznieje, i że potrafią się ładnie bawić razem, i że dzięki temu JA  nie muszę się bawić samochodami, ale to jest silniejsze ode mnie.
    Po prostu nie znoszę tego dziecka. Organicznie.

    Do tego jak już zaczęliśmy się z kwestiami ślubowymi ogarniać (sukienka zakupiona, traiteur prawie zorganizowany, zaproszenia zamówione), to Ktoto zarezerwowała sobie bilet do L. w datach od czapy, i nie wiem, doprawdy, NIE WIEM.

     

    na nartach byliśmy na początku kwietnia. było świetnie, rewelacyjnie wręcz. wynajęliśmy sympatyczne mieszkanie, zapisaliśmy Kudlacza do garderie tylko na przedpołudnia, za to z nauką jazdy na nartach (godzina dziennie, zdecydowanie w sam raz dla takiego małego zbója). pogoda była jak marzenie – głównie piekne błękitne niebo, ale i gęsta mgła oraz śnieżyca też się zdarzyła (czy już mówiłam, że jestem nienormalna i kocham trudne warunki ? jak jest zimno i naparza śniegiem po oczach, jestem w siódmym niebie. a wjeżdżanie na wyciągu w mgłę jak mleko… mmmm…!). rano jeździliśmy na nartach, potem strzelaliśmy sobie drzemkę, a później jeździliśmy na sankach, na tyłku, tarzaliśmy się w śniegu, obrzucaliśmy śnieżkami. dawno się tak dobrze nie bawiliśmy. a może nawet nigdy.
    i w dodatku Kudłaty został super championem i dostał medal super championa Piou-piou. mówię Wam, jaki był dumny, gdy mi go pokazywał !  oczywiście, od razu pokochał narty.

     

     

    wychodzi na to, że wychodzę. za mąż, w sensie. za nieco ponad dwa miesiące, prawda.
    mamy zarezerwowaną podróż poślubną, ale za to – nie mamy zaproszeń dla gości, wyżywienia dla tychże, nie wspominając o kieckie dla mnie. 
    w dodatku taki mam odrzut do sklepów ostatnio, że nie wiem, doprawdy, jak ja się jej dorobię. najchętniej, to sama bym sobie wydziergała, ale chyba trochę zdolności brak.
    bo tak poza tym, to wynalazłam sobie jedną w necie. znaczy, na Monice Belucci ją zobaczyłam, i oczywiście od razu polazłam na dolczeandgabana i zidentyfikowałam. jedyne 1300. w euro, prawda. na szczęście ta do kupienia jest błękitna, a ja bym wolała jakąś kremową. albo kość słoniowa. coś w ten deseń. więc mogę sobie wmówić, że nie kupuję jej, bo ma nieodpowiedni kolor. na. no, chyba, że bloguś się zrzuci na moje ślubne odzienie.
    co o tym sądzisz, blogusiu ?

    poza tym wychowawczy mnie się kończy z końcem października, roboty ciągle nie mam, i trochę w d. jestem. ale będzie dobrze. prawda, blogusiu ?

     

    Środowy wieczór, 22h z minutami, od ponad godziny usiłujemy położyć Kudłacza spać, ale wraca jako ten bumerang albo Glenn Close w Fatalnym zauroczeniu (pamiętacie tę scenę, kiedy on ją topi w wannie, i już mu się wydaje, że ma spokój, że wreszcie ją szlag trafił, i zdjemuje ręce z jej szyi, osuwa się z westchnięciem ulgi na podłogę, coby odpocząć – bo w końcu topienie to kawał ciężkiej roboty jest – a ona wtedy podnosi się jednym ruchem oraz z jednym nożem ? No więc Kudłaty ma tak samo. Już mamy wrażenie, że śpi, że padł wreszcie, a ten – hyc, z łóżka, skrzyp, otwiera drzwi od pokoju, tup tup tup bosymi stopami w korytarzu i błagalne „maaamaaaan” zza drzwi kolejnych)
    Więc kolejna próba odłożenia go do łóżka, już-już wydaje się, że skuteczna, kiedy nagle słyszymy kolejny zestaw skrzyp – tup tup tup – maaamaaan, po czym następuje dialog :
    on : maaamaaan, zizi bouge.
    ja : no tak się zdarza, kochanie, że siusiak się rusza
    Nowy kwiczy
    on : zizi grand i bouge
    ja : wiem, kotku, tak się zdarza
    Nowy ma łzy wewoczech
    on : zizi grand i bouge i bouge
    ja : wiem, kochanie, daj siusiakowi spokój, to przestanie się ruszać. Idź spać.
    Nowy płacze, ja jakimś cudem oraz siłą woli się opanowuję
    on : maaaamaaan, zizi bouge
    ja : wiem, słonko. Idź spać, to przestanie.
    Ocierając łzy ruszam się wreszcie, kładę go spać, buzi buzi, śpij dobrze, dobranoc, wracam do salonu.
    Dwie minuty później.
    Skrzyp – tup tup tup – maaaamaaan :
    Maaamaaan, zizi ne bouge plus !!!

    to świetnie, kotku, że siusiak się już nie rusza

    leżymy kwiczymy oraz płaczemy

    Moje dziecko zaczyna wreszcie mówić, prawda.
    I wychodzą takie perełki „Kudłaty ma pieces dans poche. Kupir dżin i jogurt”. 
    Albo „mis photo tutaj”.
    Ewentualnie „Veux manger epinards, riz i rybkę”.
    Dziwić się, że pani przedszkolanka nic nie rozumie.

    Byłam w Pl ostatnio. Pojechałam śnieg zobaczyć, bo wiecie, u mnie tego jak na lekarstwo.
    No dobra, żartowałam. Tak na serio to pojechałam się z uberszefem mojej korpo spotkać, coby mnie swoim autorytetem (i 150kg żywej wagi) wsparł w poszukiwaniu pracy tutaj. Ale tydzień przed spotkaniem, kiedy już bilety kupione, apartament zarezerwowany oraz stosy przedmiotów różnych na allegro zamówione były, uberszef odwołał spotkanie. Że niby rada nadzorcza w Rumunii. (Na wszelki wypadek pojechałam do biura, sprawdzić, czy nie ściema. Nie było go).
    Ale nie ma tego złego.
    Śnieg zobaczyłam, prezent sezonu dostałam oraz rozczarowanie sezonu przeżyłam.
    Bo widzicie, ja nie wiem, naprawdę nie wiem, co niektórym facetom siedzi pod włosami. Mam wrażenie, że z mózgiem nie ma to wiele wspólnego. Weźmy na ten przykład tego tam. Znamy się jedenaście lat. JEDENAŚCIE. Od zawsze było wiadomo, że się we mnie kocha, i od zawsze pozostawało to w sferze żartów. Bo i ja niezbyt zainteresowana byłam, a i on zawsze coś miał na warsztacie. Ale kumplowaliśmy się zawsze, i na imprezy pijackie mocno chodziliśmy wespół w zespół. A teraz nagle, po jedenastu latach, gdy ja trzylatka oraz krótkoterminowe plany ślubne hoduję, mu się rzuciło, temu chłopaku. Na wszystko. Od smsów począwszy, na imprezowej natarczywości skończywszy. Że on mnie kocha. Że chce się ze mną ożenić. No i oczywiście – Kudłatego bis sobie ze mną zrobić. Na początku wszystko w żart przerabiałam, w końcum od tego miszczynią, potem moja nieprzeceniona pijacka asertywność w ruch poszła, ale w końcu się wystraszyłam. I to tak raczej nie na żarty.

    Na szczęście Ktoto była obok.
    Na nieszczęście fajnego kumpla straciłam.

    A potem dostałam od siostry w ramach zaległego prezentu urodzinowego, polaroida, i się JARAM.

    na Dzień Kobiet z rana dostałam tupot trzyletnich bosych stóp w korytarzu, buziaka i słodkie „bonne fete, maman”
    a wieczorem bukiet róż, sushi i butelkę szampana.
    jeden z tych dni, dla których chce się żyć.

    że wszędzie pada śnieg, tylko – oczywiście – NIE U NAS. A to przecież niemal Alpy !
    Poza tym zadzwoniono do mnie ostatnio z propozycją pracy – w Londynie.
    Poza tym kupiłam sobie super buty na zalandzie, i musiałam je odesłać, w diabła niewygodne. I przy okazji za małe.
    Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

    W ramach cyklu „książki, które kupiłam, a potem bałam się przeczytać” ostatnio wchłonęłam „wytropić Eichmanna” oraz „pan raczy żartować, panie Feynman”. I z jednej strony zastanawiam się, DLACZEGO, do jasnej cholery, tyle czasu z tą lekturą zwlekałam, a z drugiej – doskonale to rozumiem. To wszystko kwestia PODŚWIADOMOŚCI. Otóż moja kochana podświadomość dba o moje samopoczucie i dlatego zwleka z czytaniem rewelacyjnie napisanej i do tego świetnie udokumentowanej (bibliografii ma chyba z 8 stron !!!) oraz oczywiście przetłumaczonej na jakiś zyliard języków książki faceta DWA LATA starszego ode mnie (Bascomb) i wspomnień gościa, który nie dosyć, że miał łeb jak sklep i dostał Nobla z fizyki, to jeszcze nieźle grał na bębnach, od absolutnego zera nauczył się rysować na tyle, że miał wystawę indywidualną i przy okazji był skromny i LUCKI (Feynman).  Bo moja podświadomość to dobra i lucka pani jest. Wie, że mam już wystarczającego doła, i że dodatkowy, spowodowany uświadomieniem sobie ograniczoności mojego małego rozumku, bynajmniej nie jest mi niezbędny do życia.

    Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

    …są moje urodziny.
    13.1.13.
    choć urodziny niestety nie trzynaste ;)
    życzę sobie właściwie tylko jednej rzeczy (no, może dwóch…) : żeby szybko znaleźć pracę.
    (bo jeśli jej nie znajdę, będę musiała na poważnie rozważyć powrót do Polski i życie z Nowym na odległość, czego nie chcę nie chcę NIE CHCĘ !!!)
    trzymajcie kciuki za mnie.

    taki rysunek po fejsbuku krąży :

    szczesliwego nowego roku 

    i ja się z nim zgadzam.

    Dajmy na to, taką na przykład ostatnią sobotę.

    Pojechaliśmy z rana na basen, bo na w miarę pobliskim w soboty organizują bebe-ploufy, czyli taki jakby wodny plac zabaw dla gówniarzerii. Kudłaty bawił się setnie, a i my nawet jakoś strasznie nie ziewalim.

    Niestety, w końcu nastąpiła ta smutna chwila, w które trzeba było basen opuścić. Zaprawdę, powiadam Wam, słyszała nas cała pływalnia oraz połowa Caluire (et Cuire). Na szczęście pomyślałam, by zabrać z domu Natychmiastowy Środek Zaradczy – danie pommes de terre-poulet (tak, moje dziecko nadal gustuje w gotowych daniach, najlepiej takich od 8 miesiąca : nie trzeba żuć. Nie lubi się chłopak męczyć nadaremnie. W końcu moje dziecko, prawda).

    Gotowe danko zatkało rozdartą paszczę, udaliśmy się zatem krokiem radosnym do samochodu. Za wycieraczką czekała na nas niebieska karteczka informująca, że mandacik – w wysokości nieokreślonej, ale za to zgodnej z obowiązującym cennikiem – dostaniemy pocztą. Tak, Nowy zaparkował się na chodniku.

    Nic to, pomyślałam sobie optymistycznie, po południu pojedziemy do Bardotów, będzie przyjemniej.

    Zjedliśmy obiad i wsiedliśmy do samochodu.

    W drodze do Bardotów wystąpiło zagrożenie zuporzygiem.  Spożywanie galette des rois - a to jakby było celem tego rodzinnego spotkania stanęło pod dużym znakiem zapytania.

    Po dotelepaniu się na miejsce, dwóch kubłach zielonej herbaty oraz wymianie uprzejmości z Siostrzeńcem BB (on : masz rację, trzeba być debilem, żeby interesować się wilkami, ja : o tak, trzeba. Swoją drogą, jadąc na miejsce zastanawialiśmy się z Nowym, czy Siostrzeniec, idąc za przykładem uwielbianej ciotuni, zamierza poprosić o rosyjskie obywatelstwo, ale jakoś nie nadarzyła się okazja, by go o to zapytać)  jakoś jednak doszłam do siebie i pożarłam trzy kawałki galette. W których to znalazłam dwa feves. I proszę Was, nie proście mnie o tłumaczenie, bo za diabła nie mam pojęcia, jak to przetłumaczyć. Galette to jest takie ciasto, na bazie ciasta francuskiego z nadzieniem na bazie marcepanu. Ocieka toto tłuszczem i cukrem i je UWIELBIAM (na dietę przechodze od dzisiaj. No dobrze, od jutra, bo dziś jeszcze trochę mi go zostało). Najlepsze, jakie jadłam, jest do dostania w Warszawie, w Batidzie. Nawet tutejsze, lokaleskie, Seve’owe nie jest takie dobre. Feve natomiast to taki mini-fant, który do tego ciasta wkładają. Może to być jakaś religijna figurka, jeśli galette jest bardziej tradycyjna, ale może też być myszka Miki czy samochód. W każdym razie, jak się tą feve znajdzie, to się ma prawo do noszenia absolutnie obciachowej papierowej korony, której zazdroszczą człowiekowi wszystkie zgromadzone bachory oraz do tytułowania się Królową. Albo Królem, zależy od płci, prawda.

    Jak już wchłonęłam, czego pragnęłam, udaliśmy się do domu. Bo wiecie, to nie ma to tamto, że te Bardoty to tak będą w Lyonie dla przykładu mieszkać. A skąd. To trzeba się trochę przejechać, coby sobie zasłużyć, prawda. Więc czekała nas jeszcze niewielka pięćdziesięciominutowa przejażdżka.

    W drodze do domu wiszęce nad nami od rana zagrożenie kudłatorzygiem ciałem się stało. A ja miałam nadzieję, że mu choroba lokomocyjna przeszła. Naiwna ja.

    Wyszły obydwa pochłonięte przez niego kawałki galette oraz obydwie porcje musu czekoladowego. Wyszły na kurtkę, fotelik, siedzenie, spodnie… gdzie się dało. Zatrzymaliśmy się zatem, coby go odświeżyć oraz odrzygowić trochę. A powietrze było – powiedzmy – rześkie dość, a Kudłaty miał na sobie moją kurtkę. A ja byłam szczęśliwa, że założyłam gruby sweter.

    Gdy wreszcie, po kilku kolejnych alarmach rzygowych, różami woniejącym (nie mówiłam Wam, że moje dziecko rzyga na różanie ? nie mwiam ? jak to możliwe ???) samochodem dotarliśmy pod dom, odetchnęłam z ulgą – teraz już może być tylko lepiej ! W odpowiedzi na moje odetchnięcie Nowy, parkując się upierdzielił wsteczne lusterko. Tak, ten facet ma prawo jazdy nawet na tira.

    Na podsumowanie tego, jakże udanego, dnia, Kudłaty zażyczył sobie kolejnego seansu Piotrusia Pana (dajcie mi typa, który napisał to ohydne, mizoginistyczne ścierwo, niech go rozpłatam, jako tę żabę na lekcji biologii w podstawówce, niech go przypnę szpileczkami do stołu i poobserwuję, jak zdycha ! ) (że co ? NIE ŻYJE ??? mam nadzieję, że jego piekło zaludnione jest FEMINISTKAMI !!!)  i położył się spać już przed 23.00.  (ale za to wstał w niedzielę o 6.25. Kto mówił, że dzieci potrzebują dużo snu ? Dajcie mi go tu, niech go rozpłatam, jako tę żabę na lekcji biologii itd.)

    Ale o czym to my mówiliśmy ?

    Ach, no tak ! Szczęśliwego Nowego Roku !

    ŻĄDAM

    Dla nas wszystkich

    …nie grymaszę i nie płaczę
    takich oto – między innymi – arcydzieł poezji polskiej uczą Kudłatego w polskim przedszkolu, do którego uczęszcza regularnie w sobotnie przedpołudnia od jakiegoś miesiąca.
    (bo przecież wiadomo, że najważniejszą cechą każdego przedszkolaka jest poziom jego grzeczności i nieprzeszkadzania pani przedszkolance)
    ale generalnie nie o tym chciałam.
    aczkolwiek rzeczywiście chciałam o polskim przedszkolu.
    okazało się albowiem, że jedna z pań przedszkolanek – której nikt do przedszkolankowania nie zmuszał, a nawet wręcz przeciwnie, powiedziałabym, zgłosiła się jakiś rok temu sama, z zapotrzebowaniem na staż tego typu – no więc ta oto pani przedszkolanka poinformowała derekcję, że ona w tygodniu chodzi do szkoły muzycznej, i w związku z tym w łikędy musi oszczędzać głos. zatem zapytuje ona niniejszym, czy może zajmować się dziećmi w wieku 2 – 3 – 4 lat nie wypowiadając ni słowa ?
    aaaależ oczywiścieee, proszę pani ! może pani również śnieg łopatą odgarniać nie zginając pleców oraz radia maryja słuchać nie zakładając moherowego beretu.

    nie piszę, bo nie lubię egzaltacji.
    a – niestety – nie mam na tyle talentu, by pisać o tym, co obecnie żyję, bez popadania w w/w.


    • RSS