Kolejne urodziny.
W ramach prezentu mój mężuś kochany (cukier cukier, dużo cukru) sprowadził mi na nie ktoto.
Jak ta nastolatka popłakałam się przy przywitaniu i pożegnaniu.

Na nowy rok pojechaliśmy do Marakeszu. Było świetnie, słońce, dwadzieścia parę stopni w dzień, kryty basen, leniwy wypoczynkowy pobyt. No dobrze, w nocy było zimno jak ciężka cholera, a ja oczywiście na noworoczną noc przewidziałam leciuchną sukienczynę, ale nicto. Się przeżyło.
Do Marakeszu jako takiego pojechaliśmy raz, nie zachwycił. Trudno sobie wyobrazić, że swego czasu kolonizowali pół Europy, i  że Sewilla wiele swoich cudów właśnie Maurom zawdzięcza. Doprawdy, już lepiej jechać do Sewilli.
Ale za to impreza była fajna, Kudłacz świetnie się bawił, i nawet nie obudził nas na drugi dzień o godzinie typu 7:20, jak to ma w zwyczaju. W ogóle jakoś zaskakująco dobrze tam spał, szkoda, że mu przeszło.

Poza tym dwa ostatnie egzaminy w tym tygodniu, ostatni lekko abstrakcyjny – wyobrażacie sobie ? pół godzinny egzamin o 8:00, to podpada pod znęcanie się nad bezbronnymi studentami. 50 pytań, z czego na mniej więcej połowę odpowiedziałam stosując zasadę „ene-due-rike-fake”. Pierwszy egzamin w tej sesji, co do wyniku którego mam poważne wątpliwości. (No dobrze, jeszcze historia konstytucyjna jest wątpliwa)
No nic, zobaczymy.

Od poniedziałku startujemy od nowa z tym koksem. Jeszcze tylko 4 i pół roku, prawda.