Działo się to dawno dawno temu…
Po powrocie z podróży poślubnej udaliśmy się świętować związek nasz w ojczyźnie. Mojej ojczyźnie w sensie.
Oprócz różnych takich przydatków typu najbliższa, ponoć, rodzina, pojawił się na imprezie członek również rodziny prawdziwej, znaczy – Ktoto.
I siedziałyśmy sobie któregoś pięknego dnia, i opowiadałam przeżycia z Mauritiusa, a szczególnie historię ptaków dodo, która to wstrząsnęła mną do głębi, i nawet sobie za bardzo nie żartuję.
Bo widzicie, dodo w początkach swojej historii były ptakami wędrownymi. Wędrowały sobie po świecie, były szczupłe i piękne, aż któregoś pięknego dnia odkryły Mauritiusa.
Mauritius był dla nich idealnym miejscem do życia, bo gleba była żyzna, wulkaniczna, a one odżywiały się ziarnami i owocami, drapieżników nie było żadnych, rasy ludzkiej też nie, to osiadły tam sobie te ptaszyska, i mnożyć się poczęły.
Najpierw na Mauritius dotarli Arabowie. Pobyli sobie chwilę i pojechali, bo co tam robić mieli.
Potem przyjechali Portugalczycy. Pooglądali dodo, nazwali je „głuptasami”, bo się ludzi nie bały, i też pojechali.
Ale potem, niestety, nadjechali Holendrzy.
Zobaczyli piękną zieloną wyspę, we wszelkie dobra opływającą, i zostali na dłużej. A razem z nimi – ich psy, koty no i szczury.
Zwierzyna holenderska zajęła się niszczeniem dodzich gniazd i wyjadaniem jajek, a dodo zajęli się sami Holendrzy… Biedne głupiutkie dodziaki. Ostatnie dwa Holendrzy zeżarli bodajże w 1662 roku. A potem wzięli, i wyjechali, bo co mieli tam więcej robić.
I zadumałam się nad słowami memi, i łzę z oka nad smutnym dodo losem utoczoną obtarłam, gdy – przytomna jak zwykle – Ktoto zauważyła : „No widzisz, a my się zastanawiałyśmy, dlaczego nas tak wiecznie po świecie nosi. Bo boimy się, że jak gdzieś osiądziemy, to nas Holendrzy zeżrą !

 

dodo