na nartach byliśmy na początku kwietnia. było świetnie, rewelacyjnie wręcz. wynajęliśmy sympatyczne mieszkanie, zapisaliśmy Kudlacza do garderie tylko na przedpołudnia, za to z nauką jazdy na nartach (godzina dziennie, zdecydowanie w sam raz dla takiego małego zbója). pogoda była jak marzenie – głównie piekne błękitne niebo, ale i gęsta mgła oraz śnieżyca też się zdarzyła (czy już mówiłam, że jestem nienormalna i kocham trudne warunki ? jak jest zimno i naparza śniegiem po oczach, jestem w siódmym niebie. a wjeżdżanie na wyciągu w mgłę jak mleko… mmmm…!). rano jeździliśmy na nartach, potem strzelaliśmy sobie drzemkę, a później jeździliśmy na sankach, na tyłku, tarzaliśmy się w śniegu, obrzucaliśmy śnieżkami. dawno się tak dobrze nie bawiliśmy. a może nawet nigdy.
i w dodatku Kudłaty został super championem i dostał medal super championa Piou-piou. mówię Wam, jaki był dumny, gdy mi go pokazywał !  oczywiście, od razu pokochał narty.

 

 

wychodzi na to, że wychodzę. za mąż, w sensie. za nieco ponad dwa miesiące, prawda.
mamy zarezerwowaną podróż poślubną, ale za to – nie mamy zaproszeń dla gości, wyżywienia dla tychże, nie wspominając o kieckie dla mnie. 
w dodatku taki mam odrzut do sklepów ostatnio, że nie wiem, doprawdy, jak ja się jej dorobię. najchętniej, to sama bym sobie wydziergała, ale chyba trochę zdolności brak.
bo tak poza tym, to wynalazłam sobie jedną w necie. znaczy, na Monice Belucci ją zobaczyłam, i oczywiście od razu polazłam na dolczeandgabana i zidentyfikowałam. jedyne 1300. w euro, prawda. na szczęście ta do kupienia jest błękitna, a ja bym wolała jakąś kremową. albo kość słoniowa. coś w ten deseń. więc mogę sobie wmówić, że nie kupuję jej, bo ma nieodpowiedni kolor. na. no, chyba, że bloguś się zrzuci na moje ślubne odzienie.
co o tym sądzisz, blogusiu ?

poza tym wychowawczy mnie się kończy z końcem października, roboty ciągle nie mam, i trochę w d. jestem. ale będzie dobrze. prawda, blogusiu ?