zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 3.2013

    Środowy wieczór, 22h z minutami, od ponad godziny usiłujemy położyć Kudłacza spać, ale wraca jako ten bumerang albo Glenn Close w Fatalnym zauroczeniu (pamiętacie tę scenę, kiedy on ją topi w wannie, i już mu się wydaje, że ma spokój, że wreszcie ją szlag trafił, i zdjemuje ręce z jej szyi, osuwa się z westchnięciem ulgi na podłogę, coby odpocząć – bo w końcu topienie to kawał ciężkiej roboty jest – a ona wtedy podnosi się jednym ruchem oraz z jednym nożem ? No więc Kudłaty ma tak samo. Już mamy wrażenie, że śpi, że padł wreszcie, a ten – hyc, z łóżka, skrzyp, otwiera drzwi od pokoju, tup tup tup bosymi stopami w korytarzu i błagalne „maaamaaaan” zza drzwi kolejnych)
    Więc kolejna próba odłożenia go do łóżka, już-już wydaje się, że skuteczna, kiedy nagle słyszymy kolejny zestaw skrzyp – tup tup tup – maaamaaan, po czym następuje dialog :
    on : maaamaaan, zizi bouge.
    ja : no tak się zdarza, kochanie, że siusiak się rusza
    Nowy kwiczy
    on : zizi grand i bouge
    ja : wiem, kotku, tak się zdarza
    Nowy ma łzy wewoczech
    on : zizi grand i bouge i bouge
    ja : wiem, kochanie, daj siusiakowi spokój, to przestanie się ruszać. Idź spać.
    Nowy płacze, ja jakimś cudem oraz siłą woli się opanowuję
    on : maaaamaaan, zizi bouge
    ja : wiem, słonko. Idź spać, to przestanie.
    Ocierając łzy ruszam się wreszcie, kładę go spać, buzi buzi, śpij dobrze, dobranoc, wracam do salonu.
    Dwie minuty później.
    Skrzyp – tup tup tup – maaaamaaan :
    Maaamaaan, zizi ne bouge plus !!!

    to świetnie, kotku, że siusiak się już nie rusza

    leżymy kwiczymy oraz płaczemy

    Moje dziecko zaczyna wreszcie mówić, prawda.
    I wychodzą takie perełki „Kudłaty ma pieces dans poche. Kupir dżin i jogurt”. 
    Albo „mis photo tutaj”.
    Ewentualnie „Veux manger epinards, riz i rybkę”.
    Dziwić się, że pani przedszkolanka nic nie rozumie.

    Byłam w Pl ostatnio. Pojechałam śnieg zobaczyć, bo wiecie, u mnie tego jak na lekarstwo.
    No dobra, żartowałam. Tak na serio to pojechałam się z uberszefem mojej korpo spotkać, coby mnie swoim autorytetem (i 150kg żywej wagi) wsparł w poszukiwaniu pracy tutaj. Ale tydzień przed spotkaniem, kiedy już bilety kupione, apartament zarezerwowany oraz stosy przedmiotów różnych na allegro zamówione były, uberszef odwołał spotkanie. Że niby rada nadzorcza w Rumunii. (Na wszelki wypadek pojechałam do biura, sprawdzić, czy nie ściema. Nie było go).
    Ale nie ma tego złego.
    Śnieg zobaczyłam, prezent sezonu dostałam oraz rozczarowanie sezonu przeżyłam.
    Bo widzicie, ja nie wiem, naprawdę nie wiem, co niektórym facetom siedzi pod włosami. Mam wrażenie, że z mózgiem nie ma to wiele wspólnego. Weźmy na ten przykład tego tam. Znamy się jedenaście lat. JEDENAŚCIE. Od zawsze było wiadomo, że się we mnie kocha, i od zawsze pozostawało to w sferze żartów. Bo i ja niezbyt zainteresowana byłam, a i on zawsze coś miał na warsztacie. Ale kumplowaliśmy się zawsze, i na imprezy pijackie mocno chodziliśmy wespół w zespół. A teraz nagle, po jedenastu latach, gdy ja trzylatka oraz krótkoterminowe plany ślubne hoduję, mu się rzuciło, temu chłopaku. Na wszystko. Od smsów począwszy, na imprezowej natarczywości skończywszy. Że on mnie kocha. Że chce się ze mną ożenić. No i oczywiście – Kudłatego bis sobie ze mną zrobić. Na początku wszystko w żart przerabiałam, w końcum od tego miszczynią, potem moja nieprzeceniona pijacka asertywność w ruch poszła, ale w końcu się wystraszyłam. I to tak raczej nie na żarty.

    Na szczęście Ktoto była obok.
    Na nieszczęście fajnego kumpla straciłam.

    A potem dostałam od siostry w ramach zaległego prezentu urodzinowego, polaroida, i się JARAM.

    na Dzień Kobiet z rana dostałam tupot trzyletnich bosych stóp w korytarzu, buziaka i słodkie „bonne fete, maman”
    a wieczorem bukiet róż, sushi i butelkę szampana.
    jeden z tych dni, dla których chce się żyć.


    • RSS