zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 1.2013

    że wszędzie pada śnieg, tylko – oczywiście – NIE U NAS. A to przecież niemal Alpy !
    Poza tym zadzwoniono do mnie ostatnio z propozycją pracy – w Londynie.
    Poza tym kupiłam sobie super buty na zalandzie, i musiałam je odesłać, w diabła niewygodne. I przy okazji za małe.
    Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

    W ramach cyklu „książki, które kupiłam, a potem bałam się przeczytać” ostatnio wchłonęłam „wytropić Eichmanna” oraz „pan raczy żartować, panie Feynman”. I z jednej strony zastanawiam się, DLACZEGO, do jasnej cholery, tyle czasu z tą lekturą zwlekałam, a z drugiej – doskonale to rozumiem. To wszystko kwestia PODŚWIADOMOŚCI. Otóż moja kochana podświadomość dba o moje samopoczucie i dlatego zwleka z czytaniem rewelacyjnie napisanej i do tego świetnie udokumentowanej (bibliografii ma chyba z 8 stron !!!) oraz oczywiście przetłumaczonej na jakiś zyliard języków książki faceta DWA LATA starszego ode mnie (Bascomb) i wspomnień gościa, który nie dosyć, że miał łeb jak sklep i dostał Nobla z fizyki, to jeszcze nieźle grał na bębnach, od absolutnego zera nauczył się rysować na tyle, że miał wystawę indywidualną i przy okazji był skromny i LUCKI (Feynman).  Bo moja podświadomość to dobra i lucka pani jest. Wie, że mam już wystarczającego doła, i że dodatkowy, spowodowany uświadomieniem sobie ograniczoności mojego małego rozumku, bynajmniej nie jest mi niezbędny do życia.

    Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

    …są moje urodziny.
    13.1.13.
    choć urodziny niestety nie trzynaste ;)
    życzę sobie właściwie tylko jednej rzeczy (no, może dwóch…) : żeby szybko znaleźć pracę.
    (bo jeśli jej nie znajdę, będę musiała na poważnie rozważyć powrót do Polski i życie z Nowym na odległość, czego nie chcę nie chcę NIE CHCĘ !!!)
    trzymajcie kciuki za mnie.

    taki rysunek po fejsbuku krąży :

    szczesliwego nowego roku 

    i ja się z nim zgadzam.

    Dajmy na to, taką na przykład ostatnią sobotę.

    Pojechaliśmy z rana na basen, bo na w miarę pobliskim w soboty organizują bebe-ploufy, czyli taki jakby wodny plac zabaw dla gówniarzerii. Kudłaty bawił się setnie, a i my nawet jakoś strasznie nie ziewalim.

    Niestety, w końcu nastąpiła ta smutna chwila, w które trzeba było basen opuścić. Zaprawdę, powiadam Wam, słyszała nas cała pływalnia oraz połowa Caluire (et Cuire). Na szczęście pomyślałam, by zabrać z domu Natychmiastowy Środek Zaradczy – danie pommes de terre-poulet (tak, moje dziecko nadal gustuje w gotowych daniach, najlepiej takich od 8 miesiąca : nie trzeba żuć. Nie lubi się chłopak męczyć nadaremnie. W końcu moje dziecko, prawda).

    Gotowe danko zatkało rozdartą paszczę, udaliśmy się zatem krokiem radosnym do samochodu. Za wycieraczką czekała na nas niebieska karteczka informująca, że mandacik – w wysokości nieokreślonej, ale za to zgodnej z obowiązującym cennikiem – dostaniemy pocztą. Tak, Nowy zaparkował się na chodniku.

    Nic to, pomyślałam sobie optymistycznie, po południu pojedziemy do Bardotów, będzie przyjemniej.

    Zjedliśmy obiad i wsiedliśmy do samochodu.

    W drodze do Bardotów wystąpiło zagrożenie zuporzygiem.  Spożywanie galette des rois - a to jakby było celem tego rodzinnego spotkania stanęło pod dużym znakiem zapytania.

    Po dotelepaniu się na miejsce, dwóch kubłach zielonej herbaty oraz wymianie uprzejmości z Siostrzeńcem BB (on : masz rację, trzeba być debilem, żeby interesować się wilkami, ja : o tak, trzeba. Swoją drogą, jadąc na miejsce zastanawialiśmy się z Nowym, czy Siostrzeniec, idąc za przykładem uwielbianej ciotuni, zamierza poprosić o rosyjskie obywatelstwo, ale jakoś nie nadarzyła się okazja, by go o to zapytać)  jakoś jednak doszłam do siebie i pożarłam trzy kawałki galette. W których to znalazłam dwa feves. I proszę Was, nie proście mnie o tłumaczenie, bo za diabła nie mam pojęcia, jak to przetłumaczyć. Galette to jest takie ciasto, na bazie ciasta francuskiego z nadzieniem na bazie marcepanu. Ocieka toto tłuszczem i cukrem i je UWIELBIAM (na dietę przechodze od dzisiaj. No dobrze, od jutra, bo dziś jeszcze trochę mi go zostało). Najlepsze, jakie jadłam, jest do dostania w Warszawie, w Batidzie. Nawet tutejsze, lokaleskie, Seve’owe nie jest takie dobre. Feve natomiast to taki mini-fant, który do tego ciasta wkładają. Może to być jakaś religijna figurka, jeśli galette jest bardziej tradycyjna, ale może też być myszka Miki czy samochód. W każdym razie, jak się tą feve znajdzie, to się ma prawo do noszenia absolutnie obciachowej papierowej korony, której zazdroszczą człowiekowi wszystkie zgromadzone bachory oraz do tytułowania się Królową. Albo Królem, zależy od płci, prawda.

    Jak już wchłonęłam, czego pragnęłam, udaliśmy się do domu. Bo wiecie, to nie ma to tamto, że te Bardoty to tak będą w Lyonie dla przykładu mieszkać. A skąd. To trzeba się trochę przejechać, coby sobie zasłużyć, prawda. Więc czekała nas jeszcze niewielka pięćdziesięciominutowa przejażdżka.

    W drodze do domu wiszęce nad nami od rana zagrożenie kudłatorzygiem ciałem się stało. A ja miałam nadzieję, że mu choroba lokomocyjna przeszła. Naiwna ja.

    Wyszły obydwa pochłonięte przez niego kawałki galette oraz obydwie porcje musu czekoladowego. Wyszły na kurtkę, fotelik, siedzenie, spodnie… gdzie się dało. Zatrzymaliśmy się zatem, coby go odświeżyć oraz odrzygowić trochę. A powietrze było – powiedzmy – rześkie dość, a Kudłaty miał na sobie moją kurtkę. A ja byłam szczęśliwa, że założyłam gruby sweter.

    Gdy wreszcie, po kilku kolejnych alarmach rzygowych, różami woniejącym (nie mówiłam Wam, że moje dziecko rzyga na różanie ? nie mwiam ? jak to możliwe ???) samochodem dotarliśmy pod dom, odetchnęłam z ulgą – teraz już może być tylko lepiej ! W odpowiedzi na moje odetchnięcie Nowy, parkując się upierdzielił wsteczne lusterko. Tak, ten facet ma prawo jazdy nawet na tira.

    Na podsumowanie tego, jakże udanego, dnia, Kudłaty zażyczył sobie kolejnego seansu Piotrusia Pana (dajcie mi typa, który napisał to ohydne, mizoginistyczne ścierwo, niech go rozpłatam, jako tę żabę na lekcji biologii w podstawówce, niech go przypnę szpileczkami do stołu i poobserwuję, jak zdycha ! ) (że co ? NIE ŻYJE ??? mam nadzieję, że jego piekło zaludnione jest FEMINISTKAMI !!!)  i położył się spać już przed 23.00.  (ale za to wstał w niedzielę o 6.25. Kto mówił, że dzieci potrzebują dużo snu ? Dajcie mi go tu, niech go rozpłatam, jako tę żabę na lekcji biologii itd.)

    Ale o czym to my mówiliśmy ?

    Ach, no tak ! Szczęśliwego Nowego Roku !

    ŻĄDAM

    Dla nas wszystkich


    • RSS