doprawdy, powiadam Wam, świat jest mały.
i złośliwy.
wyobraźcie sobie, otóż, że jakoś pod koniec maja okazało się, że jedna z moich lepszych tutejszych koleżanek wychowała się o dwa rzuty beretem od St Hilaire du Touvet, czyli miejsca, w którym wieki temu paralotniowo się szkoliłam namiętnie. i że na miejscu nadal mieszka jej rodzona matka w wielkiej chacie z zyliardem sypialni, postawionej na jakichś kilohektarach ziemi.
nie tracąc zbyt wiele wody w Rodanie zorganizowaliśmy zatem mały łikędzik dla czworga (plus Kudłacz). n akoniec czerwca zorganizowaliśmy. a konkretniej koniec czerwca łamane przez początek lipca.
Nowy zarezerwował nam dwa loty w tandemie (ja wiem, że obciach, ale w końcu ponad sześć lat nie latałam, wolałam ostrożnie podejść do sprawy), ja natomiast zajęłam się jaraniem. się w sensie.
odkurzyłam paralotniowy spodzień, naumiałam się na pamięć imion nowych instruktorów, przypomniałam kilka anegdotek, na dwa tygodnie przed wyjazdem spakowałam walizkę.
następnie zajęłąm się odliczaniem dni. i konsultowaniem prognozy pogody, no przecież.
na jakiś tydzień przed datą D meteofrance podało, że będą ulewy z gradobiciem i burzami.
nie przejęłam się tym za bardzo, bo gdyby przewidywania meteo france się sprawdzały, to ktoś by coś na ten temat wiedział, nie.
niestety, na sześć dni przewidywania meteo były identyczne.
podobnie na dni pięć, cztery, trzy, dwa…
w sobotę wieczorem (loty mieliśmy zarezerwowane na niedzielę rano) siedzieliśmy sobie przy stole w ogrodzie, wachlując się niespiesznie różnymi przedmiotami i zastanawiając się, w jaki sposób meteo france ma zamiar sprowadzić na nas wszystkie zapowiadane katastrofy przed upływem nocy. zgodnie doszliśmy do wniosku, że jest to słabo możliwe, odciągnęliśmy Kudłatego od kota (z którym zdążył się mocno zaprzyjaźnić) i udaliśmy się na (zasłużony, a jakże), spoczynek.
na zewnątrz było ciemno ciemno ciemno i cicho cicho cicho.
(jak to na wsi.)
koło siódmej rano obudził mnie szum.
na zewnątrz było szaro szaro szaro i LAŁO LAŁO LAŁO…

(ale przynajmniej przejechałam się wreszcie miejscową kolejką z 1924r. o 83% nachyleniu :

(a Kudłaty z tym kotem był taki… taki ! że aż zaczęłam się poważnie zastanawiać nad zakupem jakiegoś takiego bydlaka. mimo, że z kotów - jak do tej pory – to ja tylko rudzielca moich rodziców i Hermana laskione uznawałam. )
(na szczęście Nowy wymyślił, że zakupimy bengala za 2 tys euro, mogłam z czystym sercem postawić veto.)