zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 6.2012

    no dobra, mam doła, przyznaję się.
    ciągle nie mam pracy, i samopoczucia nie poprawił fakt, że sąsiadka właśnie robotę dostała, od pierwszego spotkania.
    no dobrze, wiem, że pewnie po części po znajomości (na uczelni szkolącej bibliotekarzy, a jej facet i ojciec dwójki jej dzieci jest uberbibliotekarzem w mym mieście), ale jakoś nie poprawia mi to nastroju. poza tym pewnie ta część (że po znajomości, w sensie)  i tak była znikoma.
    czas przejrzeć na oczy : cienka jestem jako ten barszczyk, jeśli mnie nigdzie nie chcą.

    znowu wyciągnęłam z półki książkę, która tam stała od lat, i coś nie mogłam się z nią zabrać – „la vie devant soi” Romain Gary. i znowu się zastanawiam, DLACZEGO tak długo z nią zwlekałam ??? (zaraz kompulsywnie zakupię na amazonie resztę jego bibliografii)

    mój mały dzidziuś, mój Kudłatulek słodziutki, moje bebe – już za chwileczkę już za momencik – idzie do przedszkola.
    które tutaj nazywa się ecole, czyli szkoła.
    (JAK TO ??? jak to się mogło stać ??? mój dzidziulek DO SZKOŁY ??? tak z nienacka !)
    i w tym tygodniu była pre-rentree czyli taka jakby aklimatyzacja. przez trzy dni (bo przecież w środę edukacja francuska ma wolne, a w piątek to kto to widział, żeby pracować, RTT się bierze) udawaliśmy się na niecałą godzinkę na odkrywanie szkolnych zakamarków. i wziął mi chłopak, i wsiąkł całkowicie. teraz już jest tylko ekol i ekol. polubił ją tak bardzo, że wczoraj nawet wyszedł z kąta z samochodami, i zaczął zwiedzać resztę sali.
    (przejdzie mu, wiem) (niemniej jednak trochę mam rynnę)

    do tego wszystkiego ciężko obraził mnie Nowy ostatnio : rzekł on albowiem, że im dłużej ze sobą mieszkamy, tym mniej jestem upierdliwa (chiante, jak ktoś ma lepsze tłumaczenie, to biorę). koniecznie muszę coś z tym zrobić, tak nie może przecież być, ja muszę dbać o swój imydż !!!

    ponieważ we Francji wszystko musi ich po ichniemu, a nie jak w – tfu tfu – reszcie świata, i dzień matki tutaj przypada na kiedy indziej.
    dzień matki, mili Państwo, we Francji jest świętem ruchomym. jak, nie przymierzając, Wielkanoc. albo inny tłusty czwartek.
    wypada zawsze w ostatnią niedzielę maja, no, chyba, że akurat wypada w pierwszą (lub drugą) niedzielę czerwca. francuska logika, nie pytajcie.
    zatem francuskie święto matki miało miejsce właśnie dzisiaj.
    dostałam z jego okazji (nie)bardzo matczyną koronkową niebieską bieliznę oraz wolne niedzielne popołudnie.
    (które poświęciłam na zaległe prasowanie. zupia logika, nie pytajcie)

    ponieważ zaledwie dwa dni wcześniej miejsce miał dzień dziecka (w Polsce, we Francji się tego nie świętuje, wzdech), a jakoś Nowy do zakupu mi prezentu z tej okazji się nie spieszył, zafundowałam sobie niespodziewankę sama : zatrzasłam byłam drzwi od mieszkania z kluczem w zamku.
    klucz, znaczy, był od środka, ja, znaczy, byłam w korytarzu.
    przyjemność zatrzaśnięcia klucza w zamku kosztuje jedyne 91,28 euro. a to i tak nieźle, bo rok temu za taką samą przyjemność zabuliłam euro 150.
    chyba zamiast zostać polską hydrauliczką, zostanę polską ślusarką, jak rany.

    jakieś dwa miesiące temu wymyśliłam, jak tłumaczyć Kudłatemu kolejność następowania zjawisk w czasie.
    bo wiecie, dla dzieci „później”, „za godzinę”, „jutro” to mniej więcej tyle, co dla mnie – nie wiem – fizyka kwantowa.
    wykorzystałam zatem fakt, że chłopak zaczyna liczyć (na razie do 4, z pominięciem trójki, bo jakoś trois mu się nie wymawia)(przy czym zdecydowanie jego ulubioną cyfrą jest deux, zwłaszcza w kontekście jogurtów i czekoladek) i wyjaśniłam mu, że : na 1 (un) kąpiu kąpiu(no, rozumiecie), na 2 (deux) a psi (czyli spanie), a na 3 (trois) Brune (czyli wizyta u koleżanki).
    muszę Wam powiedzieć, że działa, i że jestem z siebie z tego powodu nieziemsko dumna.

    wyciągnęłam z półki dawno emu kupioną Jeanette Winterson „Brzemię”. już zapomniałam, jak lubię tę pisarkę.
    z tego wszystkiego odświeżę sobie „Nie tylko pomarańcze”. pamiętam, że pierwsza lektura mnie powaliła.

    poza tym mam ostatnio straszną jazdę na niebieski.
    niebieskie paznokcie, niebieskie bluzki, niebieskie buty, niebieskie spódnice, niebieska bielizna.
    za chwilę sobie włosy na niebiesko machnę, jak tak dalej pójdzie.

    (taka notka, sans queue ni tete. a może na odwrót)


    • RSS