trzy lata temu mieliśmy z Nowym taki plan : tygodniowa przechadzka po pustyni ze spaniem pod gwiazdami.
pamiętam, że opis wyprawy przyprawił mnie o dziki chichot, w ostatnim punkcie zawarta była bowiem informacja „możliwość wzięcia prysznica przed odlotem”.
ja, która przysznicuję się średnio dwa razy dziennie, hahaha, i myję włosy w najgorszym wypadku co drugi dzień, hahaha – kwiczałam sobie radośnie nad biurkiem. i wybierałam odpowiednie obuwie na „spacerek”.
wszyscy wszak wiedzą, że odpowiedni but to podstawa, nespa.
a potem się okazało, że w jedynym możliwym dla mnie terminie on biegnie maraton paryski, a w kolejnym – już przepraw nie organizują, bo za gorąco.
byłam niepocieszona.
(no dobrze, potem się okazało, że nie ma tego złego, albowiem Kudłaty był już w drodze.)

a przypomniało mi się to wszystko dzisiaj, gdy – korzystając z żłobkowania w/w Kudłatego – poszliśmy obejrzeć wystawę eksponatów przywiezionych przez niejakiego Emile Guimet z Egiptu.
trzeba wrócić do tego pomysłu. za jakieś, dajmy na to, osiem lat ?

a tymczasem udało nam się wreszcie sPACSować.
i niby niczego to między nami nie zmieniło, a jednak.
jest dobrze, a nawet jeszcze lepiej.

(jeszcze tylko żeby robotę znaleźć)