zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 1.2012

    jakiś czas temu otrzymałam od naszego Rządu, reprezentowanego przez NFZ oraz Ministerstwo Zdrowia, zaproszenie na bezpłatne badanie cytologiczne. w ramach, rozumiecie, Populacyjnego Programu Profilaktyki i Wczesnego Wykrywania Raka Szyjki Macicy. wzruszyłam się normalnie. jak ten rząd o nas dba, wzdech. zaproszenie na badanie mi wysyła, wzdech. bezpłatne w dodatku, wzdech.
    to gdzie to badanie, wzdech ? (wszak adres zameldowania mam niedaleko szpitala na Banacha, wzdech)
    a W RADOMIU, pani ! wzdech
    ależ ten rząd o nas dba, pani…

    poza tym w dniu dzisiejszym w moim mieście spadł śnieg.
    Kudłaty jak wryty stanął przed oknem tarasowym i zamiast wpaść w zachwyt dał wyraz swojemu zdumionemu oburzeniu : „oh, non ! oh, non ! oh non !!!” taras albowiem wyglądał tak :

    no, może było trochę jaśniej.
    a potem zagęściłam ruchy i wyprowadziłam nas na spacer, i tu już było szaleństwo i przemoczone buty. czas zainwestować w porządne śniegowce dla Kudłatego.

    a propos Kudłatego : od wczoraj chłopak potrafi wydmuchać nos oraz spleść ręce. i bardzo jest z siebie z tego powodu dumny.
    poza tym Nowy zamówił mu w fabrykie gigant-książkę z rysunkami różnych przedmiotów i zwierząt, wiecie, coby się uczył, i coby sprawdzać, czy słowa zna.
    i tak, na przykład, na stronie salon jest rysunek telewizora plazmowego, telefonu bezprzewodowego, a tuż obok – radia z lat 50.
    a w zwierzętach jest krokodyl, krab i krewetka, ale za to – nie ma krowy. a pies wygląda jak rozdeptany kapeć.
    w środkach transportu (???) jest rakieta i samolot służacy do gaszenia pożarów, ale za to nie ma – straży pożarnej.
    w zabawkach jest bączek (kiedy ostatni raz widzieliście BĄCZKA ??? bo ja chyba jak byłam dzieckiem. moja 11 lat młodsza siostra już czegoś takiego nie posiadała), ale za to nie ma klocków typu Lego.
    tak wiem, jestem UPIERDLIWA ORAZ SIĘ CZEPIAM. grunt, że Kudłaty lubi.
    (ale tak poza tym, to to jest naprawdę fajna sprawa, i Kudłaty bardzo był z siebie dumny, jak zidentyfikował helikopter, a ja byłam w szoku, jak zidentyfikował muchę) (tak, nadal mam budyń)

    a poza tym wypopżyczyłam sobie ostatnio i przeczytałam z uwagą książkę taką o wychowywaniu dzieci. i zdecydowanie polecam rodzicom maluchów. mnie dobrze zrobiła – ale może dlatego, że potwierdziła moje opinie ?

    pewnego pięknego dnia, gdy Kudłaty Potwornicki (tak, dorobił się chłopak absolutnie własnego nazwiska) wykańczał mi ostatnią paczkę zachomikowanych michałków, wysłałam siostrze smsa treści następującej : „do następnej paczki dorzuć mi michałki. DUŻO michałków.”
    w ramach prezentu urodzinowego dostałam od niej paczkę. DWA I PÓŁ KILO MICHAŁKÓW oraz kartkę „czy to jest DUŻO michałków ???”
    fajna jednak ta moja siostra

    pozostając w rodzinnych tematach.
    wykonałam w internecie album zdjęciowy „Kudłaty Potwornicki 1 – 2 lata”.
    (uwaga, reklama : polecam www.tictacphoto.com, zdecydowanie polecam)
    bo wiecie – robi człowiek tony cyfrowych zdjęć, wrzuca ich w komputer, i tyle widzieli. to ja postanowiłam COŚ z nimi zrobić.
    zrobiłam album dla nas, oraz – znajcie moje dobre serce – dla matkimojej. album wyszedł zajefajny, zatem bez wstydu żadnego wysłałam rodzinie na gwiazdkę.
    tuż po świętach otrzymałam telefon od matkirodzicielki
    „dostaliśmy album, świetny jest, dziękuję bardzo ! ale dlaczego nie ma w nim zdjęć zdzichy i chomika* ??? są zdjęcia kuzynostwa ze strony Nowego, syna Siostry, a zdzichy i chomika nie ma !”
    „no, widocznie nie bawili się z moim dzieckiem” - odparłam, i uznałam temat za zamknięty.
    jak zwykle – do czasu.
    w sylwestrową noc zadzwoniła albowiem siostra :
    „a wiesz, że się dziś pokłóciłam z mamą o Twój album ? stwierdziła, że powinnaś się bardziej wysilić, i zrobić zdjęcia zdzisze i chomikowi jak tu byłaś, że nie powinnyśmy ich tak traktować, że moich zdjęć jest pełno, a ich żadnego itp., itd…”
    trochę się zagotowałam byłam tak jakby. wysyłam matce zdjęcia MOJEGO dziecka, a jedyne, co ona widzi, to, że w albumie nie ma zdjęć potomstwa mojego brata ??? którego córka, w dodatku, bawiła się głównie w wyrywanie zabawek Kudłatemu, a pięciomiesięczny syn spędzał czas podpięty do dojarki ?
    dobrota przeszła mi jak ręką odjął na lat parę.
    no, chyba, że mam jak Pru i okaże się nagle, że pamięć mam rybki, i za rok popełnię ten sam błąd.
    ale wtedy licze na Was, że stukniecie mnie odpowiednio mocno w tego wielkiego pryszcza, co go mam na końcu szyi. mać.

    *gówniarstwo mojego brata.

    czasami od przybytku głowa boli.
    zwłaszcza, jeśli jest to przybytek językowy, a posiadacz onego ma całe dwa lata oraz dwa miesiące.
    gubi się wtedy, biedak, i plącze dokonując koniecznych wyborów.
    czasami powoduje również dość, mhm… ciekawe sytuacje.
    Kudłaty nauczył się otóż, że „pa-pa” to nasze polskie machnięcie na pożegnanie.
    tak się składa, niestety, że w kraju, w którym przyszło mieszkać „papa” to „tata” – mina faceta na poczcie czulącego się do swojej wybranki, któremu Kudłacz na pożegnanie pomachał z efektem dźwiękowym – BEZCENNA.
    „tata” natomiast po francusku – to „ciocia”.
    i bądź tu, dwulatku, mądry, i pisz wiersze.
    albo mów, chociażby.
    w związku z tym Kudłaty uprościł sobie życie : wszyscy są MAMA.
    ja jestem mama, Nowy jest mama, sąsiadka (matka jego „narzeczonej”) też jest mama.
    no co – w końcu wszystkie dzieci nasze są, czyż nie ?
    czasami trzeba tylko doprecyzować „chcesz, żebym cię ubrała ja, czy druga mama ?”

    to buźka temu Państwu

    przechodzimy obecnie kolejny trudny okres 
    był okres przesłodzonych Barbapapy, Księgi Dżungli, Petit Ours’a, Aristocats i Robin Hooda.
    teraz jest okres Króla Lwa. mam ochotę przegryzać tętnice oraz wypruwać jelita na dźwięk pierwszych nut pioseneczki o piiiii piiiii piiiii cyklu życia. czy jak tam to leci po polsku – bo my  oczywiście zamęczamy wersję francuską.
    jedynym paseczkiem chili w tym oceanie waty cukrowej, paseczkiem, na który czekam podświadomie za każdym razem , gdy po ekranie przechadza się ta miodowa miernota jest – chyba nikogo to nie zdziwi – piosenka Scar’a

    miałam napisać, że jeśli to przetrwamy, to przetrwamy już wszystko, ale właściwie – chyba nie ma nic gorszego od - przetrwanego już przecież - Barbapapy. Barbapapą mogę Nowego straszyć, szantażować i prześladować :
    „jak nie zrobisz kolacji, to puszczę odcinek o tym, jak Barbamama piekła ciasto na urodziny Barbapapy !”
    zawsze działa.

    Kudłaty przechodzi ostry kryzys dwulatka :
    do picia soku zawsze potrzebuje dwóch słomek, a najlepiej jeszcze i łyżeczki, ogląda Króla Lwa z Petit Ours na zmianę i na czytaniu bajek w miejscowej bibliotece staje dziesięć centymetrów od pani czytającej, skutecznie blokując inne dzieci.
    oprócz tego nie podaje ręki na ulicy i chowa się pod stół, jak chcę mu zmienić pieluchę, ale to już doprawdy pinat.
    ach, no i jeszcze doskonale potrafi powiedzieć – w obu językach – „nie”, natomiast „tak” wychodzi z niego tylko w wersji francuskiej i tylko w zetknięciu z bajką o pajacyku o imieniu Oui-Oui.

    poza tym chciałam Wam powiedzieć, że to nie jest tak, że gdy macie ochotę dziecko udusić, wystarczy jeden jego uśmiech i wszystko Wam mija i czujecie się szczęśliwi i spełnieni.
    bynajmniej.
    wtedy po prostu macie ochotę go udusić z uśmiechem na ustach.

    no dobrze, przyznam jednak, że z oczarowaniem kontempluję jego postępy.
    gdy na przykład na spektaklu Guignoli pacynka się pyta „Kudłaty, a ty chcesz dać z liścia świętemu Mikołajowi, żeby sprawdzić, czy żyje ?” Kudłaty przecząco kręci głową (tak, wplatali w przedstawienie imiona obecnych na sali dzieci)
    albo gdy krzyczy „o nie !!!” kiedy gwiazdka spada z nieba w Pocoyo
    albo gdy naśladuje mnie przy porannym kremowaniu
    albo Nowego, gdy ten robi swoje „eeee”
    no dobrze, nawet gdy się chowa pod stół, kiedy ewidentnie CZUĆ, że trzeba mu zmienić pieluchę.

    na Grouponie wykupiłam sobie – zaszczelcie mnie, nie wiem, dlaczego – zniżkę na manikiur. wykorzystałam ją w ostatnim momencie – ważna była do 4 stycznia, manikjur umówiłam sobie na piątek, 30 grudnia. na miejscu będąwszy zaszalałam, zażyczyłam sobie – za dodatkową opłatą – lakier „permanentny”, ten wiecie, utwardzany lampami, co ma niby trzymać 2 tygodnie.
    wczoraj – we wtorek, 3 stycznia - straciłam go na dwóch pierwszych paznokciach, dziś na trzecim.

    moje miasto chwali się żłobkiem „pole petite enfance Simone de Beauvoir”.
    następnym krokiem powinno być Muzeum Opozycji im. Marszałka Petain.

    poza tym postanowiliśmy sobie, że się PACSniemy.
    ale to już temat na oddzielną notkę.
    DŁUGĄ.


    • RSS