zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 11.2011

    trochę próbujemy Kudłatego uczyć mówić. ja tak raczej bez przekonania – ma dziecko dwa języki do opanowania, co go będę stresować. jeszcze się nastresuje w życiu. grunt, że rozumie, jak mu każę klocki pozbierać, i nie trzeba go na karnego jeżyka, czy raczej między karne rzeźby wysyłać.
    no ale. uczymy Kudłatego mówić. Nowy się przykłada. pokazuje książeczki z obrazkami, i inne takie. na tapecie książeczka „petit ours et les chiffres”, albo po naszemu „miś i cyferki”, w której to cyferka bodajże 5 zilustrowana jest ciastkami. Kudłaty na widok ciastek oznajmia radośnie : „mniam mniam !”
    Nowy rzuca się na okazję : „oui, gateaux* ! powtórz ga-teaux”
    Kudłaty, złote dziecko, powtarza po tatusiu : „mniam – mniam !”

    poza tym chciałam ostatnio na basen pójść. godziny otwarcia se sprawdziłam, bo wiecie, we Francji to nie ma to tamto. że tak sobie pójdziecie i se popływacie. czy że se pójdziecie i obiad zjecie o 15.00 powiedzmy.
    nie, we Francji restauracje są otwarte od 12 do 14.00 (zamówienia przyjmują do 13.30) i potem od bodajże 19 do 22. i jak zgłodniałaś, zupo, akurat o 16, to se, kurde, DO MAKDONALDA zapitalaj ! a nie ! 
    wracając do basenu. znalazłam. w miarę sensowny, niedaleko od L (bo basenów w L. to jak na lekarstwo), godziny otwarcia… 12-14 i potem 17 – 21 !
    to ja się zapytuję : ŻE GDZIE ja się po wysiłku pożywię , he ??? Jak kuchnia zamknieta ???

    niecałe dwa tygodnie po tym, jak się Wam poskarżyłam byłam, że odwołalim wyjazd w ciepłe kraje, z nienacka rozbolał mnie brzuszek.
    tak po obiedzie mnie rozbolał. oczywiście pierwszą reakcją było : przeżarłam się. no boże, no, zdarza się najlepszym.
    poszłam na masaż wodny(że wiecie, rozmasuje, jakby co), na zakupy i rodzinny spacer z karuzelą.
    kolacji skosztowałam.
    tylko ten brzuszek tak wiecie. trochę… napierdzielał.
    nie spałam całą noc.
    w niedzielę posłałam Nowego po prochy przeciwbólowe. i z Kudłatym na spacer.
    zażyłam, jakby trochę ulżyło. przestały działać koło 3 w nocy. zanim wzięłam kolejną dawkę prochów, postanowiłam, że umówię się do lekarza.
    w poniedziałek z rana zadzwoniłam do tegoż. tuż po tym, jak stara dawka przeciwbólowych przestała działać, a nowa jeszcze nie zaczęła.
    dobrze zrobiłam, bo jak nowa działać zaczęła, to stwierdziłam, że mi przechodzi, i właściwie to powinnam odwołać tego lekarza, bo nic mi nie jest, i to tylko strata czasu i kasy. po namyśle na wszelki wypadek nie odwołałam.
    Nowy wrócił do domu wcześniej, coby Kudłacza przejąć, jak ja się będę do pana dochtora telepać, i się poturlałam.
    cała trasa na piechotę zajmuje 7 minut. muszę Wam wyznać, że to było najdłuższe 7 minut mojego życia. i najboleśniejsze.
    potem wszystko odbyło się dużo szybciej : o 17.40 byłam u lekarza, o 18.30 robili mi prześwietlenie w pobliskim szpitalu, o 19.15 obmacał mię chirurg o 20.00 zostałam oficjalnie przyjęta na chirurgię.
    między 20 a 21 Nowy szykował mi szpitalną torbę, a ja usiłowałam nie udusić studenta pielęgniarstwa, który drżącą dłonią dziurawił mi przedramiona w celu wkłucia wenflona(cztery próby, zero rezultatu). a wystraszony Kudłaty leżał na memłonie.
    a we wtorek – tadam – wycięli mi robaczywego wyrostka.
    (ponoć bardzo robaczywy już był, jeszcze chwila, i byłoby bardzo nieprzyjemnie.)
    wypuścili w naturę we czwartek, wizyta kontrolna 25 listopada.
    innymi słowy – i tak byśmy nie pojechali na te wakacje. widocznie Mauritius w tym roku nie był nam pisany.
    i tak to. 

    w międzyczasie Kudłatemu stuknęły dwa lata
    oraz rok mieszkania na obczyźnie.
    i nagle zapragnęłam wrócić do Warszawy, prostszego życia i mojej łazienki.
    ale już mi przeszło.
    (no dobrze, z łazienką ciągle nie. tęsknię za nią niezmiernie)


    • RSS