Nowy machnął wczoraj półmaraton. praktycznie bez żadnego przygotowania. trochę jestem pełna podziwu.
inna sprawa, że potem do końca dnia był nie do życia, niemniej jednak. dał radę.

przez długi okres czasu na placach zabaw nie odzywałam się właściwie do nikogo.
z wielu powodów.
bo nie miałam potrzeby.
bo nie miałam tematu.
bo nie miałam ochoty wyjaśniać, skąd pochodzę.
bo nie miałam ochoty gadać z tutejszymi assistantes maternelles (swoją drogą, im bardziej obserwuję ich działalność, tym bardziej się przekonuję, że Kudłaty pod „opiekę” takowej się nigdy nie dostanie).
itp, itd.
ostatnio jednak jakoś się przełamuję. 
i tak, na ten przykład, zapoznałam (koffam sformułowanie „zapoznać kogoś, no koffam !) stuprocentową francuską burżujską mamuśkę : w piaskownicy w białych spodniach i w butach na obcasie, w odwodzie meksykańska niańka (przed Lyonem cztery lata mieszkali w Meksyku).
za jej pośrednictwem zapoznałam inne lyońskie burżujskie mamuśki. wszystkie w super formie, z super ciuchami i obowiązkowym białym porcelanowym zegarkiem na lewym przegubie. ja nie wiem. chyba w końcu będę musiała sobie kupić ten biały porcelanowy zegarek, bo czuję się WYKLUCZONA (rozumiecie, dawniej była rywalizacja ciuchowa w fabrykie, teraz na placu zabaw. perspektywa się tego, zmieniła).
burżujskie mamuśki nadają dzieciom również odpowiednie imiona.
Hannah i Hector (laska chyba w H idzie, bo to rodzeństwo). Lancelot. Wergiliusz. i moje ulubione – Capucine. nie wiem, jak Pańśtwu, ale mnie to się kojarzy z kapucynką. małpką taką.

szczekłam, to tera muszę odszczec : niestety, nie polecimy na Mauritiusa. i akurat nie z powodu moich podatków (och, gdybym ja zarabiała tyle, że zwrot nadpłaconego podatku pozwalałby na wyjazd na Mauritiusa… echhh). mam zatem doła i nie odzywam się do nikogo.
i tak to, o.