zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 8.2011

    no dobrze, może i franek daje do wiwatu, ale za to jutro przyjedzie do mnie mój pierwszy ekspres do kawy delonghi, z wbudowanym młynkiem, oraz właśnie zarezerwowaliśmy sobie wyjazd na Mauritiusa na listopad.
    yes yes yes !

    mieszkanie w mieście Lją ma również swoje plusy dodatnie.
    na przykład Les Halles de Paul Bocuse o 5 minut piechotką od domu. w których to zakupujemy sobie regularnie pyszne żarcie od traiteurs, a potem wmawiamy gościom, że to nasza domowa robota.
    no dobrze, tylko jednemu wujkowi Nowego tak wmawiamy – bawi mnie setnie fakt, że wierzy on w to, że potrafię przyrządzić kurę de Bresse (to taka lokalsowska marka, najbardziej bioz bio, wolny wybieg i inne takie) w smardzach. JA. przyrządzić kurę. W SMARDZACH.
    albo Picard – taka firma mrożonkowa. kupujecie sobie u nich mrożoną bouillabaisse, parę minut w mikrofali i hop – bouillabaisse jak żywa !
    innym plusem dodatnim jest park de la tete d’or.
    tak go sobie przyjmuję jako oczywistą oczywistość, a a przecież w tym jednym parku jest :
    - zoo – w miarę sympatyczne i całkiem bezpłatne z gigant wybiegiem dla saren
    - potoczek w którym zbierają żółwie, których ludzie już nie chcą
    - z pięć szklarni
    - ogród botaniczny
    - welodrom
    - wielkie jezioro, po którym można pływać łódkami i rowerami wodnymi
    - kilka placów zabaw dla gówniarstwa
    - teatrzyk z Guignolem
    - kilka restauracji
    - wielkie rozaria
    - dwie kolejki – z czego jedna na torach
    - trasa do biegania
    - i od diabła trawników do piknikowania, opalania się albo wręcz – zabaw z gówniarzerią
    i w związku z tym wszystkim ja doprawdy nie wiem, skąd mi przyszło do głowy, że to taki tam – normalny parczek.


    ale i tak największym NAJWIĘKSZYM plusem tego miasta są LUDZIE.
    jak na przykład ten pan, który tak zupełnie spontanicznie, z uśmiechem i „mais c’est avec plaisir” (ależ z przyjemnością) na ustach wniósł mi dzisiaj wózek na ósme piętro.
    jemu niestety nie udało mi się zrobić zdjęcia.
    (a szkoda, bo przy okazji niezły był)

    tydzień z siostrą natomiast uciekł jakby za szybko – powiem Wam szczerze, że nigdy się nie spodziewałam, że będę miała z nią takie relacje. zawsze była „tą młodą”, 11 lat (i tydzień) różnicy, to jednak nie byle co. na pewno niebagatelny wpływ na to miał fakt, że zaciążyłyśmy i odzieciłyśmy się właściwie w tym samym momencie – wspólnota doświadczeń, rozumiecie sami.
    w każdym razie smutno mi było, gdy ją odwoziłam na lotnisko w Genewie, zwłaszcza, że te dwa małe zbóje wlaśnie zaczynały się dogadywać.

    nie wiem, czy trzeba w Polsce robić drugą Irlandię, wiem, że przydałaby się we Francji druga Polska :
    zuposiostra z nienacka zdecydowała się złożyć mi wizytę. ciągło się toto już od kwietnia. że oni przyjadą najpierw na dwa dni do Paryża, potem wsiądą w TGV i przyjadą do nas na jakiś tydzień. kwiecień odwołali. no to miał być początek czerwca. czerwiec nie wyszedł. początek lipca. też jakoś się nie złożyło. aż w końcu powiedziałam Matce „ja to sobie wolę wynająć samochód w Warszawie, bo jak ziuta ma po mnie przyjeżdżać tak, jak przyjeżdża do mnie, to w końcu na gwałt będę musiała w wawie hotelu szukać”. i chyba to podziałało – parę dni później w/w ziuta dzwoniła, że przyjeżdża od 23 do 30.
    da się ? da się.
    ale ja nie o tym.
    jak już zdecydowała, że przyjeżdża, to stwierdziłam, że a – zamówię se kilka książek w pierdlinie, leżą mi w tym koszyku i kurzem porastają. ale, że termin był krótki, zamówiłam tylko takie z dostawą w 24h. zamówienie wyszło we wtorek, normalnie w środę – czwartek powinny być na miejscu. a tu – dupa blada. we czwartek merlin wysyła mi informację, że z powodu ulew mieli awaryję i jest opóźnienie, ale awaria powinna zostać usunięta w ciągu 24 h. no pięknie – powiedziałam sobie (zwróćcie uwagę, jak ładnie sobie ze sobą konwersuję w swojej własnej głowie !) – dostarczą pewnie w poniedziałek, a ona w sobotę przylatuje. poszło się walić, w sensie.
    a tu – nie. w czwartek wieczorem dostaję majla, że zamówienie zostało wysłane. a w piątek rano dzwoni (!!!!!!!!!!!) kurier, czy jest ktoś w domu, bo on ma przesyłkę.
    znaczy – to też SIĘ DA.


    • RSS