zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 6.2011

    …jestem za tym, żeby Polacy mieszkający zagranicą nie mieli prawa do głosowania w polskich wyborach

    miałam tu napisać notkę o tym, co robiliśmy the day after tej nieszczęsnej wizyty w pseudo-zoo (swoją drogą, chwalą się, że spędzi się u nich „une journee inoubliable” – czyli niezapomniany dzień. oooo, tak. tu akurat się nie mylą. przeżycia tego na pewno długo nie zapomnę), ale – jako, że znów napadł mnie azjatycji trip – dorwałam się do Sędziego Di, i tak na dobry początek przeczytałam sobie slowem wstępu biografię autora. i ja doprawdy nie wiem, czy mam ochotę na kontynuowanie tej lektury.
    bo oto, wyobraźcie sobie, facet sobie mieszkał od 3 do 12 roku życia w Indonezji, potem, gdy wrócił do Holandii w wieku lat 12, okazało się, że ma niezwykły talent do języków, i sobie – dla przyjemności, zapewne – studiował sanskryt, język któregoś tam plemienia Indian, oraz – w przerwach – chińskiego.
    w wieku lat dwudziestu i dwóch wydał pierwszą przełożoną przez siebie książkę, w wieku lat dwudziestu i czterech obronił pracę doktorską w temacie kultu konia w Chinach Japonii Indiach i Tybecie – pracka oczywiście została wydana. mając lat 25 miał czelność skończyć studia i zacząć pracę w dyplomacji, najpierw w Tokio, potem w innych miejscach, niemniej jednak przez cały czas swojej pracy zawodowej studiował kulturę popularną starożytnych Chinoli, kolekcjonował różne ciekawe przedmioty, tłumaczył, czytał, pisał… i generalnie przez 57 lat życia zrobił więcej, niż ja zrobię do dziewięćdziesiątki.
    ja nie wiem, jak Was, ale mnie takie życiorysy dołują i wpędzają w kompleksy.

    to sobie może jednak przypomnę, jak to na ULMie było.
    oraz – dlaczego fajnie jest mieć dziecko :

    bo dla takich powitań warto lądować

    generalnie nie wiem, czego się spodziewałam, przecież to było oczywiste.
    że uznam to zoo za ohydne, śmierdzące i odpychające.
    że będę zdegustowana i zniesmaczona.
    że zoo-we traktowanie zwierząt uznam za skandaliczne.
    doprawdy, naiwniarą byłam sądząc, że we Francji zobaczę zoo na takim samym poziomie, jak to w Kostaryce, kraju z dziesięć razy od Fr biedniejszym.
    bo, że będzie dorównywać temu w Singapurze, to się nie łudziłam, przecież.
    niemniej jednak. wyszłam stamtąd ze złamanym sercem.
    przez małpi pawilon zapierający dech w piersiach – dosłownie : nie da się tam oddychać
    przez goryla śpiącego na gołym betonie
    przez smętnie kołyszące się na gałęzi dwie osowiałe papugi
    przez tygrysicę leżącą ze swoimi tygrysiątkami w śmierdzącym pawilonie, na gołym betonie
    przez snujące się po swoich stu metrach kwadratowych smutne zebry
    i przez tą panią, która sprzedała swojej córce siarczysty policzek w kolejce po żarcie.
    czegóż ja się spodziewałam ???

    Kudłaty ciągle sika w pieluchę oraz nie mówi, ale za to potrafi zrobić „cin cin” kieliszkiem i uruchomić produkcję kostek lodu w lodówce.
    z takimi umiejętnościami na pewno w naturze nie zginie.

    ostatni łikęd spędziliśmy w Nantesie – Kudłaty wreszcie miał okazję pobawić się z dziećmi w swoim wieku, i muszę Wam powiedzieć, że to było naprawdę świetne. M, starsza od niego i swojej siostry o niemal 3 lata, z niebiańskim spokojem oboje znosiła, a jak było trzeba, to się z nimi (obojgiem, lub z każdym z osobna) bawiła, a czasami nawet ich pilnowała. i to bez proszenia ! niektóre dzieci jednak są fajne, aż się zdziwiłam.
    gówniarstwo (Kudłaty i S., która jest od niego o 3 tyg starsza) też całkiem dawało radę razem – aż miło było popatrzeć.
    a jak miło było nie mieć go ciągle na głowie… bajka. przybiegał tylko co czas jakiś i w swoim narzeczu – najwyraźniej mieszanina fińskiego z malezyjskim – relacjonował wydarzenia. ma chłopak dar opowiadania, mówię Wam.

    a wracając zatrzymaliśmy się w Chambordzie.
    i muszę Wam powiedzieć, że to naprawdę sprawia wrażenie – wielkie, piękne zamczysko i ze schodami Leonarda da Vinci w środku (zaprojekowanymi tak, że schodzący i wchodzący się nie spotykają. a z zewnątrz w ogóle tego nie widać ! idealny trompe l’oeil).
    szkoda tylko, że położony we Francji i Francuzi nim zarządzają… ech.

    Chambord od tyłu

    Chambord od przodu czyli znajdź na załączonym obrazku Kudłatego

    schody Leonarda da Vinci

    schody Leonarda da Vinci bis, czyli dlaczego Francuzi nie powinni brać się za zarządzanie swoim dziedzictwem narodowym (tak, mieliśmy nosidło-plecak na Kudłacza. NIE POZWOLILI NAM Z NIM WEJŚĆ. a o podjazdach dla wózków / windach można sobie głównie pomarzyć)

    jedna z wież

    oraz Kudłaty żyjący własnym życiem w przyzamkowym parku – rodzice mu nie odpowiadali, pobiegł za grupą rowerzystów. kochany dzidziuś, doprawdy.

    poza tym śnił mi się ostatnio Beigbeder, młodszy. pisarz, w sensie. że uratował mnie w klubie przed jakimś nachalniakiem. a potem sobie bardzo miło rozmawialiśmy i bardzo się cieszył, że go rozpoznałam.
    to ochyba tak po lekturze przygód pp. DSK i Georgesa Trona w ostatnim NouvelObsie takie sny.
    w sumie dobrze, że nie śni mi się ten tamten, co rodzinę utrupił i pod tarasem zakopał, nie ?


    • RSS