zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 5.2011

    ja nie wiem, mnie tu z temi Francuzami normalnie ręki oadają. po samą ziemię. i jeszcze trochę niżej.
    zamówiliśmy we francuskim sklepie wysyłkowym towarów dla Kudłacza za 270 ełro.
    w Polsce za zamówienie na taką kwotę miałabym dostawę kurierem za darmochę.
    tutaj ?
    owszem, wysyłka za darmo – ale pocztą czyli 6 – 8 dni
    oraz – TADAM – „frais de dossier” czyli koszty obsługi.
    no ręki mi opadli, do samej ziemi.

    a w weekend byliśmy w Villars-les-Dombes - w szoku jestem, jak tam się wszystko pozmieniało. choć z drugiej strony – czemu t się dziwić. w końcu już niemal 20 lat minęło od poprzedniej wizyty…

    poszłam sobie na zakup, nie. imieniny się zbliżają, miałam se sukienkę wybrać, co to ją bym na te imieniny chciała.
    logiczne zatem, że zajrzałam do sklepu z luksusową bielizną, prawda. 
    przymierzyłam se kilka biustonoszów od passionaty (za jeden komplet kupiony, drugi za pół ceny). poprosiłam, jak doświadczenie i jedna niezła pani z bieliźnianego na niu łorldzie kazali, o rozmiar 70C.
    pani podała wybrane modele, przymierzyłam – do d. to niepodobne było.
    pod biustem za szerokie, w biuście za małe, no dupa blada, panie.
    pani popatrzyła, podumała, i orzekła : tu za szerokie, tam za małe… to ja pani dam 75B.
    i ja nie wiem, koleżanki, ja tam specstanikara nie jestem, ale tego. przytkała mnie ta logika trochę.
    bo widzicie ten tok myślenia : 70 za szerokie, to dam pani 75. C za małe, to ja pani dam B.
    ja nie ogarniam.
    no ale ja potrafię obliczyć 15% zniżki bez używania kalkulatora, więc wiecie. się nie liczy.

    (a najlepsze jest to, że na koniec przyniosła mi absolutnie szałowy stanik od chantelle – w cenie dwóch passionat, mhm – 70C. leżał jak ulał.)

    …to rękę u…li u pachy – zaprawdę, powiadam Wam, przysłowia są mądrością narodów.
    a sąsiedzi niewyczerpanym źródłem tematów.
    bo otóż, wyobraźcie sobie, nasza sąsiadka, rumuńska seksuolożka, zaposiada brata.
    zdarza się w najlepszych rodzinach – powiecie – w końcu sama masz brata, co nazwał swoje dziecko na cześć twojego byłego chomika.
    no tak – odrzeknę Wam – ale niemniej jednak, sami wiecie. granice jakieś muszą być.
    albowiem rumuński brat naszej sąsiadki, który zawitał w jej progach minimum 2 miechy temu, nieodrodnym bratem swojej siostry jest :
    zaczął tak raczej sofciarsko : o, dzień dobry, comment ca va, piękna pogoda, śliczne dziecko, jak mu na imię – to nawet przyjemne było, taki smoltok z sąsiadem z góry
    przeszedł do medium rare : a jak pani na imię, a spod jakiego jest pani znaku – przy znaku zodiaku trochę mi sie zdziwiło, ale co tam, są tacy, co pytają, jakiej muzyki słuchasz – pomyślałam sobie – to dlaczego nie o znak zodiaku zapytać
    następnie pojechał soft hardem : a mąż pani to dobry jest ? – i tu mnie szczeuka opadła z trzaskiem oraz czerwone światełko nieśmiało zamigotało
    w ostatni natomiast łikęd przeszedł samego siebie (i kilka innych osób w okolicy)
    otóż. przyjechała do nas koleżanka E (odbieranie jej z lotniska to temat na inną, całkiem obszerną, notkę). leciała z Berlina, na samolot musiała wstać o świcie, zmachana była jak machacz, zatem zamiast wizytować miasto, zaległyśmy na tarasie, na którym ponad 40stC (no dobra, w słońcu), przyjemny parasola cień, wygodne fotele, świeżo dostarczone lody o smakach przeróżnych oraz dobrze schłodzony mały burżuj.
    Kudłaty na sjeście, Nowy w fabrykie, żyć nie umierać.
    niestety, nagle okazało się, że raczej umierać, niźli żyć z tym Rumunem nad głową.
    towarzysz piętro wyżej nagle stwierdził, że najwyraźniej jeśli siedzę z inną laską, same, to jedyne, o czym marzymy, to interwencja cherlawego podłysiałego amanta.
    Madame Zupka – pojechał mi z imienia, a trzeba Wam wiedzieć, że w przeciwieństwie do Pl, gdzie zwracanie się do kogoś per pani + imię jest (np. pani Aniu), ciężko wqrviającym, niemniej jednak powszechnym zwyczajem, tutaj per Madame + imię zwraca się co najwyżej do burdelmam – rozmawiałem dziś z pani mężem, i te anteny, co są na dachu, to one niebezpieczne są dla dziecka. Radioaktywność emitują” zapodał swą mocno połamaną francuzczyzną.
    Ach tak ? – odparłam – wie pan, życie jest niebezpieczne dla dziecka” – i odwróciwszy się doń czterema moimi literami dolałam małego burżuja do kieliszków.
    w naiwności swej myślałam, że mam sprawę z bańki.
    ale Rumun nie z tych (najgorsze jest to, że ma na imię tak, jak Kudłaty, strasznie mi to imydż imienia zaburza) i pięć minut później znowu był w oknie.
    Madame Zupka – a mnie się scyzoryk w szufladzie otworzył - siostra ?”
    „nie”
    nie wierzę” – odrzekł rezolutnie, i wykonał gest mający zapewne oznaczać, że mamy bardzo podobne twarze.
    „a yebnoutch ci ? ” odmyślałam z wrodzoną słodyczą, na głos natomiast wzruszyłam ramionami i odwórciłam się jeszcze bardziej tyłkiem.
    po paru minutach na nowo rozbrzmiało
    „Madame Zupka…”
    tym razem wystarczyło, że się odwróciłam i rozdziałam z ciemnych okularów.
    szczerze mówiąc, zastanawiam się, czy przeżył, albowiem od tamtej pory go nie widziałam. a podglądacze okno sąsiadka zastawiła biurkiem. czyżby poczuli się skrępowani ?

    (generalnie jego bezceremonialne wpierdalanie się w moją rozmowę, oprócz tego, że wybitnie chamskie, wydało mi się również typowo męskie : oj tam, dwie laski siedzą, na pewno nie rozmawiają o niczym interesującym, a nawet jeśli, to tylko marzą o tym, żebym je zagadał. a poza tym facetowi przecież WOLNO. jego chyba też wyzwę na solo ;) )

    takie miałam ostatnie dwa łikędy, że normalnie Wam mówię.
    znajomi Nowego nas nawiedzili, za każdym łikędem inni, w sensie.
    w jego wieku, znaczy nie pierwszej już młodości, ale dżizas. po ubiegłym dochodziłam do siebie do środy, po tym teraz… chyba będzie podobnie. duch w narodzie (francuskim) nie ginie, panie.

    ale zasadniczo nie o tym chciałam.
    nie mówiłam Wam nic, ale się pochwalę.
    otóż, zaposiadamy tutaj, piętro wyżej, sąsiadkę taką. z dwójką dzieci, chłopaków. każde z innym ojcem, teraz mieszka sama, ale dobra, nie wchodźmy w szczegóły, w końcu shit happens, nie ?
    zwłaszcza, że nie o tym chciałam.
    chciałam o tym, że naszej sąsiadce najwyraźniej Nowy przypadł do gustu.
    bo wiecie, on się tutaj wprowadził pod koniec października, my z Kudłatym dojechaliśmy na początku listopada.
    więc sąsiadka wypatrzyła Nowego na tarasie – okno jedno ma tak nieszczęśliwie usytuowane, że po skosie można nam taras lustrować, ale nie martwcie się, odpowiednie instalacje osłaniające są w planach – i zaprosiła go na kawę. Nowy powiedział – a czemu by nie, zajrzę za chwilę. dwie minuty później, jako, że się ciągle nie stawiał – dzwonek. któżby inny – sąsiadka. skończyło się na tym, że wypili tę kawę u nas.
    gadka szmatka, nowy, żeby uciąć wszelkie spekulacje zapodał, że jest żonaty i że ma małego synka, i że my przyjedziemy za parę tygodni, ona, żeby potrzymać rozmowę – że jest Rumunką i lekarzem. SEKSUOLOGIEM. Nowego trochę zatkało, zwłaszcza, że od razu zaczęła mu opowiadać, że zajmuje się nie tylko przepisywaniem wiagry, ale też leczeniem seksoholizmu i różnych innych ciekawych schorzeń, oraz opowiedziała mu swoje życie z dość ciekawymi szczegółami.
    potem niestety ja przyjechałam, znajomość trochę się urwała, niby mnie zapraszała do siebie, ale nie skorzystałam, potem ja ją zapraszałam do nas, na tarasówę, to znikła. 
    pojawiła się ostatnio, jako ta Glenn Close w Fatalnym zauroczeniu, że wiecie, niby już nie żyje, już jest spokój, już witacie się z gąską, a ta znowu wynurza się z tej wanny, : „natknęła się” na Nowego na klatce, przy wejściu do budynku, wetknęła mu swoją wizytówkę „chciałabym się ciebie poradzić w kilku sprawach, zadzwoń do mnie. ale wiesz, z pracy…” i DOPRAWDY, nie wiem, co o tym myśleć.
    zwłaszcza, że na dokładkę – niby mi w podzięce za użyczenie narzędzi kuchennych do wyważenia drzwi, które sobie wzięła i zatrzasła była – podarowała Kudłatemu psa pluto. skąpanego w jej parfumie. i znowu – doprawdy, nie wiem, co o tym myśleć. prezent dla mnie ? Kudłatego ? Nowego ???

    wyzwać ją na solo, cycóś ?


    • RSS