zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 4.2011

    ale jazdę tutaj mają, to normalnie Wam mówię.
    Marycha LePen triumfuje w sondażach, Sarko pikuje w dół jak spadochroniarz, na szczęście społeczeństwo przychodzi mu z pomocą i daje czadu.
    najpierw tatuś porywa swoje córki – bliźniaczki i popełnia samobójstwo – a dzieciaki znikają
    potem zabijają kobitę, która poszła sobie pobiegać – swoją drogą, co to za pomysł, biegać o 4.45 rano ! macie dowód, że sport szkodzi !
    potem buntują się ludy podległe krajów arabskich
    a teraz jeszcze tatuś ustrzela swoją żonę oraz czwórkę dzieci i rozpływa się we mgle
    no bajka !

    ale z tym tatusiem, to koniecznie muszę Wam opowiedzieć, bo to fajna historia jest.
    jakoś przed Wielkanocą – nie wiadomo, dlaczego – ktoś nagle sobie zadał pytanie „a gdzie jest ta rodzina, co mieszkała w tym bliźniaku w Nantes przy ulicy xxx ?”
    nie wiadomo, dlaczego, albowiem tatuś wcześniej zadbał o pozory : do szkół dzieciaków (jakie dzieciaki – od 13 do 21 lat mieli !) powysyłał zawiadomienia, że przenoszą się natychmiast do Australii, więc nie będą się już pojawiać a sąsiadom – tym, których znał, bo większość tygodnia spędzał poza domem – opowiedział, że firma przenosi go do Stanów (tak, wiem, mógł się skupić i pamiętać chociaż o tej Australii).
    niemniej jednak, ktoś sobie takie pytanie zadał. zadał je sobie na tyle poważnie, że policja zaczęła rodzinie się panoszyć po domu i ogródku. i w tymże ogródku powitali się z gąską – a dokładniej, z pięcioma ciałami, zakopanymi pod tarasem, starannie owiniętymi w jakąś płachtę i przysypanymi wapnem. się nazywa mieć fantazję.
    zwłaszcza, że znajomi dzieciaków jeszcze do jakiegoś 10go dostawali smsy i majle że niby od tychże.
    facet naprawdę się przygotował, broń w połowie marca kupił, dół wykopał, w wapno i płachtę się zaopatrzył, a tu taka skucha. przez jakiegoś niedyskretnego ciekawskiego. ludzie naprawdę wstydu nie mają.
    w każdym razie przez całą Wielkanoc media miały o czym trąbić.
    a to, że rodzina religijna : dzieci w szkole katolickiej i matka tam zatrudniona, że na mszę co niedzielę chodzili, ale tatusia na mszy nie widywano. a to, że niby miał firmę, ale jej jednak nie miał. a to, że przekręty podatkowe robił. a to, że się kochanka ujawniła, że od niej 50 tys euro pożyczył i teraz jej grozi. a to, że jednak jest gorliwym katolikiem i się na katolickich forach internetowych udzielał aktywnie i z jego wypowiedzi można wyczytać, że marzył o przejściu do życia pozagrobowego…

    generalnie temat zastępczy jak ta lala.
    oraz chyba nigdy Nantes nie miało tyle czasu antenowego dla siebie.

    jaki weekend ostanio przeżyłam, to normalnie mówię Wam.
    zostaliśmy zaproszeni do brata stryjecznego S. - tak się składa, że mieszka pod L.
    żołnierz z dziada pradziada, wyobrażałam sobie zatem żołnierski dryl, dziecko pod sznurek i żonę w kancik.
    zastałam złośliwego wegetarianina, skrupulatnie segregującego odpadki, synka – urwisowatego zbójnika z obdrapanymi kolanami i żołnierkę hipiskę. a to wszystko doprawione dwoma owczarkami niemieckimi, które wzięli (też z armii), bo inaczej by poszły do uśpienia.
    najpierw szeroko otwierałam oczy ze zdziwienia, a potem spędziłam jedną z najlepszych niedziel mojego życia.

    a Kudłaty to zdecydowanie moja krew – psów nie odstępował na krok, mimo, że każden jeden z nich był wyższy od niego.

    kiedyś sobie sprawię psa, na pewno.
    jak już będę stara, za stara na podróżowanie, i będę miała czas i warunki, by się nim zająć.
    no i przecież wszyscy wiedzą, że umrę w samotności a po śmierci zostanę zjedzona przez moje burki, prawda ?

    doskonale pamiętam, gdy pierwszy raz zobaczyłam Nowego.
    to był bodajże 2004 rok, opalony kurdupel w typie południowca na seminarium Dyrekcji Międzynarodowej mojej korpo. opowiadał mi, paląc papierosa, że właśnie wrócił z Anapurny. „wszedłeś na Anapurnę, a palisz ?” odparłam. bez cienia zmieszania odpowiedział, że i owszem, pali, ale miesiąc przed wyprawą nie palił.
    sympatyczny, i owszem, ale zupełnie nie w moim typie. bo kurdupel, przede wszystkim, bo palący, bo południowiec, bo taki jakiś… ugrzeczniony.
    siedem lat i morze wódki oraz innych płynów życiowych później sama siebie zaskoczyłam myślą „quel bel homme !” gdy patrzyłam na niego, zakładającego narty.

    ja to się tak czasami zastanawiam, czy bardziej jestem optymistyczna czy bezmyślna.
    taka sytuacja w piątek się mnie przydarzyła była :
    godzina jakaś osiemnasta z kawałkiem, dzwonek do drzwi. „a któż to ? – pomyślałam sobie – Nowemu się nie chce po klucz sięgać ?” otworzyłam, ale nie był to Nowy. była to jakaś babka, pod sześćdziesiątkę, starannie odziana oraz uczesana poczęła mi perrorować, że koledzy zamknęli jej samochód na parkingu, a ona nie ma pilota bo cośtam, że jest ze szkoły kosmetycznej po sąsiedzku i czy ja bym jej pilota nie pożyczyła.
    no, i co byście zrobili na moim miejscu, Szanowni Państwo ?
    pewnie zastanowili się dziesięć razy, i próbowali się dowiedzieć o kobiecie czegoś więcej, nie ? i zaznaczyli, „tylko niech pani na pewno odda”.
    a co zrobiła zupeńka ?
    ależ oczywiście, jeśli tylko mąż go nie zabrał, to nie ma sprawy. natomiast sama Pani widzi, że nie będę mogła zejść z Panią do garażu”
    „ależ ja tylko z garażu wyjadę i już go pani oddaję”
    powtórzyła to samo Nowemu, z którym sie minęła w drzwiach windy, i zniknęła.
    a Nowy przywitał mnie słowami
    „ach, więc to tak, pożyczasz naszego pilota do garażu jakimś nieznajomym babom ? a co będzie, jeśli go nie odda ?”
    i dopiero wtedy dotarło do mnie, że RZECZYWIŚCIE pożyczyłam pilota do garażu zupełnie obcej babie. ot tak, na słowo i ładne oczy. czas mijał niepokojąco, Nowy z początku się zbijał, ale wkrótce napięcie zaczęło rosnąć
    rosło tak i rosło, aż powiedziałam „to wiesz co, ja pójdę po pomidory” – najbliższy warzywniak jest za rogiem, logiczne zatem, że zniknęłam na pół godziny.
    z tego napięcia zgubiłam drogę gdzieś między antykwariatem i jubilerem (jezuuuu, jaki piździonek za jedyne 12 tys euro widziałam, TO WAM NORMALNIE MÓWIĘ. ja go CHCĘ teraz zaraz natychmiast !!!). wracałam z pomidorami i sercem drżącem – co będzie, jeśli babka pilota nie oddała ? w końcu to już najmarniej godzina mijała. a my w łikęd wizytacje wyjazdowe mamy ! – gdy WTEM ! ujrzałam babkę walczącą z domofonem pod klatką.
    ufffffffffffffffffffffffffffffffff odetchnęłam z ulgą i podeszłam do kobity dziarskim krokiem.
    a ta nie dosyć, że pilota oddała, przeprosiła obficie bardzo, to jeszcze w podzięce wcisnęła bon na zabieg na twarz i dłonie w swoim zakładzie kosmetycznym.
    czasami nie jest źle być bezmyślnym optymistą w uczciwość ludzi wierzącym


    • RSS