zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 3.2011

    pojechaliśmy byliśmy na narty, nie. w NouvelObsie wypatrzyłam artykulik o „miasteczku bardzo rodzinnym„. napaliłam się, zarezerwowaliśmy tydzień w hotelu, który wydawał mi się najsensowniejszy i pojechalim.
    napaliłam się, bo wiecie – garderie dla Kudłatego, narty dla nas.
    pogoda trafiła nam się piękna, Kudłaty wygladał na zadowolonego z pierwszych chwil w garderie, tylko ten pokój jakiś taki… mikroskopijny. dla całej naszej trójki – pokoik z łazienunią łącznie wielkości domowego pokoju Kudłatego. a trzeba Wam wiedzieć, ze posiada on najmniejszy pokój w naszym mieszkaniu. no nic, damy radę, pomyśleliśmy sobie, nie w takich warunkach człowiek sól z pieca jadł, nie.
    pierwsze przedpołudnie minęło lajtowo – poszliśmy wypożyczyć sobie narty, zrobić kilka zakupów, zwiedzić dziurę.
    Kudłaty na pożegnanie w garderie nawet na nas nie spojrzał, co wzięliśmy – zupełnie niesłusznie, jak sie potem okazało – za dobry omen : gdy odstawialiśmy go do żłoba po południu, już nie był taki zadowolony. może dlatego, że pani wzięła go na ręce i wsadziła do łóżeczka. na drzemkę, rozumiecie. no więc Kudłaty, synuś mamusi i tatusia, rozdarł swe szlachetne oblicze, że go na dwóch sąsiednich piętrach było słychać (nie wiem, jak on to robi, ale układa buźkę w idealny prostokąt, jak się drze. echhhh, jakie to moje dziecko zdolne !!!).
    pani powiedziała „za chwilę mu przejdzie„. pani była optymistką. pani chyba nie do końca realizowała, że to MOJE dziecko. i że jemu nie ma zwyczaju „za chwilę przechodzić”. że on, jak się drze, to do upadłego. do krwi ostatniej kropli z żył. do ostatniego pękniętego bębenka usznego.
    gdy wróciliśmy po niego koło 17, oglądali nas wszyscy przechodzący rodzice „ach, to państwo po Kudłatego ?”
    a ci, którzy nie mieli okazji obejrzeć nas i Kudłatego przy żłobku, odbijali sobie straty w restauracji „to TO jest Kudłaty ?” znaczącym tonem. Nowy się cieszył, że takie mamy śliczne dziecko, że wszyscy go zauważyli. wyprowadziłam go z błędu. zwłaszcza, że tak, w restauracji też było do krwi ostatniej oraz bębenka. chyba, że się go uwalniało z krzesełka. ale wtedy automatycznie włączała się opcja „Kudłaty wędrowniczek” i w ułamku sekundy kurdupel znajdował się pod drzwiami (uchylnymi) do kuchni. albo w ogóle przy barze (moje dziecko w końcu, prawda). albo w ogóle jeszcze gdzie indziej, i dalej – jego inwencja jest w końcu nieograniczona.
    niestety – kolejne dni nie przebiegały lepiej. drugiego dnia ryczał, gdy oddawaliśmy go do żłobka, nie spał, nie chciał jeść, a gdy wracaliśmy do pokoju, gdy tylko otwieraliśmy do niego drzwi – uderzał w histeryczny płacz, niemal spazmów dostawał. trzeciego dnia podobnie…
    i w ten oto sposób wróciliśmy z nart we czwartek, zamiast – jak było to przewidziane – w sobotę. za to z jakimś cholernym choróbskiem, dzięki któremu Kudłaty kaszle i kipę ma popas, jak śpiewał Szakin Stiwens. znaczy – przywieźliśmy sobie choć jedną pamiątkę z wakacji… bo kurde, nawet zdjęć nie mieliśmy okazji sobie porobić.

    generalnie wniosek jest taki, że w przyszłym roku rezerwujemy sobie Club Med.

    no więc wygląda na to, że wyrobiłam się na czas z zebraniem wszystkich papierów niezbędnych do postulowania o żłobek. CUD W WÓLCE, panie.
    wczoraj rzutem na taśmę oraz zmasowanym atakiem silnej woli zadzwoniłam ponownie do CAF (caisse d’allocations familliales), coby zapytać, czy wyrobili się z nadaniem nam numero d’allocataire.
    bo przecież nie można się starać o żłobek, jak się nie jest członkiem lokalnej kasy zapomogowej. a kasie zapomogowej nadanie numeru zajmuje – ooo, lekką ręką, jak mi powiedziała pani z telefonu – koło miesiąca. tak więc wczoraj dzwoniłam do nich z drżącym sercem, gdyż od nadania korespondencji minęły były dopiero 3 tygodnie.
    drżące serce powodowane było również tym, że za każdnym moim telefonem do nich musiałam opowiadać mój życiorys w szczegółach, nawet jeśli dzwoniłam z zapytaniem, czy mam do dossier załączyć nasze zeznania podatkowe, i czy swoje zarobki, jako, że są w złotówkach mam przeliczyć na ełrasy sama, czy też oni mają tam jakichś speców od tego. poprzednim razem trochę się z panią pokłóciłam o to, a wczoraj postanowiłam oszczędzać swe nerwy – a i przy okazji w dobrym humorze byłam, jakoś dziwnie, nie wiem, pewnie to przez tą wiosnę, co ją czuć w powietrzu – i opowiedziałam jej mą historię bez poganiania. i zapewne to ją tak dobrze nastroiło, że powiedziała mi „pani dossier jeszcze nie jest przetworzone, ale numer beneficjenta już państwo macie, proszę sobie zanotować„. normalnie LUCKIM GŁOSEM CAF do mnie przemówiła była !!!
    no więc jeśli mamy numer d’allocataire, to już WSZYSTKO MAMY.
    brakuje nam tylko szans na przyznanie nam tego żłobka – w końcu ja ciągle nie pracuję. co będzie, jeśli w międzyczasie dostanę pacę, a nie będę miała opieki do dziecka, pani dyrektor nie potrafiła mi powiedzieć.

    poza tym wymyśliłam sobie, co będę robiła, jeśli nie dostanę pracy w zawodzie.
    mianowicie, zostanę HYDRAULIKIEM.
    takim wyspecjalizowanym w obsłudze kobiet.
    a pomysł ten zrodził się w mojej głowie po tym, jak zapłaciliśmy 500 eur za montaż umywalki w toalecie. zajęło to dwie godziny, i zaznaczam, że umywalka nie była w cenie.
    polska hydrauliczka - czyż to nie brzmi dumnie ?

    2/3 prac na świecie wykonywane jest przez kobiety, ale tylko 1% kobiet jest posiadaczkami.
    56% kobiet we Francji zarabia SMIC czyli płacę minimalną.
    w liniach powietrznych Abu Dhabi jest jedna kobieta. tak się składa, że Francuzka. jest co najmniej tak samo kompetentna, jak jej męscy koledzy, ale przy tym posiada – uwaga – WYROZUMIAŁEGO męża, dzięki któremu może łączyć życie służbowe z rodzinnym. dlaczego nikt nie pochyla się nad wyrozumiałością ŻON pilotów ?
    i już nie wspomnę o reality show, o którym pisze ds, bo trochę mi się nóż w kieszeni otwiera.


    • RSS