zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 2.2011

    zasadniczo nie rozumiem, czemu tego tu jeszcze nie opisałam.

    zaczęło się od tego, że postanowiłam na ostatnie dwie noce w Polsce zafundować sobie jakiś fajny hotel.
    bo wiecie, rzeczy wyjechały w czwartek, a tu jeszcze trzeba posprzątać i klucze najemcom przekazać, wyjazd z Pl zaplanowałam więc na sobotę.
    a od czwartku do soboty – jakiś wypaśny hotelik. wahałam się między Polonią, Intercontinentalem i Hyattem, w końcu wybrałam ten ostatni. bo Łazienki blisko, bo basen sympatyczny. bo.
    po męczącym całodziennym pakowaniu garnków szklanek talerzy ciuchów kilku mebli, wsadziłam Kudłatego w fotelik, walizę w bagażnik i ziu – do hotelu.
    w hotelu było bardzo przyjemnie, młody dostał nawet zestaw pielęgnacyjny oraz jakąś maskotkę (wszystko i tak tam zostawiliśmy, w walizce nie mieściło się już NIC), raz nawet skorzystaliśmy z basenu i jaccuzi, ja co wieczór zamawiałam sobie w rum serwisie tajskie żarcie, a Kudłaty co dzień właził mi pod prysznic. było naprawdę super.
    w sobotę z rana spakowałam moją big walizę, zjechałam z całym (no, prawie - trochę rzeczy niestety musiałam zostawić, bo już się nie mieściły) majdanem na recepcję, uiściłam opłatę, wsadziłam nas do taksówki i pojechaliśmy w kierunku na Okęcie.
    - – - – -
    i tu muszę zaznaczyć taką sprawę – za każdym razem, gdy dokonuję moją kartą kredytową jakiejś transakcji, otrzymuję informującego smsa. do WTEDY uważałam, że jest mi to średnio potrzebne. dzięki Hyatt owi zmieniłam zdanie. powinnam im jeszcze pewnie podziękować, co ?
    - – - – -
    w każdym razie jesteśmy w taksówce, deszcz leje, jakby Warszawa płakała, że wyjeżdżamy, dostaję smsa informującego o dokonaniu transakcji na kwotę taką i taką, wszystko się zgadza, jedziemy na lotnisko, w L czeka Nowy i cudowna pogoda, życie jest piękne.
    jednakowoż wieczorem – a raczej w nocy, bo to jakaś 1:30 już była – dostaję smsa, że w Hyatcie dokonano transakcji moją kartą na kwotę taką i taką. nie była to kwota zbyt wysoka (w weekendy, kiedy businessmani wracają do domu, noclegi nie kosztują w hotelach fortuny), niemniej jednak znaczna. buty by sobie za to już kupił. a. kupiła.
    przekonana, że to jakaś pomyłka, nie zareagowałam. ale smsa nie wywaliłam. tak, na wsjakij słuciaj.
    jakieś 10 dni później dostaję wyciąg z karty. zonk – jest na niej zaznaczona ta transakcja z Hyatta z 1:30. tuż po tej, którą zatwierdziłam.
    no to ja co ? telefon w dłoń, oczywiście, i nie będzie Hyatt pluł nam w twarz. dzwonię. pan na recepcji patrzy w historię mojej z nimi przyjaźni, i mówi „aaa, bo pani skróciła pobyt o jeden dzień ?” krew się we mnie wzburzyła z letka „nie, proszę pana. rezerwowałam u państwa nocleg na wie noce i tyle właśnie zostałam. ani dzień krócej, ani dzień dłużej. i tak się składa, że mam na to potwierdzenie„- odparłam. „aha„, rzekł pan „to ja to przekażę osobie odpowiedzialnej, i ona do pani zadzwoni w poniedziałek, żeby ustalić, w jaki sposób zwrócimy pani pieniądze„.
    usatysfakcjonowana takim obrotem sprawy nie zwróciłam zbytniej uwagi na fakt, że w poniedziałek „osoba odpowiedzialna” nie zadzwoniła. uznałam, że widocznie moje wyjaśnienia były wystarczające, że kasa zostanie zwrócona.
    niestety, nie pojawił się żaden sms informujący o jakichkolwiek ruchach na mojej kk, na następnym wyciągu kwoty tej również nie było.
    cóż było zatem czynić. zadzwoniłam ponownie. tym razem pani z recepcji podała mi bezpośredni telefon do osoby zajmującej się tego typu sprawami. zadzwoniłam. odbyłyśmy przyjacielską rozmowę, dowiedziałam się, że ściągnięta z mojej karty o 1:30 kwota miała pokryć koszta mojego noclegu u nich oraz śniadania (tak. o 1:30 jasnowidz z recepcji wiedział, że zjem u nich z rana śniadanie), przesłałam jej mail potwiedzający moją wersję wydarzeń w temacie długości rezerwacji, otrzymałam odpowiedź, cytuję „Koleżanka z recepcji przedłużyła Pani pobyt, bo w pokoju pozostały rzeczy dziecka.
    Jeśli jednak Pani nie było to oczywiście pieniądze zostaną zwrócone.”
    nie będę wnikać w to, co zostało – bo rzeczywiście trochę rzeczy zostało – powiem tylko, żebyście uważali, jeśli zdarzy Wam się zostawić w hotelu trochę za dużo śmieci, niemieszczących się do kosza. bo nagle się może okazać, że jak zostawicie plastikową miseczkę i napoczęty słoiczek dziecięcego żarcia, to Was skasują za dodatkową dobę.
    odparłam, że nas tam już nie było, i domagam się zwrotu pieniędzy. a było to pod koniec grudnia – na początku stycznia.
    przyszedł wyciąg styczniowy – nic.
    no dobra, dam jej jeszcze trochę czasu, powiedziałam sobie. taka miła byłam.
    przyszedł wyciąg lutowy – dziś właśnie – a na nim ciągle nic.
    tym razem stwierdziłam, że to już, qrva, przesada.
    „Dzień dobry, 
    jest 23 lutego, do tej pory nie odnotowałam na mojej karcie kredytowej zwrotu XXX,XX PLN, które niesłusznie mi Państwo ściągnęliście.
    W związku z tym poproszę o nazwisko Managera hotelu i szefa PR. 
    Pozdrawiam” – napisałam.

    panna obiecała, że dziś osobiście zwróci mi kasę na kartę. no cóż, czekam.
    a namiarów na szefostwo hotelu i tak poszukam. bo to jest, qrva, skandal.

    aktualizacja z dn. 7 marca 2011 : HYATT ODDAŁ KASĘ. cóż z tego, kiedy nie załączyli voucherka na pobyt. piszem do managerstwa ;)

    mieszkanie w dobrej, konsulackiej, dzielnicy ma wiele plusów dodatnich. 
    zaposiada ten fakt jednakowoż również kilka plusów ujemnych.
    na ten przykład taki, że zmuszony jest człowiek odbywać dość absurdalne rozmowy przez domofon :
    - tak ?
    - ahul bala hal mahal ?
    - konsulat jest w sąsiednim budynku
    - hala mala hal lalal ?
    - konsulat jest po pana prawej stronie !
    (tak, mamy wideofon)
    albo, że w sobotnie przedpołudnie blokują człowiekowi dostęp do pobliskiej piekarni.
    bo pod konsulatem, co jest jeszcze pobliżej, odbywa się manifestacja na rzecz demokracji w jednym z afrykańskich państw.
    stała ich setka, z megafonem, CRSów (taki odpowiednik naszego ZOMO, nie wiem, jak to się teraz nazywa) drugie tyle, z tarczami i przyłbicami. a między nimi – barierki.
    (moja ulica murem podzielona, te klimaty)
    postali z pół godziny, pokrzyczeli przez ten megafon, akurat w godzinie usypiania Kudłatego na przedpołudniową drzemkę (to ten kolejny plus ujemny) i po demonstracji.
    ja nie wiem, jak oni chcą tę demokrację se wywalczyć. taką pół godzinką przed konsulatem ? doprawdy, na manifestacjach się nie znają. trzeba by ich na szkolenie do naszych górników wysłać.

    przeczytałam sobie w łikęd Miłość Toni Morisson. ja nie wiem, jak ja zrobiłam, że do tej pory tego nie przeczytałam, stało na półce od dłuższego czasu. gorzej, nie wiem w ogóle, jak zrobiłam, że to pierwsza książka Morisson, którą w ogóle przeczytałam !!!
    w każdym razie chciałam powiedzieć, że dobre było. samo gęste. suspens lepszy, niż w najlepszym kryminale. chcę więcej.

    w piątek zrzuciłam sobie przewijak na palucha lewej stopy.
    @#$%^&&^%$#@#$%^&^%$#!!! nie wiedziałam, że to palec może tak boleć ! przez cały wieczór zastanawiałam się, czy nie złamany, pół nocy nie spałam i ratowałam się zamrożonym okładem, do sobotniego popołudnia walczyłam z opuchlizną.
    teraz już mogę w miarę założyć co miększe buty i nawet nie kuśtykam za bardzo, za to z zainteresowaniem obserwuję zachodzące zmiany kolorystyczne i zastanawiam się, czy zejdzie mi paznokieć.
    bo oczywiście to cholerstwo uderzyło dokładnie w nasadę paznokcia.
    plusem dodatnim sytuacji było to, że Nowy sam odbębnił niedzielny spacerek po parku z Kudłatym, a ja sobie w tym czasie przeczytałam Kobietę z wydm. na razie trochę jestem rozczarowana tą lekturą, ale jak sobie ją przemyślę, to może mi się poprawi.

    w ogóle uderzam ostatnio na wschód. najpierw zbrodnia i kara, potem kobieta z wydm, teraz poślubić buddę. Shanghai baby podobała mi się straszliwie, mam nadzieję, że Budda nie rozczaruje.

    natomiast jeśli chodzi o Kudłatego, to się chłopak rozpędza. chodzi od jakichś trzech tygodni, a od trzech dni sam złazi z fotela, włazi na różne podwyższenia i siada po turecku.
    i dostaje absolutniego świra na teresie.

    już się nie mogę doczekać, kiedy będzie naprawdę ciepło, kiedy obsadzimy donice, zakupimy brodzik dla Kudłacza a stół i fotele dla siebie i będziemy spędzać leniwe wieczory przy winie lub organizować taras party z widokiem na ołówek i Fourviere.

    mam parasol, który chroni mnie przed nocą
    no, kto pamięta, czyje to ?

    jest pięknie i słonecznie, w związku z tym oczywiście nasza domowa stacja meteo pokazuje, że leje. ale psoko, przez ostatni tydzień, gdy było szaro buro i ponuro pokazywała piękne słońce. jest w tym jakaś specyficzna logika.

    Kudłaty przechodzi etap naśladownictwa.
    w ramach naśladownictwa w okolicach obiadu, gdy ja wkładam jego danie do mikrofalówki (tak, zua matka jestem, nie gotuję mu pysznych obiadków z pierdyliarda składników zakupionych w pobliskim sklepie bio), on wywala z szuflady dwa poziomy niżej patelnie oraz rondle. a z tej jeden poziom niżej – kratkę do piekarnika. w opcji ma przekładanie zawartości szuflady z jego żarciem do szuflady równoległej (tej z patelniami i rondlami.)
    gdy ja suszę włosy – on nakłada sobie moją opaskę na głowę.
    gdy Nowy wraca z pracy – Kudłaty bierze jego teczkę (nie żeby od razu miał siłę ją unieść) i kieruje się w stronę drzwi (a w sumie to może raczej jakaś sugestia, nie naśladownictwo ?)
    tak poza tym ma raczej dobry charakter.
    no, może z wyjątkiem tych chwil, kiedy strzela cholerycznym fochem (pique une colere, jak to ładnie mówią Francuzi), gdy zamyka się przed nim lodówkę (bo przecież tak fajnie jest wyciągnąć z niej butelkę dżinu i walić nią o podłogę), zmywarkę (najfajniejsze są szklanki) czy szafkę ze śmieciami. oooo, wtedy jest najnieszczęśliwszym dzieckiem na świecie. strzela focha, siada z rozmachem na tyłku i wali w podłogę suszarką, szczorką, chochlą, zasilaczem od komputera, czy co tam akurat wyprowadzał na spacer.
    (tak, robi kółka po salonie ciągnąc za sobą zasilacz, ewidentnie potrzebuje pieska)
    a łzy lecą jak grochy.
    a ja siłą powstrzymuję się od wybuchu śmiechu.
    no co, przecież mówiłam, że zuamatka jestem.

    w następnym odcinku opowiem Wam o nieszczęśliwym życiu mojej prawie teściowej.
    a może o drugim wujku Nowego.
    a może o czymś jeszcze innym…?

    poszłam dziś do merostwa, bo livret de famille wreszcie doszedł.
    i co ? i ch. „jest to livret de famille du pere naturel i tylko on może go odebrać”.
    a „pere naturel” dziś jest w Aix, jutro pracę zaczyna od 8.30, merostwo się otwiera o 8.45, a ja mam spotkanie w żłobku o 10.00.
    i ch trafił polyannę
    (bo Wam chyba nie mówiłam, ale kilka dni temu postanowiłam sobie, że codziennie będę wynajdywać co najmniej trzy pozytywne rzeczy z każdego dnia, to ponoć dobry pomysł na poprawienie sobie nastroju)
    a tu pogoda podła, dieta nie działa, merostwo wk.wia.

    i w dodatku elektryzują mi się włosy

    i ch.


    • RSS