zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 1.2011

    …musi powiedzieć Beigbeder.
    dorwałam się do „Un roman francais” i znowu stwierdzam, że jeśli istnieje na tym świecie pisarz, którego chciałabym poznać, pójść z nim na wutkę i przebalować noc, to jest to właśnie ten pan.
    Une heure de prison dans une comionnette grillagee pour avoir l’air d’un intrepide defenseur des droits de l’homme, c’etait un tres bon rapport douleur physique/retribution mediatique” p. 41
    pewnie byłby nieznośnym zarozumiałym bufonem i rozmowa przypominałaby bardziej monolog padalca niż rzeczywistą rozmowę, ale tak, chciałabym to kiedyś przeżyć.

    obejrzałam wczoraj reportaż o jedym facecie co w złocie robi.
    zaczął od tego, że był przedstawicielem handlowym jakiejś firmy handlującej płatkami złota. po dziesięciu latach kupił sobie zakład odnowy staroci i wyspecjalizował się w złotnictwie. złoci (znaczy nie on, tylko jego pracownicy) ramy, rzeźby, płaskorzeźby, sztukaterie, meble, SAMOCHODY… co se tam stryjenka zażyczy. jeden płatek złota do złocenia – cieniusieńki, taki, że nie dotyka się go rękoma, by nie podrzeć, złotnicy pobierają go od razu pędzelkiem – o wymiarach jakieś 3 x 3cm - no dobrze, może 4 x 4 - kosztuje 1 euro. położony na przedmiocie – potraja swoją wartość.
    pokazali „bogatą dziedziczkę z zatoki perskiej” – korzystającą z jego usług – w jej naturalnym otoczeniu. mieszkanie ze trzysta metrów lekką ręką, w XVI dzielnicy. całkowicie je odremontowała parę lat temu, złocąc obfite sztukaterie, ściany, meble… pond 60 tys. euro w złotku. teraz chciałaby pozłocić ścianę w domu swojej matki na Ibizie.
    ale nie o tym chciałam.
    facet ma oto nowy pomysł – złoty szampan. tak, skojarzenie ze złotą wódką narzuca się samo. z tym, że facet rozwija go w znacznie ciekawszym kierunku : produkuje specjalne butelki, ręcznie zdobione złotem i platyną, napełnia szampanem z okruchami złota i sprzedaje – za 190 eur za butelkę. organizuje ze snobistycznymi klubami „złote imprezy” : złoty szampan, złoty kawiar i modelki pokrywane płatkami złota.
    jeden gram okruchów złota kosztuje ok. 60 euro, dwa razy więcej, niż 1 gram złota w sztabce złota.
    siedziałam przed tym telewizorem, zbierałam szczenkę z podłogi zastanawiając się – DLACZEGO NIE JA ??? czemu JA NA TO NIE WPADŁAM ???

    śniło mi się, że Nowy wraz z jakąś panną wytatuowali sobie na tyłku mega motywik z toile de Jouy. o, coś w ten deseń to było :
     

    i zajmowało cały pośladek.
    żeby nie było – kocham toile de Jouy i marzę o tym, żeby mieć pościel w takie motywy, i zasadniczo nie mam nic przeciwko tatuażom, ale żeby tak Z OBCĄ BABĄ ??? i w dodatku CAŁY POŚLADEK ???
    gdybym się obudziła w środku tego snu, to przysięgam, że bym mu lutnęła.

    po Bożym Narodzeniu był sobie Nowy Rok. oprócz mętnego wspomnienia fochów koleżanki Pru oraz zdeptanego charakteru Blondyna, zostało mi po nim 3 kg w zapasie i doprawdy nie wiem, co z nimi zrobić. próbuję starych dobrych południowych dziwek, ale jakoś bez przekonania.

    poza tym kończę Houellebecq’a, tego, za którego dostał prix Goncourt i trochę jestem rozczarowana. no dobrze, fajny kryminalik to jest, ale żeby od razu prix Goncourt ??? potwierdza się opinia, że chcieli go nagrodzić dużo wcześniej, ale nie mieli odwagi. no sory, ale „Platforma” jest zdecydowanie lepsza.

    ruszyłam również sprawę żłobka dla Kudłatego. podobnie, jak przy wynajmie mieszkania, należy złożyć dossier zawierające zeznania podatkowe, listy płac, zaświadczenie o zatrudnieniu, odciski palców, zaświadczenia o niekaralności do trzeciego pokolenia wstecz oraz LIVRET DE FAMILLE.
    jak resztę dokumentów zaposiadam (no, z wyjątkiem zeznania podatkowego za 2009, nie wiem, dam im chyba pita co z roboty dostałam, i tak po polsku nie zrozumieją), tak ten cholerny livret de famille przyprawił mnie o spazm przedsionków. no bo niby – skąd ja mam im go wziąć ??? wydawany jest przy okazji zawierania związku m. – nie posiadam - oraz przy narodzinach dziecka przez merostwo w obrębie którego dzieciak się urodził. znaczy ten. Mairie de Varsovie ???
    z krwią w żyłach wzburzoną zagaiłam w temacie Nowego. że co z tym livret de famille, jak go wyrobić, kiedy dziecko urodzone zagramanicą. Nowy z wyuczoną bezradnością powiedział mi – nie da się. na co ja z wyuczoną we wczesnym dzikim kapitalizmie zaradnością powiedziałam – co się, ku, nie da, jak się nie da.
    trochę sie pokłóciliśmy, po czym na drugi dzień zadzwoniłam do Ambasady Francji w Polsce.
    bo co się, ku, nie da.
    sprawa okazała się o wiele łatwiejsza, niż podejrzewałam. wyszło albowiem na jaw, że livret de famille, tadam, ISTNIEJE.
    po prostu szanowny Nowy, gdy poszedł zgłosić Kudłatego w Ambasadzie, zażyczył sobie, by livret de famille został u nich, że sami go sobie odbierzemy, po czym oczywiście starannie o tym zapomniał.
    już zbierałam się w sobie na wielki opierdol, kiedy miła pani z Ambasady powiedziała mi „zazwyczaj wysyłamy go do merostwa urodzenia ojca” i wtedy zrozumiałam jego decyzję. Verdun trochę nam nie po drodze, jednak.
    (swoją drogą nieźli maczyści z tych żabojadów. livret de famille wysyłany do merostwa ojca, nie matki. a samotne matki mają do niego prawo dopiero od 1974 bodajże).

    na koniec cycata taka, wybaczcie, nie chce mi się jej tłumaczyć
    Il etait tellement desoeuvre que, depuis quelques semaines, il s’etait mis a parler a son chauffe-eau. Et le plus inquietant – il en avait pris conscience l’avant-veille – etait qu’il s’attendait maintenant a ce que le chauffe-eau lui reponde
    La carte et le territoire, p. 398

    we Fr ten tekst nabiera zupełnie nowego znaczenia. tutaj codziennie wstaję skoro świt – bo słońce wschodzi koło 8.40. a mój prywatny potwór budzi się między 6.30 a 7. na szczęście w tygodniu, do jakiejś 8, pacyfikuje go Nowy, gorzej jest w weekendy. dla mnie ta tutejsza 6.30 – 7 to jak 4.30 – 5 w PL !
    doprawdy, nie sądziłam, że MOJE dziecko będzie mi takie numery robić. zwłaszcza, że tak dobrze się zapowiadał, jak był mały. spał do 9. w najgorszym przypadku do 8. ech.

    spędziłam w tym roku jedne z najfajniejszych Świąt i jednego z najsympatyczniejszych sylwestrów.
    obserwowałam informacje z lotnisk i gratulowałam sobie przebłysku intuicji i pozostania na święta w L. Nowy pewnie by się uparł, żeby lecieć Air Francą, i byśmy utkli na paryskim lotnisku, bo ani w tę, ani wewtę : z jednej strony samolotu by nam nie odmrozili, a z drugiej w TGV, by wrócić do L., albo by miejsc nie było, albo dwie godziny opóźnienia.
    a tak – luzik, zero obżarstwa, siłownia w pierwszy dzień świąt i wizyta u jednego z tutejszych wujków w drugi (drugi dzień świąt tak właściwie we Fr nie funkcjonuje, ja nie wiem, jak się do tego przyzwyczaję).

    wujek jest bardzo ciekawą postacią. wujek mianowicie jest żonaty od wielu lat, co zgodnie z żoną podkreślają.
    nic to, że on mieszka w L., a ona ponad 300 km stąd i odwiedza go dwa razy w roku. grunt, że „się nie rozwiedli !” (do Nowego po rozwodzie latami sie nie odzywali. zaczęli dopiero, gdy się dorobił Kudłatego. dziecko zmiękcza obyczaje ?) a on sam przemieszczać się nie może, gdyż nie ma jednego płuca i jest stale podpięty pod butlę z tlenem. ale za to się nie rozwiedli, prawda.
    swego czasu adoptowali dwójkę dzieci, rodzeństwo, chłopca i dziewczynkę, takie już w starszym wieku. no dobrze, ponoć z trudnego środowiska i ogólnie z problemami te dzieci były. w każdym razie dziewczynka, jak dorosła, utopiła swoje dziecko w wanience, chłopiec też za cośtam w pierdlu wylądował.
    znaczy nie, przepraszam, dziewczynka chyba nie wylądowała, tłumaczyła się, że „tylko na chwilkę zostawiła dziecko same w wanience”. 6 czy 8 tygodniowe dziecko, prawda. samo. w wanience.
    a teraz on tam siedzi sam, w tym zapuszczonym domu, z rurką w nosie i kompleksem wyższości.
    ale za to się nie rozwiódł.

     


    • RSS