zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 12.2010

    kolejny rok za nami.
    drugi z rzędu – mimo wszystko – udany.
    w 2009 rzuciłam fceta, który mnie nie kochał (i którego ja już nie kochałam, nie oszukujmy się) na rzecz lepszego egzemplarza i dorobiłam się Kudłatego
    w 2010 przeniosłam się do L.
    w 2011 znajdę idealną robotę ? zacznę studia na architekturze ?
    zobaczymy.
    w każdym razie życzę Wam wszystkim, by ten nadchodzący 2011 był równie udany, jak jego poprzednicy.

    Wszystkiego Dobrego !

    hm. znowu na tydzień przed świętami przypomniało mi się, że marzę o choince zdobionej frywolitkami. takimi własnoręcznie przeze mnie zrobionymi, z koralikami. i że nawet cały staf do produkcji mam, bo wszystko sobie kupiłam rok temu. albo może dwa.
    no nic, może na następne święta. bo na te to w ogóle nie dosyć, że ciągle choinki nie mamy, to jeszcze Kudłaty – w przerwach między zabawianiem się blu rayem i otwieraniem szafki z korkami (tak, w tym mieszkaniu szafka z korkami jest na wysokości jak najbardziej dostępnej 14 miesięcznemu dziecku, mam ochotę zrobić krzywdę temu gieniusiowi, który ją tu powiesił) – uwielbia wyrywać mi czółenko z ręki. pasjami uwielbia.

    do poprzedniej notki chciałam jeszcze napisać (bo wyszła mi taka, sans queue ni tete, czyli bez ogona i głowy), że lyończycy twierdzą, że dawnemi czasy, to na fete des lumieres też organizowany był pochód z pochodniami lub świecami na Fourviere, jak w przypadku ślubów echevins. i że w sumie nie lubią tego obecnego rozdmuchanego reklamowo święta, że wcześniej było kameralniej, tradycyjniej i przyjemniej. a teraz zarzucono tradycję procesji, bo uczestnicy nie byli w stanie przepchać się przez tłum.
    no i przyuważyłam na Fourviere świetlny napis „Merci Marie”. 

    a na zakończenie taka cytata, z książki, którą aktualnie czytam :
    Czyż wszystko, co dotyczy króla, nie jest ważne ? Rówież jego choroby. Dotykają go co chwila, takie czasy. Jedna z nich stała się sławna : przetoka (fistuła ?) analna, przez którą wiele się wycierpiał. Jesteśmy w 1686r. Jego chirurdzy postanawiają operować, odważne przedwsięwzięcie. Poczyniono wiele prób na „świnkach morskich”, które wyszukiwano w hospicjach. Podchodzą do operacji. Tłum powstrzymuje oddech i modli się w kościołach. Operacja się udaje. Gdy tylko informacja jest potwierdzona, odśpiewują Te Deum. Nie zapominajmy : to też absolutyzm a la Ludwik XIV : reżim, w którym daje się na mszę, by świętować powrót do zdrowia dziury w dupie.

    Nos ancetres les Gaulois et autres fadaises, p.279

    tydzień temu (no, trochę więcej, niż tydzień, 8 grudnia to było) rozpoczęła nam się tutaj la Fete des Lumieres. w tvn-ie przetłumaczyli to oczywiście jako festiwal światła, choć właściwszym tłumaczeniem byłoby raczej święto świateł.
    postanowiliśmy się wybrać, bo w końcu to nasze pierwsze święto świateł w tym mieście, wielkie wydarzenie i w ogóle wstyd przegapić. zwłaszcza, że wcześniej podsłuchaliśmy różnych takich, jak to mówili, że na fete des lumieres to oni wyjeżdżają z Lyonu, bo jest za dużo ludzi i nie da się żyć. no to przecież, że trzeba się udać.
    jako, że cała impreza trwała do łikędu, postanowiliśmy się udać od razu pierwszego dnia, z myślą, że może w środku tygodnia będzie mniej luda.
    ha ha ha i ha. i jeszcze ha.
    na szczęście wyszliśmy wcześnie, więc udało nam się przejść w miarę sprawnie rue de la Republique, pooglądać różne świetlne instalacje (i tak najfajniejszą wypatrzyliśmy pod merostwem naszej dzielnicy), a nawet dostać w pobliże place des Terreaux, gdzie odbywał się wielki spektakl światło i dźwięk, ale niestety – tylko w pobliże. ci, którzy na tym placu siedzieli, to musieli się tam chyba w południe pojawić, żeby zająć sobie miejscówkę. innej opcji nie widzę. a my przecież jeszcze z wózkiem i Kudłatym, prawda. polampiliśmy się nad głowami ludzi na obrazki wyświetlane na kamienicach za fontanną, dopóki nie przyuważyłam logo głównego sponsora wydarzenia – naszego głównego konkurenta w Fr. to przeważyło szalę goryczy (bo przecież, że nie dziki tłum, który usiłował staranować nas i progeniturę ;) ) i się zmyliśmy w kierunku na Bellecour, ale niestety było już koło 20.00 i nie daliśmy rady.
    dotarliśmy do place de la Republique, kupiliśmy Kudłatemu balona w kształcie helikoptera (niezły ten balon jest, ciągle fruwa pod sufitem – bo helem napełniony) i wróciliśmy do domu. .
    i tyle, kuna, z Fete des Lumieres. potem jeszcze z tarasu sztuczne ognie przyuważyliśmy. ale niestety, były one nad starym Lyonem, nie nad Fourviere, więc te niższe kiepsko było widać.
    a w ogóle to śmieszna sprawa z tą Fete des Lumieres, bo najwyraźniej samym lyończykom się ona myli z odnawianiem ślubów des echevins (sory, nie wiem, jak to się tłumaczy), którzy w 1643 modlili się do Matki Boskiej o ochronę miasta przed dżumą i ślubowali rokrocznie odbywać pielgrzymkę na Fourviere by polecać miasto jej opiece.
    i taka pielgrzymka się rzeczywiście nadal odbywa, wchodzi pochód ze świecami na Fourviere, tyle tylko, że 8 września, nie grudnia.
    a 8 grudnia to była historia w 1852r., kiedy to odnawiali dzwonnicę starej kaplicy Fourviere (teraz jest tam wypaśna bazylika, która, jak to napisali w przewodniku „harmonijnie łączy wszystkie style, od antyku po bizantyjski i orientalny, od romańskiego po gotycki”, innymi słowy groch z kapustą i rodzynkami, albo jak to mój szef określił „białe paskudztwo”).
    i rzeźbiarz nie wyrobił się z rzeźbą Maryi na wsześniej ustaloną datę, więc przesunęli inaugurację na 8 grudnia. pech był taki, że 8 grudnia lało jak z cebra. zatem arcybiskup Lyonu, zniechęcony, poświęcił dzwonnicę, ale odwołał całą szopkę z iluminacjami. a wtedy lud Lyonu, zapewne całkowicie spontanicznie, pozapalał w oknach setki świeczek.
    zorganizowali ósmego grudnia taki wiecie, nasz pierwszy listopada w środku miasta.
    i rzeczywiście, gdy poszliśmy się przejść, w wielu oknach stały świeczki.
    sympatyczna tradycja.
    na szczęście w tym roku 8 grudnia nie padało, a wręcz przeciwnie, była piękna pogoda, i nawet po zmroku było kilkanaście stopni na plusie, chodziłam z rozpiętym lekkim płaszczem, a Kudłaty oczywiście bez czapki.

    poza tym zapisałam się wreszcie na siłownię.
    ciekawy koncept – siłownia całkowicie samoobsługowa, otwarta od 6 do 23.
    znaczy, są dwie osoby do obsługi, ale mają pod sobą bodajże trzy siłownie tej sieci, więc są na miejscu tylko w określone dni. udałam się tam zatem w jeden z takich dni, pogadałam z panem, odbyłam sesję próbną, umówiłam się na ustalanie dla mnie specjalnego planu ćwiczeń i se poszłam. wróciłam parę dni później (a konkretniej przedwczoraj), pomęczyłam się na maszynkach (super nowoczesne, czysta przyjemność), poćwiczyłam brzuszki z wirtualnym instruktorem (jest salka, w której jest 4 czy pięć monitorów, i co 30 minut wyświetlają na nich filmiki z ćwiczeniami. dla mnie bomba.), przypięło się do mnie – oczywiście – chłopię, tak na oko z dziesięć lat młodsze, ale w salce ciemno było, może to dlatego. gorsze jest to, że się nie odpięło – po skończonym seansie brzuchowym powiedziałam mu „no to ja spadam” i popędziłam pod prysznic, a ten na mnie czatował przy półkach z rzeczami, by dopytać, kiedy ponownie się pojawię. ja nie wiem.
    właśnie, jedynym zgrzytem dla mnie jest to, że nie ma zamykanych półek na rzeczy, wszystko leży na wierzchu. niby nic tam cennego nie noszę, ale zawsze mam przy sobie chociażby klucze od domu, no i kartę otwierającą drzwi klubu. trochę mi niekomfortowo z tym.

    a za tydzień – święta. moje drugie Boże Narodzenie poza domem. domem rodziców mych, w sensie.
    pierwsze spędziłam w Brazylii. Wigilię, pamiętam, „świętowałam” w samolocie do San Paulo, więc nie musiałam żadnego specjalnego menu wymyślać. tym razem jednak chciałabym zrobić chociaż grzybową.
    karpia tu i tak nie dostanę – zresztą nie tęsknię za nim jakoś strasznie. chciałabym zrobić może pstrąga w migdałach. znacie jakieś fajne przepisy ?

    Kudłaty dorasta mi w tempie oszałamiającym.
    uwielbia szaleć na komputerze (wyciągnęłam mu nawet taki mój stary, żeby z nim zrobił, co chce, niestety, mój jest oczywiście fajniejszy), próbuje myć zęby (moja szczoteczka fajniejsza), układa, już niemal w odpowiednim porządku, piramidkę, i coraz lepiej dopasowuje klocki do otworów, a ostatnio zupełnie mnie zabił, bo próbował założyć skarpetkę. tak po swojemu próbował, mocno nieporadnie, ale jednak. poza tym jest absolutnym wodołazem – odkryliśmy to już w Singapurze, i za każdym razem coraz bardziej się o tym przekonujemy. tuż przed naszym wyjazdem, jak nocowaliśmy w Hyacie, zabrałam go na basen. dostał małpiego rozumu z radości na widok wody. już pomijając fakt, że ciągle próbował włazić mi pod prysznic, a już w Lyonie urządzał dzikie skandale, gdy widział, że ja siedzę w wannie, a jego nie chcę wziąć. teraz już się do tego przyzwyczaił, ale koniecznie musi asystować przy kąpieli każdego z domowników (znaczy ten, mojej i Nowego ;) ), i ja doprawdy nie wiem, czy Pru jest na to przygotowana ;) ale może nie mówcie jej o tym, bo jeszcze mi wódki nie przywiezie i będzie ;)

    przysięgam, że jeśli jeszcze raz powiem
    „zostaw” „nie wolno” lub „nie rusz”
    wybiegnę na ulicę w porwanej koszuli, na bosaka i z potarganym włosem.


    • RSS