zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 9.2010

    jestem wredna.
    a z moją siostrzyczką to w ogóle stanowimy niezły zestaw.
    nie wiem, czy pamiętacie historię z imieniem jej syna. brat mój i żona jego byli imieniem tym ciężko zbulwersowani, że „jak oni (w sensie moja siostra i jej mąż) mogą dziecku taką krzywdę robić, czy oni się zastanowili nad tym, jak dzieci się będą do niego w szkole zwracać, będą się z niego wyśmiewać” itp. itd.
    ale nie pisałam Wam o jednym, dość ważnym, a nawet powiedziałabym Bardzo Ważnym, szczególe.
    otóż bratowa moja pracuje w tej samej firmie, co moja siostra. a żeby było ciekawiej, jednym z właścicieli firmy jest teść mojej siostry. a żeby było jeszcze ciekawiej, pracuje ona w jednym pokoju z córką tegoż.
    i wziąwszy pod uwagę ten – jakże zaskakujący – splot okoliczności, bratowa moja, świeć panie nad jej intelektem, łaziła po firmie i opowiadała : „że jak oni mogą dziecku taką krzywdę…” itp., patrz wyżej. a potem się zdziwiła, że jak to, czemu cała rodzina ma na nią wkurwa, jak ona to tylko bardzo zaufanym osobom w pracy powiedziała !

    kiedyś miałam chomika. Kuba się nazywał. zszedł śmiertelnie, gdy kolega mojego brata położył go na rozłożonym parasolu, z którego się oczywiście zsunął, i tak trochę na niego nadepłam. płakałam strasznie.

    a teraz wystawcie sobie, że wtem ! okazało się, że bratowa nasza jest w ciąży. i ponoć ma być chłopak. i jak tego chłopaka chcą nazwać ?
    brawo !!! no przecież, że Kuba !
    w związku z tym siostra ma za zadanie iść do roboty i opowiadać „czy oni naprawdę się zastanowili nad tym, co robią, jak mogą taką krzywdę dziecku robić, NAZYWAĆ GO JAK CHOMIKA !!!”

    no przecież mówiłam, że jestem wredna.

    PS. żeby nie było - Jakub to piękne imię. tylko bratowej trzeba dopalić

    jednak jeżdżenie autem zastępczym ma swoje zalety.
    jako, że nie umiem w nim nastawić radia na tok.fm, słucham trójki. która zazwyczaj wkurza mnie ciężko (salony polityczne w wykonaniu Michała Karnowskiego to naprawdę nie jest to, co zupy lubią najbardziej, poza tym poziom realizacji dźwięku spadł normalnie poniżej lubelskiego radia Puls w połowie lat dziewięćdziesiątych), ale czasami można wyłowić perełki.
    i tak, na przykład, dziś pani, której nazwiska nie zapamiętałam, bo po co, tłumaczyła, skąd się wzięła nazwa „scyzoryki” dla Kielczan. zaszczygłam uszyma i podgłosiłam (he ??? co to za słowo ???) radio.
    i otóż, Mili Państwo, wcale nie chodzi o to, że każdy Kielczanin śpi z kosą pod poduszką, coby w razie potrzeby poczęstować nią kogo mu się tam zechce.
    nazwa ta pochodzi od dawniej w regionie świętokrzyskim wytwarzanych… SZABEL !
    ponoć było to tak, że istniała sobie taka fabryka, co się SHL nazywała. Suchedniowska Huta „Ludwików”. od – ona mówiła, że nazwiska właściciela (Ludwika Starka, czy jakoś tak), wikipedia mówi, że ojca właściciela, ale powiedzmy, ze to nie rzutuje). obecnie mieści się w Kielcach. przez pewien czas produkowała kultowe motocykle SHL.
    ale na początku – założono ją w 1919r – wyrabiała szable właśnie. szable, które ponoć scyzorykami zwano.

    zatem wiecie. od dziś zwracajcie się do mnie per pani Szablo ;)

    KUCHNIA. KUCHNIA KUCHNIA KUCHNIA KUCHNIA. temat rozpalający me emocje.
    kuchnię nowy zamówił w zeszły weekend, jak żeśmy byliśmy w Lją.
    o zaskoczeniu – Ikea powiedziała, że dostarczy nam ją koło 29 wrzesnia.
    hurra, ucieszyłam się głupio, jak tam pojedziemy następnym razem, to pewnie będzie już zmontowana !
    głupia ja. zapomniałam, że Lyon, mimo całego swojego uroku, to NADAL FRANCJA. i pewnych rzeczy NIE PRZESKOCZYSZ.
    no więc tym razem nie przeskoczymy pana montażysty.
    a pan montażysta będzie miał czas 20 października.
    i tyle na ten temat.

    Nowy zapowiedział, że wykupi sobie karnet na pizzerii na przeciwko.

    douce France

    wyjazd do Lyonu sponsorowała literka p jak przesiadka. albo jak przesrane. albo jak ppppppp ci ?
    ale do rzeczy.
    jakoś w ogóle nie wpadłam na to, że samolot może na nas nie poczekać. zupełnie nie wiem, dlaczego, ale nie skojarzyłam, że 35 minut na przesiadkę plus 10 minut opóźnienia niekoniecznie równa się dolot na czas.
    wydawało mi się, że jeśli proponują tak short connection, to ponoszą tego pełne konsekwencje, zwłaszcza, że to Swiss, nie jakaś Air Franca. konsekwencje, znaczy, że czekać będą, a nie tak. ogonem w oko, nie.
    a tu dupa. „the flight is closed, you missed it”. ŻE JA ??? ooo, sorryyyy ty siwa krowo. moja piękna, na gangsterskich filmach i mtv ukształtowana angielszczyzna dawno nie płynęła tak wartkim strumieniem.
    spacyfikował mnie w końcu bardzo spokojny pan, który znalazł nam miejsce w ostatnim samolocie do Lyonu, o 20.30. godzinie, o której kudłate dzieci zasypiają błogo.
    (chyba nie muszę wspominać, że z żarcia miałam dla niego jedynie podwieczorek, bo przecież mieliśmy być na miejscu o 18.10, czyli w sam raz by dojechać do domu zanim Kudłaty zacznie dostawać małpiego rozumu z senności i zmęczenia.)
    na zakończenie „przemiłej” konwersacji bardzo spokojny pan wskazał mi salę Family Care Services.
    i mówię Wam, jeśli kiedykolwiek macie się z dziećmi spóźniać na samolot – to tylko w Zurychu.
    wielka wypas sala pełna zabawek, pod jedną ścianą z pięć przewijaków i umywalki między nimi, kuchenka, podgrzewacz butelek, salka z łóżeczkami, w której można dziecko spać położyć, wielki stół z krzesełkami do karmienia i do tego całkiem nieźle zaopatrzony „barek” dla gówniarzerii, ze słoiczkami, mlekiem w kartonikach i w proszku też. i tylko dobrze by było, żeby pani, która nad tym wszystkim sprawowała pieczę, miała jakieś, choć mgliste, o żywieniu dzieci wyobrażenie.
    ale nie wymagajmy za dużo. i tak koncept jest nowatorski, i chyba nieistniejący nigdzie indziej na świecie.

    odbębniłam zatem trzy godziny w salce poczekań, kazałam babie wody nagotować i dawkę mleka w proszku mi odpalić i ze słaniającym się ze zmęczenia Kudłatym na samolot podążyłam. z odpowiednim wyprzedzeniem, żeby tym razem brońboże się nie spóźnić.
    na szczęście TEN lot był na czas, obsługa była miła (ja nie wiem, jak oni to robią, ale w obie strony obsługa na trasie Lyon – Zurych była super przyjemna, a tym na trasie Zurych – Warszawa miało sie ochotę obić maskę) i w dodatku mieliśmy dwa fotele tylko dla siebie (bo tych, co nie wiedzą, informuję, że dzieci do lat 2 podróżują na kolanach rodziców. chyba położymy kres tej zgubnej tradycji po Kudłatego pierwszych urodzinach. trochę za ciężki się robi).

    a u celu czekał stęskniony Nowy oraz nasze pierwsze naprawdę wspólne, absolutnie idealne mieszkanie, z tarasem z widokiem, o jakim nawet nie śmiałam marzyć

    właśnie niniejszym, dzisiejszego wieczora, wymyśliłam sobie replikę na teksty typu „niemowlak w samolocie, będzie przejebany lot”.
    otóż, mili Państwo, od jutra (bo jutro lecimy z Kudłatym do Lyonu, kolejne loty na koncie mojego dziecka. ma ich już więcej, niż dominująca większość tych pożalsięboże komętatorów, mać) komentować będę w przestrzeń „a ja myślałam, że to samolot pasażerski, nie towarowy, i buraki zostały na lądzie”.
    no.
    poza tym nagle przypomniał mi się komentarz na znajomym blogu, w którym to autorka informowała, że wsiadła do samolotu niewyspana i jak zobaczyła, że w rzędzie przed nią siedzą ludzie z dziećmi, to myślała, że ich na pal wsadzi. czy jakośtak. do tej pory żałuję, że odpowiedziałam tak delikatnie. poprawię się następnym razem. podróżniczka z (nie)bożej łaski, mać.

    i doprawdy, niech mnie jutro nikt w tym samolocie nie wku?wia, bo ciocia Pru dziś właśnie mi uświadomiła, że mam regularnego PMS a (no odzwyczaiłam się i nie zidentyfikowałam, no co), i to takiego po maksie, więc MOŻE BYĆ OSTRO

    zjadłabym kanię, echhh

    jak Państwo zapewne wiedzą, obecnie sezon jest na grzybki. zatem codziennie niemal media nas informują o nowych degustatorach muchomorków sromotnikowych oraz czy udało się dla nich znaleźc dawców wątrób.
    i dziś z rana, gdym do fabryki jechała, taka historia w uszy mi się rzuciła :
    Facet poszedł na grzyby, nazbierał ich pełno i przyrządził z nich Pyszną Potrawę, którą nakarmił siebie, córkę i córki chłopaka. i tu – surprajz – w Potrawie  były muchomorki sromotnikowe. a teraz zagadka : kto zjadł ich najwięcej, i dlaczego był to chłopak córki Faceta ?
     
    taki Facet miał fajny plan, a oni w tym szpitalu wszystko mu spieprzyli, i dawcę wątroby chłopakowi znaleźli.
    no co za NIETAKT.

    a kanię ciągle bym zjadła

    trzymajcie mnie, bo komuś krzywdę zrobię.
    Francuzi to jednak inna rasa, myśląca nie wiem, którą częścią ciała.
    w każdym razie na pewno nie jest to głowa.
    dajcie mi jakąś pradę, koniecznie muszę pooddychać do torebki !!!

    płatny parking pod piotrem i pawłem w bull shity zainaugurowany został w dniu wczorajszym.
    opinia moja zapewne będzie niepopularna, ale muszę wyznać, że okazało się, że to REWELACYJNY POMYSŁ – nagle sie okazało, że jest pełno wolnych miejsc parkingowych. dla mnie, wpadającej tam jak po ogień – szybko szybko, chleb woda kawa i masło – i wypadającej, bo trzeba Vampirellę zmienić w obowiązkach, to rewelacyjna sprawa. i tak nie spędzam tam już więcej, niż godzinę (a pierwsza godzina jest bezpłatna), a lokalni sklepikarze doprawdy mogą się przejść te pięćdziesiąt metrów do parkingu wielopoziomowego.
    taka jest moja opinia, i ja się z nią zgadzam.

    niniejszym mija miesiąc od mojego powrotu do pracy, i muszę powiedzieć, że JUŻ MAM DOŚĆ. już się wczoraj i dziś ładnie skompromitowałam przed klientami, wyrobiłam roczną normę, mogę iść na ten mój wychowawczy. już nawet mi się zaczyna tęsknić za Kudłatym, więc wyobraźcie sobie.

    poza tym nagle się okazało, że w ogóle nie jestem asertywna, nic a nic. a może – wbrew pozorom – za grzecznam ? za dobrzem wychowana ? nie wiem. w każdym razie niekomfortowo mi z tym, że daję tak po sobie jeździć i nie potrafię odmówić.


    • RSS