zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 8.2010

    takiego mejla dostałam dziś z samego rana, od szefa mego rodzonego, adresaci ja i kolega z działu : „stefan, zajmij się tą sprawą, bo zupy nie chciałbym już angażować”.
    znaczy co, do końca października mam tu pracować hobbystycznie ?

    jak jeszcze raz jakaś baba powie odzianemu w bojówki i granatowego t-shirta z dinozaurem pełnym kości Kudłatemu „jaka ty jesteś śliczna, normalnie jak laleczka”, to przyrzekam, że jej lutnę

    pozostające w temacie – Kudłacz skończył 10 miesięcy i ciągle nie przesypia całych nocy. JA NIE WIEM. ostatnio w ogóle sobie wymyślił, że po nocnym (kole 2) karmieniu, to on będzie ze mną w łóżku zostawał, i tak długo mędzi, póki – dla świętego spokoju i worów u oczu – nie ulegnę jego przekonywaniom.
    stan na 10 miesięcy jest : jakieś 10,5kg żywej wagi, z 75 cm długości, 6 zębów, 16 lotów.
    i super charakter, chyba nigdy nie widziałam tak radosnego i mało upierdliwego (oczywiście oprócz tego nocnego spania w moim łóżku) dziecka.

    poszłam wczoraj po kawę i wróciłam ze spodniami i dwoma swetrami z unisono. w końcu temu debetu i tak już nic nie zaszkodzi, a w spodniach wyglądam tak, że normalnie sama siebie bym przeleciała.
    kupiłabym sobie kilka koszul, ale Lisowski (vel Andre Renard) najwyraźniej zniknął z obiegu i jestem jako to koszulowe dziecko we mgle. od czasu do czasu na coś trafię, ale nie ma już tak, że wchodzę do sklepu i wychodzę z naręczem. i komu to przeszkadzało ?

    zamieściłam wreszcie ogłoszenie o wynajmie mieszkania w otodom.pl
    macie może jakieś inne pomysły, gdzie mogłabym je zamieścić ? czas mi się kurczy, już tylko dwa miechy…

    coś ta środa chce ode mnie w zęby dostać, przyrzekam. 
    na jeden  Vampirella dobijała się do drzwi, bo swojego klucza zapomniała. a ja, wiecie, jak to o 7.30 – pół goła, a Kudłaty siedzący na łóżku.
    (a, jak wszyscy wiedzą, Kudłatego siedzącego na łóżku samego się NIE-ZOS-TA-WIA)
    na dwa - gdy wyszłam do łazienki – powiedziała mu „poszła mama, nie ma”. że też ja tam nie wróciłam, żeby ją opluć pastą do zębów, no. (zrobię to po pracy.)
    a na trzy kretynka na skuterku niemal wpakowała mi się pod koła przy Woronicza. nosz ku?wa, z lewego pasa w prawo se postanowiła skręcić. pierwszy raz w życiu miałam ochotę wysiąść z samochodu i przylutować.

    zapodaję sobie kabaret Potem dożylnie (takie małe jebudu mnie ukoi bez trudu…) oraz odkrywam, że w nocy nad Warszawą przeszła burza. i to taka, co ponoć linie enrergetyczne zrywała. no proszę, a ja nic nie słyszałam.
    ale jak Kudłaty kwęknął to zerwałam się niemal na równe nogi.

    poszłam wczoraj z Kudłatym do lekarza, no bo jednak okazało się, że chory jest, i że – jak to śpiewał Szejking Stiwens – „Kipa po pas”, i lekka gorączka, i rzyganie, i lekki kłopot z jedzeniem. no i rzeczywiście, ma jakiegoś wirusa, który zresztą już mu zaczyna przechodzić.
    w każdym razie dziś spał już prawie całą noc, i nawet był w stanie oddychać przez nos.

    on miał lekarza i t-shirta, to ja sobie zafundowałam nowego Moleskinka. wczoraj siedziałam i głaskałam go w okładkę. śliczny jest, taki tłoczony.

    w weekend znowu siedzieliśmy nad planem kuchni, bo we Francji, mili Państwo, żeby zamówić sobie kuchnię W IKEI (przecież nie będziemy się rzucać na niewiadomojaką kuchnię do WYNAJMOWANEGO mieszkania !) i żeby mieć ją jakoś sensownie rozplanowaną przez lokalnego speca od kuchni ikea (ja wszystkich możliwości nie znam, poza tym kuchnie to w końcu NIE MOJA SPECJALNOŚĆ) to trzeba :
    1. zamówić speca – jak się postara, to znajdzie czas do połowy września
    2. spec przyjdzie w tygodniu, w sobotę przecież NIE PRACUJE, bo przecież jest weekend
    3. następnie zrobi nam przysługę i w ciągu tygodnia rozrysuje te parę metrów bieżących szafek
    4. następnie musimy udać się do lokalnego sklepu ikea i zamówić wyliczone przez niego elementy
    5. następnie ikea W NAJLEPSZYM PRZYPADKU w ciągu TRZECH TYGODNI dostarczy zamówiony towar
    6. i wtedy już tylko 2 tygodnie czekania na montaż
    7. i dwa dni montażu
    i włala, kuchnia na listopad będzie jak znalazł !!!

    ja nie wiem, jak tn mój biedny Nowy będzie tam żył przez cały październik

    strasznie boli mnie głowa i najchętniej poszłabym spać – dziś w nocy Kudłaty dał czadu, obiektywnie bez większego powodu, subiektywnie coś musiało się dziać, przecież nie wyłby co pół godziny ot-tak, dla przyjemności, nie ?
    chociaż w sumie. w końcu to facet.
    jak to dobrze, że Nowy dziś przyjeżdża, zwariowałabym z nim sama.

    zaczynam przygotowywać pracę do mojego – kolejnego – zniknięcia.
    przygotowywanie to objawia się permanentnym nicnieróbstwem. aż mi wstyd czasami.

    wymyśliliśmy sobie kuchnię do naszego lyońskiego mieszkania.
    bo wiecie, Państwo, we Francji mieszkania wynajmuje się bez kuchni. ja naprawdęnie do końca wiem, co czynię przeprowadzająć się tam. jak Wam opiszę proces wynajmu mieszkania, to Wam klapki spadną.

    pozostając w temacie mieszkaniowym – widziałam się wczoraj z pierwszą agencją nieruchomości, w końcu trzeba moje metraże wynająć również. może ktoś z Was zna chętniego na 80m2 na Ochocie ? blisko Parku Szczęśliwickiego i Blue City.

    skacząc w inny temat – czasami myślę sobie, że jak mi z tym Nowym nie wyjdzie, to już tylko dogi niemieckie mi zostaną. nikt inny nie wytrzyma ze mną, ani też ja – z nikim innym.

    chciałabym, żeby już był listopad, żebym siedziała na moim nowym tarasie i sącząc jakieś cotes du rhone kątęplowała part dieu.

    czy już mówiłam, że boli mnie głowa ?

    13 sierpnia 1993 roku, w piątek, dowiedziałam się, że się dostałam na studia.
    to był najpiękniejszy dzień w moim życiu, ta informacja oznaczała, że już za chwileczkę, już za momencik, wyprowadzam się z domu.

    ale zanim…
    zanim sie wyprowadzilam na studia – bodajże 14 czy 15 sierpnia – wyjeżdżałam do Lyonu na półtora miesiąca, pracować na poczcie.
    chyba wtedy właśnie zakochałam się w tym mieście, i zapragnęłam wrócić tam na dłużej.

    13 sierpnia 2010 roku, w piątek, Nowy podpisał umowę wynajmu mieszkania dla naszej trójki - w Lyonie.

    13 sierpnia, piątek, to moja ulubiona data.
     

    korekta :
    do Lyonu wyjeżdżałam 13 sierpnia, w piątek. pamiętam, że dojechałam tam w sobotę po południu, wyszła po mnie na dworzec (i nie znalazła, bo szukała pod dworcem, a autobus – bo to były te czasy, co się autobusami jeździło zagramanicę… – zatrzymywał się NA dworcu) córka znajomych, która miała prikaz kupienia mi czegoś do jedzenia, bo – to był dla mnie mega szok – w niedzielę wszystkie sklepy były zamknięte

    no bo jak inaczej podsumować fakt, że ja nie patrzę na obcych chłopów, Ktoto sprząta w sobotę, a Nowy w pół godziny odzyskuje zagubiony w paryżewie portfel ? i to odzyskuje z całą zawartością ?
    koniec świata się zbliża, panie dziejku, i nie ma to nic wspólnego z latającą w powietrzu jesienią.

    o wpół do dziewiątej w piątek dzwonek do drzwi – jak ma pani samochód w garażu, to radzę wyprowadzić. no to wyprowadziłam.
    zasypiającego Kudłatego pod pachę, telefon i klucze w kieszeń, klapki na stopy (oczywiście starannie zapomniałam o zaposiadanych kaloszkach, prawda) i dalej, panie. jadziem. z tego wszystkiego wylądowaliśmy na lotnisku – o cudzie, samoloty lądowały bez przeszkód.
    Nowy był zachwycony tym, że po niego przyjechaliśmy.

    Kudłaty natomiast tak był zachwycony przyjazdem tatusia, że mu się jet lag odnowił, i się budził regularnie o 3.45 (singapurska 9.45) i szalał do piątej. może sobie tak skonotował : ojciec -> wakacje -> inna strefa czasowa. jakoś nie do końca to doceniliśmy, ciekawe, dlaczego.

    dziś z rana Kudłaty spadł z łóżka.

    Vampirella zostawiła go samego, siedzącego na brzegu, by poinformować mnie, że stara się mu dawać jeść o pierwszej, tak, jak jej przykazałam.
    a ja byłam w łazience, szykowałam się do wyjścia.
    jakby nie mogła mi tego powiedzieć przez korytarz, z sypialni.
    i usłyszałyśmy bum. wielkie koszmarne BUM. Vampirella wyjrzała z łazienki zdziwiona, kiedy ja już byłam w połowie korytarza.

    a już wczoraj przyuważyłam ją, jak go zostawia samego na kanapie, bo biegnie, żeby mi drzwi otworzyć. i miałam jej dzisiaj powiedzieć, że ja mam klucz, ja sobie otworzę sama, tylko niech ona go samego BrońBożeNigdyPrzenigdyNaKanapie. ii nie zdążyłam.
    a teraz siedzę w robocie (młodemu chyba w końcu nic się nie stało, nawet na guza nie wyglądało), łzy mi tak trochę ciekną, i zastanawiam się, co robić.

    z drugiej strony to przecież tylko na niecałe trzy miesiące…

    pierwszy dzień w pracy od niemal dziesięciu miesięcy.
    było… NUDNO.
    natomiast przedwczoraj.
    przedwczoraj czułam się jak Edward Norton w „25. godzinie”.
    ostatni spacer w środku dnia rozpalonymi ulicami Warszawy, ostatnia kawa w środku dnia w centrum handlowym, ostatni spokojny spacer z Kudłatym i piwko w ogródku, ostatnia mini-impreza.
    zabrakło tylko grubego Ukraińca, któremu mogłabym obić maskę. no i nie chciałam by mnie zdefigurowano.

    od kiedy Kudłaty powiedział „dość” żywności domowej produkcji (a miało to miejsce w sumie nie tak dawno temu, na Tiomanie) ochoczo korzystam z odzyskanej nagle wolności pokarmowej.
    smażone kluchy w wersji tylko na najostrzej, aż łzy w oczach stają, grzybki tonami, kawa minimum dwa razy dziennie i alkohol… alkohol co wieczór niemal.
    i za każdym razem widze oczyma wyobraźni, jak Kudłatemu coś się dzieje, wzywamy karetkę, a potem czytam w gazetach „kompletnie pijani rodzice opiekowali się 9-miesięcznym chłopcem”


    • RSS