zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 12.2009

    - a potem dam Ci jeść i pójdziemy na spacer, i na zakupy, bo wieczorem tatuś przyjedzie, a tu nic do jedzenia, i umrze nam z głodu
    po drugiej stronie radosny uśmiech
    - chyba nie chcesz, żeby tatuś umarł z głodu ?
    podkówka
    - chcesz, żeby tatuś umarł z głodu ?
    radocha

    no ja wiem, że ze mnie niezła szprycha (to tak do pewnej dyskusji… ;) ), ale na kompleks Edypa to chyba jeszcze trochę za wcześnie, co ? przecież on ma dopiero 2 miesiące ? #drogiblogu ?

    nigdy nie sądziłam, że mi to przejdzie przez usta, a jeszcze mniej – przez klawiaturę, ale tak, karmienie piersią jest fajne.
    tylko wk#¤%&/ mnie w nim niepomiernie to, że wszyscy nagle WIEDZĄ LEPIEJ, co mam prawo jeść, a czego nie.
    zaczynam reagować nerwowo.
    i jest to eufemizm.

    poza tym święta głównie minęły.
    ojciec oszczędził mi życzenia potomka, tym razem poprosił, żebyśmy sobie dali na wstrzymanie. co oczywiście mnie wk@#$%^&.
    potem dostałam niewielką górę prezentów – i wszystkie trafione, jak rzadko. może to dzięki temu, że większości z nich sobie wyraźnie zażyczyłam ?
    potem dałam TFI jeden z filmów, których sobie zażyczyła. tak, wiem, mientka jestem, nie tfarda, ale co mi tam. kubek jest super, zawsze się przyda na prezent dla kogoś fajnego.
    potem Kudłaty zapodał oczywiście swoją eksportową wersję - jestem słodki, i głównie śpię, a jak nie śpię, to strzelam swoimi wielkimi oczyma na prawo i lewo i kocham Was wszystkich.
    powymieniałyśmy z siostrą spostrzeżenia nt. wyższości pieluch huggies nad pieluchami pampers i powymieniałyśmy fanty (za małe ciuchy jej młodego kontra za duże mojego)
    (myślałby kto, że będziemy mieć dzieci w tym samym momencie, 11 lat i 1 tydzień różnicy, prawda)
    potem pojawił się TD z TFI.
    BOŻE. Ty widzisz i nie grzmisz.
    a może to ja jestem zuamatka, bo nie mówię, że „no cóż to takiego, wstawać w nocy, przecież już się w życiu wyspałam” ? i w dodatku – o boshe boshe bosHe czysta zgroza !!! – używam słowa „KOMFORT” i to w kontekście – MÓJ komfort.
    ja nie wiem, ja się chyba WSTYDZIĆ POWINNAM, nie ?
    przecież jako Matka powinnam mówić „mój słodki dzidziuś, obudził mnie dziś w nocy pięć razy, ale nic to, i tak wstanę z rana i poprasuję mu śpioszki, bo przecież ja już się wyspałam w tym życiu i mogę chodzić w pogniecionych i z brudnym potarganym włosem, ale on musi być czyściutki i odprasowany”, a nie wyznawać szczerze, że mój (tfu tfu tfu) KOMFORT spania jest dla mnie ważny ?
    a potem była kwestia pomidorów.
    bo wiecie. jako Matka Karmiąca, nie powinnam jeść pomidorów. ponoć.
    „- a niby dlaczego ?
    - no ze względu na niego…
    - że niby co ? mam żyć o sucharach i wodzie ?
    - no ja tak jadłam na początku…”

    a gówno mnie to obchodzi ? że sobie dałaś pierdoły wmówić ?

    no i takie, wiecie, rodzinne święta.
    pierwsze we troje

    moja bratowa to niewyczerpalne źródło tematów na wredne notki.
    niestety, niektórych nie mogę opublikować, bo świat jest zbyt mały, i dotarłoby na pewno.
    zasadniczo tego teraz też nie powinnam publikować, ale potrzebuję porady (o ile ktoś dziś czyta blogusie, prawda)

    bo otóż jest tak.
    moja bratowa nigdy nie powie człowiekowi, o co jej tak naprawdę cho, a sprawa jest następująca.
    przewidziałam dla niej na prezent gwiazdkowy termokubek z możliwością wstawienia jakiegoś ulubionego zdjęcia. żeby być miłą, podzieliłam się pomysłem z bratem i poprosiłam go o jakieś zdjęcie ich trojga, albo chociaż jego i dziecka, coby je wywołać i w ten termokubek wsadzić. ten debil (w skrócie TD) oczywiście powiedział tej fałszywej idiotce (w skrótcie TFI), jaki prezęt planuję, i to niby ona miałą sobie to zdjęcie wybrać. i tak się dziwnie składa, że do wczoraj nie wybrała. no i TD zadzwonił do mnie, że „TFI jakoś się zbiera do wyboru zdjęcia, jak pies do jeża, więc może kup jej film taki lub owaki”, tu padły dwa tytuły.
    znając TFI wywnioskowałam z tego, że nie zapałała miłością do mojego pomysłu. ale z drugiej strony kubek już jest, i wcale nie musiałam ich o to zdjęcie prosić, mogłam jej go dać w wersji sote, prawda.
    no i teraz nie wiem – dawać jej kubek, ze świadomością, że jak zwykle się uśmiechnie słodko i powie „och, jaki super prezent, dziękuję„, po czym skomentuje to odpowiednio przed TD (a ten jak zwykle się głupio wygada, nienawykły do takich akcji), czy latać po sklepach i szukać jej tych filmów, żeby nie musiała się wysilać ?

    #drogiblogu ?

    bo to jest jedyny facet na świecie, który absolutnie bezkrytycznie wielbi mój biust

    i tego się będę trzymać

    doszłam do wniosku, że muszę częściej tego bloga pisać.
    bo bardzo lubię czytać swoje archiwum.

    ech

    6 komentarzy

    nie otworzyłam dziś z rana drzwi listonoszowi (no co, przyszedł o świcie, za dziesięć jedenasta, miałam wrażenie, że ten dzwonek do drzwi mi się śni), to będzie trzeba w przyszłym tyg zapindalać na pocztę. ech.

    po pierwszym szoku w związku z nagle zaistniałą zastraszającą ilością wolnego czasu, którego nie da rady sensownie wykorzystać, i nagłym ograniczeniem kontaktów towarzyskich (tak, przez pierwsze tygodnie myślałam, że pierdolca dostanę), nagle się dostosowałam. już potrafię przebimbać cały dzień, ograniczając me aktywności do pasienia Kudłatego i czytania książek (obecnie „ruchome piaski” Victoria Holt, straszny gniot), czasu na spacer nie starcza, bo przecież wstaję koło 11, bo gnom niestety ciągle nie przesypia całych nocy, a ja nieskora do poświęceń, i udowadniania komukolwiek, że – jak to, JA NIE DAM RADY nie przespać pół nocy, po czem wyprowadzić go na spacer, sporządzić obiad z trzech dań, poprasować i chałupę wypucować ???
    no więc – NIE DAJĘ. i tego. trochę mam to dokładnie tam.

    poza tym marzę o tym, żeby WRESZCIE GDZIEŚ POJECHAĆ.
    ostatnio Nowy zaproponował Meksyk w kwietniu, zanim do roboty wrócę. z Kudłatym, oczywiście. i mówię Wam, jak mi się od razu humor poprawił. zwłaszcza, że zachęcony moimi zdjęciami, zapragnął koniecznie odwiedzić Quinta Real i obejrzeć iguany. w związku z tym chyba sobie machniemy jakieś 5 – 6 dni bezwstydnego luksusu, i JUŻ SIĘ NIE MOGĘ DOCZEKAĆ. 

    w oczekiwaniu na chyba Wam napiszę słów kilka o Berlinie i jego dizajnerskim hotelu  (tak, jednym z moich wymarzonych zawodów jest tester hoteli. taki wiecie, co jeździ po świecie, śpi w hotelach, żywi się i nadaje gwiazdki oraz pisze recenzje).
    więc jeśli chodzi o hotel, to ogólnie rzecz biorąc, mieszane uczucia. mieliśmy pokój wymalowany przez Banana Sprayer a, czyli ten o tutaj. jak zwykle, lepiej wygląda on na zdjęciu, niż w rzeczywistości. zwłaszcza, że okna wychodzą na ulicę i tory S-Bahn, więc panował w nim ogólny niekontrolowany zaduszek. czerwone kotary w zestawieniu ze złotymi ścianami nadają lekko burdelowy charakter, i już już chciałoby się z tej zachęcającej do perwersji atmosfery skorzystać, kiedy – zonk : wyro jest NIEWYGODNIE I SKRZYPI. (nie to, żebyśmy siś od razu zniechęcili, nie. ale zawsze)
    no i jeszcze łazienka. mała i śmierdząca. i jak jesteś w średniozaawansowanej ciąży, to wejdziesz do niej tylko jednym bokiem – tym prawym, bo wtedy brzuch przechodzi nad umywalką. a na wprost przejść nie da rady, no chyba, że jest się cherlawą anorektyczką.
    i tak.
    poza tym hotel jest w świetnym miejscu – do wyspy muzeów 20 minut na piechotę, do reichstagu 15, brama brandenburska i potsdammer platz niewiele dalej.

    a Berlin jako taki – znowu dał radę. mieliśmy piękną pogodę, i wykorzystaliśmy ją na maksa.
    Muzeum Pergamońskie, Stara Galeria Narodowa, Katedra.
    Brama Brandenburska (trochę mieliśmy problem, bo akurat wtedy oczywiście musiały być te cholerne mistrzostwa, czy coś tam, i wszystko w okolicy było pogrodzone, bo maraton biegł)
    (właśnie, gdzie są wszystkie moje zdjęcia ???)
    (a, wiem, chyba na drugiej karcie. brawo, zupo, od sierpnia się tym nie zainteresowałaś)
    Plac Poczdamski, Kopuła Reichstagu wieczorem…
    a na kopułę - włala przynajmniej jedno foto :

    weszliśmy w ogóle z lekka na krzywy ryj, bez czekania w monstrualnej kolejce… a właściwie nie tyle na krzywy ryj, co na moją ciążę i gembę koleżanki z biura w Berlinie, która poszła dyskutować. ja tam nieśmiała byłam, i gotowa odstać swoje (tak, nie wiem, co mi się stało, chyba nie w formie byłam).
    fajna sprawa, ta kopuła. oprócz tego, że super wygląda i można sobie zajrzeć z góry do Reichstagu (super nowoczesny jest, w przeciwieństwie do naszego Sejmu utrzymanego w dobrym bogatosocjalistycznym stylu), to jeszcze można wyjść na dach (jest nawet restauracja) i podziwiać Berlin z góry. a wieczorem jest całkiem sympatycznie oświetlony.
    pokazałam Nowemu Checkpoint Charlie, poszliśmy też do tamtejszego muzeum (porządnie się rozbudowało od mojej ostatniej tam wizyty w – o boże – chyba 2000…), i wreszcie przestał idealizować socjalizm. bo jakoś moje opowieści o tym, jak to naprawdę wyglądało, nie do końca go chyba przekonywały.

    czasami mam ochotę zapakować go w wózek, wystawić na balkon i zamknąć drzwi.
    te okna są przecież takie szczelne.
    niestety, obawiam się reakcji sąsiadów.
    jak wpadnie mi do głowy pomysł majstrowania kolejnego potomka, to czemprendzej w dom w środku lasu zainwestuję.


    • RSS