zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 8.2009

    jako, że zuposiostra właśnie porodziła syna, opowiem Wam o zupobracie.
    (o Berlinie będzie inną razą)

    zupobrat od jakiegoś czasu (nie powiem, że od zażonpójścia, choć za tą jego żoną, zwłaszcza od słynnej historii z chrztem ZDECYDOWANIE nie przepadam) zmienił się nie do poznania. do wrocławia się zmienił, znaczy.
    poczucie humoru mu się toporne dość zrobiło, uznał, że WIE LEPIEJ, wszystko oczywiście, oraz zdecydował, że tym swoim WIEDZENIEM LEPIEJ będzie się dzielił ze światem, który ma uznać jego rację i wyższości i się mu PODPORZĄDKOWAĆ.
    BO TAK.

    zaczęło się od pierdół typu krzywienie się na kolor ścian w pokoju moim i siostry, przez krytykę lustra z Koła, które rodzicom sprezentowałam (ciekawe, dlaczego żadne z to wydarzeń nie miało miejsca przy mnie, mhm…), a kończyło ostrą jazdą bez trzymanki w temacie imienia mojego nowego siostrzeńca.
    zuposiostra wymyśliła, że da dziecku piękne, tradycyjnie polskie, stare imię. królów o takim imieniu bez liku mieliśmy (a właściwie z likiem, jak kto jest mniejszą nogą z historii, niż ja, to pewnie będzie potrafił ich zliczyć), a i obecnie po naszym łez padole kilku co najmniej takich chodzi. z czego niektórzy znani.
    powiedzmy, że jest to imię Stanisław.
    zupobratu imię się NIE SPODOBAŁO.
    zupobrat uznał, że ma w tem temacie COŚ DO POWIEDZENIA.
    i że zuposiostra MA SIĘ GO SŁUCHAĆ.
    BO TAK.
    zatem przy każdej nadarzającej się okazji (a i bez również) zupobrat o temat zahaczał, i mędził, i smędził, i zrzędził.
    że czy oni się zastanowili nad tym, że jak dzieci będą na małego wołały, że będą się z niego wyśmiewać, że robią mu krzywdę tym imieniem, że jak tak można, że unieszczęśliwiają dzieciaka.
    przez długi czas rodzina usiłowała go utemperować. że o co mu chodzi, że czemu się czepia, że nie jego interes, że jemu w wybór imienia dla dziecka się nikt nie mieszał, że niech się odczepi.
    niestety, zupobrat, jak to BRAT WSZECHWIEDZĄCY, nie uznał za stosowne poddać się łagodnej perswazji, i ciągle chodził i mędził i smędził i zrzędził.
    i tak smędził i zrzędził przez ładnych tygodni parę, zuposiostra co drugi dzień raportowała o smędzenia postępach, aż w końcu zupoojciec nie zdzierżył, i się wqrvił.
    chyba pierwszy raz w historii wqrvił się na swego synusia jedynego.
    i zjechał od góry do dołu onego.
    że niech on się odczepi, że jemu się nikt w wybór imienia nie mieszał, że co on sobie wyobraża.
    i że zupoojca ojciec miał na imię „Stanisław”, i że gdyby nie zmarł młodo (BARDZO młodo), to byłby teraz dziadkiem „Staśkiem”.
    i wreszcie, że zuposiostry męża ukochany dziadek ma na imię „Stasiek”.
    i ogólnie niech się odwali, bo jest męczący i nikt jego zdania pod uwagę brać nie musi, a nawet wręcz nie powinien.
    poszły iskry.
    i normalnie SZKODA, ŻE PAŃSTWO TEGO NIE WIDZĄ.

    a zupobrat co na to ?
    „a to niech wam siostra przywiezie kosiarkę” – szczeknął, i trzasnął drzwiami.

    a taki był z niego fajny facet.
    tylko, że szmata, nie charakter…

    to dawno już tu nic nie pisałam.
    jakoś tak się zbiera, ale ujść ni może.

    ze dwa miesiace temu wymyśliliśmy sobie weekend w Berlę.
    dlaczego Berlę ? bo kiedyś jechałam klejenta nawiedzić w Poznaniu, i odkryłam, że jest całkiem sprytny pociąg do Berlina, dość szybko tam docierający, i ogólnie przyjemny (w związku z czym oczywiście lecę samolotem, no przecież).
    zakupiliśmy odpowiednie kupony przewozowe, skontaktowaliśmy się z lokalnymi znajomymi celem polecenia jakiegoś sympatycznego hotelu, nie za drogi, oczywiście, pokupowaliśmy przewodniki.
    (po czym okazało się, że W TEN WŁAŚNIE WEEKEND wypada : poród zuposiostry, wesele kuzynki oraz impreza firmowa, prawda. wezne i się rozczworzę)

    będąc wew Paryżu zorganizowałam chwilę paniki pt. Berlę za dwa tygodnie, a my ciągle hotelu nie mamy, czym dogłębnie zestresowałam biednego Nowego. ale tak chyba trzeba do facetów mówić, bo od razu wziął się zebrał w sobie i przebrowsował neta oraz przewodniki i zarezerwował.
    sympatyczny, nie-za-drogi jego mać (doba w pokoju z prysznicem 160 ełrasów, prawda. ręki mi opadli do podłogi), oryginalny, hotel. Kunst cośtam się nazywał.

    wróciłam z Paryża z dołem jak stąd do Pcimia, i dla pocieszenia oglądałam TV5 Monde. a w nim – reportaż o hotelu w Berlę.
    że jaki on nie jest oryginalny, że pierwotnie było to mieszkanie, ale miał takie powodzenie, że facet kamienicę kupił i odnowił, że każdy pokój projektowany przez innego artystę, i no ogólnie och i ach.
    no i pokazywali te pokoje, w niektórych z nich oczopląsu można dostać, w innych wystrój rodem z koszmarnego snu skutecznie wybudziłby Śpiącą Królewnę, w innych jeszcze – nastrajał do chwili zadumy nad zdrowiem psychicznym projektanta.
    tak mię to poruszyło dogłębi, że od razu poruszyłam powyższy temat w rozmowie z Nowym. który z niezmąconym, sobie wrodzonym, spokojem, oświadczył „a tak, to ten hotel co zarezerwowaliśmy„. zatchło mię na moment. „żartujesz chyba ?” odrzekłam wdzięcznie. „bynajmniej” zaświergotał. a ja w jednej chwili zrozumiałam, dlaczego badziewny pokój kosztuje w nim la peau du cul*, jak mówią Francuzi.

    jak przeżyję, to zaraportuję, jak było

    *la peau du cul – skóra z dupy. tacy są żabojedzi wyrafinowani, a co.

    wyszla kolejna ksiazka Nowego. nie, zebym Was od razu zachecala do inwestycji, bo po pierwsze po francusku, a po drugie niewiele lepsza od poprzednich, ale fakt wart odnotowania. zwlaszcza, ze to juz czwarta, i ze ja robilam do niej korekty.
    znaczy – jak sie chce, to sie da.

    poza tym szlajam sie po paryzewie, odkrywam miejsca, ktorych istnienia bym nie podejrzewala – jak la Campagne a Paris, wies w Paryzu. normalne miasteczko w miescie, stworzone z mysla o zapewnieniu lokum dla biednych robotniczych rodzin – w tej chwili kazdy domek tam wart jest pewnie takich pieniedzy, ze to trudno sobie nawet wyobrazic.
    albo plantacje winne na montmartre. kilka metrow kwadratowych winorosli, z ktorych fabrykuja potem kiepskie i cholernie drogie wino.
    albo stacja metra st mande la tourelle, wokol ktorej lataja jakies gryzace krowy mutanty, co jak mnie jedna taka we wtorek upieprzyla, to do tej pory mam palca spuchnietego. mimo zastosowania fachowych kremow i okladow z mlodej (no, nie takiej juz mlodej ;))) ) piersi (no, moze nie do konca piersi ;))) )


    • RSS