zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 6.2009

    nikt nie chce moich furii przygarnąć ??? no wiecie co !
    Grubej ostatnio coś się zebrało na przytulanki. normalnie nie wiem, co z nią, aż się zaczynam niepokoić. ciągle na mnie siedzi, i przybiega do nogi, jak tylko wejdę do pokoju. upał jej się na szary móżdżek rzucił, cycóś ?

    poza tym osłabiają mnie z letka niektóre rozmowy z zupomatką.
    przyjechały pewnego pięknego dnia z zuposiostrą, poszłyśmy na zakupy. znaczy ja i siostra, bo zupomatka się zaoferowała, że ona mi pita do zwrotu za remont wypełni i obiad zrobi „bo ty tak słabo wyglądasz, dziecino”.
    poszłyśmy na te ciuchowe zakupy, jak to między nami siostrami, prawda, wracamy, chwalimy się, co to która sobie zakupiła była.
    wyciągam mą lnianą spódnicę, demonstruję zadowolona, a zupomatka do mnie „a jak będziesz ją nosić ?”
    przyznam się Wam, że zatchło mię ociupinę. 
    a jedyna narzucająca się odpowiedź („na d…?”) jakoś nie chciała przejść przez usta ;)

    i wreszcie wyciągnęłam z półki mocno już zakurzoną „Lalę” Dehnela. połknęłam, dobrze mi zrobiła na głowę, chcę więcej…

    ja jednak jestem upośledzona kuchennie, nie da się ukryć.
    czy, według Was, da się spieprzyć TO CIASTO ? pewnie nie – powiecie.
    no to więc JA Was ZASKOCZĘ.
    otóż da się, i to koncertowo, i na wszystkich frontach.
    najpierw, prosze ja Was, wystarczy zapomnieć dorzucić do mąki, płatków, masła i jajek – CUKRU. tak, DA SIĘ.
    następnie Nowy - w szale sprzątania po Waszym kucharzeniu – wywala Wam białka do zlewu. no ale dobrze, to nie jest przecież Waszą zasługą, nie ma się co czarować. no i zawsze macie zapasowe jaja do wydzielenia z nich białka, prawda.
    niemniej jednak nadrabiacie to niedopatrzenie w tempie błyskawicznym na drugim etapie produkcji ciasta, kiedy to wstawiacie gotowe ciacho, pokryte warstwą truskawek i ubitego białka do piekarnika.
    wtedy to bowiem Nowy wychodzi nagle z łazienki i mówi : ”coś tu spalenizną czuć…”, rzucacie się jak szaleni do piekarnika i konstatujecie z ulgą, że przegina.
    w drodze powrotnej na kanapę stwierdzacie jednak, że może teraz jeszcze się nie kopci, ale za chwilę – nie jest to wykluczone, zatem robicie zawrotkę i zmieniacie ustawienia piekarnika. na takie z grzaniem jedynie od góry.
    słabym punktem tego planu jest to, że to grzanie jedynie od góry to… opcja GRILL.

    dwie minuty później zrywacie się z wrzaskiem z kanapy a otwarcie piecyka szczypie w oczy.
    oraz dziękujecie niebiosom za niemanie systemu pepoż w mieszkaniu…

    tak mi się przypomniało, bo ten cholerny Nowy pojechał do Edżyptu robić sobie uprawnienia ratownika nurkowego.

    jak byliśmy tam w kwietniu przypomniałam sobie o chałwie. i powiedziałam mu „ooo, koneicznie musimy sobie kupić chałwy, to taki specjał egipski, pewnie nie znasz” – stwierdziłam znając jego niechęć do słodyczy (tak, istnieją tacy dziwni ludzie, co nie lubią słodyczy) „pffff, zdziwiłbym się, gdybym nie znał” – odpowiedział pewien siebie bezczel (tak, zwiedził pół świata i zjadł dużą ilość badziewi na tym świecie oferowanych – świnki morskie w Peru też jadł, bueee). no jak tak, to dobrze, se pomyślałam w głębi ducha, i ucieszyłam się bardzo, gdy na drugi dzień wypatrzyłam chałwę w bufecie śniadaniowym. pokazałam mu ją od razu, i wzięliśmy sobie po kawałku, a takie konkretne kawałki to były. wracając do stolika powiedziałam „tylko jedz ją małymi kawałeczkami, to jest strasznie słodkie”. oczywiście - nawet nie słuchał - facet w końcu, nie – i wgryzł się w nią, jak w kromkę chleba.

    wspomnienie jego miny – bezcenne

    ten Nowy to normalnie mówię Wam.
    w zaprzeszły weekend pojechałam do niego obglądać i dourządzać jego nowe włości. a jako, że już dawno nie byłam w Paryżewie, a pogoda była przednia, postanowiliśmy sobie powłóczyć się po mieście.
    w sobotę obeszliśmy centrum (i znaleźliśmy super szklany stolik), po czym wygonili nas z Jardin de Tuileries (co to za pomysły, zamykać parki na noc. Francja, normalnie), a w niedzielę poszliśmy „obejrzeć okolicę” – wiecie, zlokalizować knajpy, sklepy, kina, inne takie.
    „oglądanie okolic” (20 dzielnica, prawda) skończyło się w centrum (sześć kilosów dalej, prawda), dokąd dotarłam na ostatnich nogach (upałłłłł !!!) podtrzymywana w pionie tylko myślą o restauracji korsykańskiej koło Palais Royal i jej tartelette ze świeżymi figami na ciepło i gałką lodów TYMIANKOWYCH.
    (i o wielkiej butli wody)

    w restauracji natomiast odkryłam smsa od ds, z informacją, że jakieś drobne trzy godziny wcześniej była w miejscu, przez które mniej więcej wtedy właśnie przechodziliśmy. na szczęście okazało się, że te trzy godziny później była mniej więcej w tej samej czasoprzestrzeni, co my, i udało jej się mnie, że tak powiem, w pewnej kwestii rozdziewiczyć…

    *****
    z ogłoszeń parafialnych :
    poszukuję Nowego Domu dla moich szarych furii. oczywiście dobrego. inny się nie liczy


    • RSS