zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 5.2009

    i moja chrześnica nie rozczula mnie WCALE.
    i za diabła nie rozumiem ćwierkania nad nią, jakie uprawiają na spółę moja matka i moja siostra.
    taka zła nieczuła wredna kobieta ze mnie.
    ale to chyba nikogo nie dziwi, nie ?

    long long long long time ago, before the wind, before the snow, czyli jakoś w styczniu, Nowy postanowił obsypać mię prezętami. korespądęcyjnie tak, wiecie. w tym celu wziął, i zamówił na www.fnac.fr (uwaga, antyreklama) podwójne dvd „un gars une fille”, czyli po polskiemu – Kasia i Tomek. a bo tak, wiecie, ROMANTYCZNIE mu się z naszymi pogadankami skojarzyło.
    zamówił, po jakimś czasie dyskretnie wybadał, czy czegoś nie dostałam pocztą przez przypadek, przyjechał i ponownie wybadał, po czym wreszcie po jakichś 2 – 3 tygodniach przyznał się do zamówienia w/w fanta i skierowania go na mój adres. domowy, nie.
    a ja przyznałam się do nieotrzymania niczego takiego.

    w związku z tym Nowy nawiązał pasjonującą korespądęcję z w/w fnac.fr. pierwszy z zaposiadanych przeze mnie maili datuje się z dn. 24 lutego i zaczyna od „w nawiązaniu do naszej rozmowy telefonicznej sprzed ok. dwóch tygodni”… po czym nastąpiła wymiana korespondencji - zarówno elektronicznej, jak i papierowej, w którą musiałam się zaangażować i ja, wysyłając do w/w portalu list zaświadczający – na honor – że przesyłki nie otrzymałam, podpisany własną krwią utoczoną z serdecznego palca i przypieczętowany siedmioma pieczęciami…

    (no dobra, trochę się zagalopowałam, faktem jest jednak, że list musiał być własnoręcznie napisany i podparty kopią dowodu osobistego. nie ma to-tamto, inaczej żabojady nie uznają. cud, że nie musiałam zaświadczenia od przełożonego przedstawiać, poświadczonego notarialnie i przetłumaczonego przez przysięgego !)

    po tej wymianie korespądęcji, jakoś pod koniec marca Nowy dostał majla, że reklamacja została uznana, i że wyślą zapotrzebowane dvd ponownie.
    kul.
    po jakichś dwóch tygodniach przysłali mu majla, że jednak nie wyślą, bo nakład się wyczerpał, ale niech się nie martwi, bo go za film NIE OBCIĄŻĄ.
    na co on, w letkim szoku, odpowiedział, żeby się trochę wypchali, bo JUŻ GO OBCIĄŻYLI, jakieś dwa miesiące wcześniej.
    kolejna wymiana majli, kolejna rozmowa z chomikiem, i wreszcie, po kilku tygodniach, jakoś w kwietniu, oddali mu kasę.

    - tu następuje długa i znacząca cisza, w czasie której Nowy twierdzi, że kupi mi w/w dvd w sklepie i przywiezie osobiście, ale cosik mu się to zapomina –

    długa i znacząca cisza zakończyła się wczorajszego ranka, kiedy to szykując się w panice do wyjścia na szkolenie, dźwięk domofonu posłyszałam. a w domofonie dzień dobry, Fedex, mam dla pani przesyłkę. cóż było robić, otworzyłam – w końcu przesyłki Fedexem to fajna sprawa, nie. domofon nr 1, domofon nr 2, dzwonek do drzwi. mam dla pani przesyłkę, z POLINEZJI FRNCUSKIEJ, tylko trzeba cło zapłacić. że kła ????? POLINEZJA FRĄSUSKA ??? mhm. z mieszanymi uczuciami zapłaciłam sto zeta i pięć, i drżącą ręką oraz nożyczkami rozpakowywać kolejne koperty (bo było ich kilka) poczęłam. na kopercie numer 1 napisane było FD Massy ZAC du Perou, adres i kod takie bardzo France territoriale, a bardzo mało dom-tom. no i oczywiście zaznaczcenie - priority.
    a w kopercie – TADAM -  dvd „un gars une fille” !

    normalnie cÓd – dostarczyli mi go JUŻ PO CZTERECH MIESIĄCACH !!!
    jak sądzicie, siedział przez przez ten czas z Tomem Hanksem na bezludnej wyspie ?

    przy grillu – bodajże przy okazji wypadnięcia oczka z piździonka zaręczynowego – wyszła kwestia zaręczynowych obyczajów, a konkretniej tego, że faceci dają swoim dziewczynom zaręczynowy pierścionek, a sami – nie dostają nic. i że zasadniczo, jest to odrobinę niesprawiedliwe, czemu jakby trudno zaprzeczyć.
    M. opowiedziała historię faceta, który zażyczył sobie zegarka w zamian za piździonek, kwestię poparł Nowy życząc sobie, w razie jakby co, Breitlinga.
    zaoponowałam żywo – piździonek wszak jest z letka stygmatyzujący, czego w żaden sposób nie można powiedzieć o zegarku, a poza tym dawniejszemi czasy faceci też dekorowani byli pierścieniem.
    A. zaproponowała zatem znakowanie rozgrzanym żelazem, jak bydła, z tym, że zamiast numerku byłoby – „R jak reserved”.
    ponieważ metoda wydała się zebranym odrobinę brutalna (delikatnisie, myślałbykto), a mnie osobiście – mało widoczna (pieczęć miałaby być przybijana na ramieniu, pod gajerem żadna laska tego nie wypatrzy), ostatecznie stanęło na tatuażu na wierzchu dłoni : „you touch – you die”.
    (Nowy sam se w piętę strzelił tą propozycją)

    boże, jaka piękna była pogoda w ten łikęd, też to zauważyliście ?

    od razu zmory z przeszłości, zakopane głęboko pod ziemią – na własne życzenie, zresztą – zaczęły wyłazić spod ziemi, dzwonić i informować drżącym głosem, że „nigdy mnie nie zapomną i zawsze pamiętać będą”.
    a mnie się trochę serce kraje, bo w końcu słabość dużą do tego pana miałam, ale przecież SAM CHCIAŁ, nie. nie rozumiem zatem, czemu się teraz dziwi. co on, myślał, że pomknę do niego na białym rumaku, i pod oknem zakrzyknę, kochanie, błagam, zstąp do mnie ze swych wysokości ?
    normalnie jakby mnie nie znał ;)

    korzystając z pięknej pogody, i nieświadoma zmór jeszcze, odbyłam super grilla w super towarzystwie w samym centrum Warszawy, na terenie ogródków działkowych, których istnienia nie podejrzewałam.

    udało mi się wreszcie dotrzeć do Żelazowej Woli, i do Parku Kampinoskiego, gdzie zrobiliśmy połowę zakładanej trasy, ale i tak wróciłam uświniona jak nieboskie stworzenie. nogi miałam brudne do kolan. a w długich spodniach łaziłam.

    namiętnie oglądaliśmy czarno-białe niewyraźne zdjęcia i planowaliśmy gryplan na najbliższe miesiące – przecież Nowy oczywiście nie może mieszkać w Polsce i być Polakiem z narodowości, jak przyzwoity człowiek, prawda ? przecież za prosto by było, i za łatwo mieć chłopa na miejscu.
    weekendy mam rozplanowane do połowy czerwca. a nawet dłużej.

    ale warto, mówię Wam, och, jak warto. aż się chce zakrzyknąć za poetą – chwilo, trwaj.
    (i jak wszyscy zakochani, żyję przeświadczeniem, że ta zdzira – chwila, w sensie – mnie posłucha)

    Amireux
    On est amireux
    Mi-ami, mi-amoureux
    On se promene entre les deux
    Amireux
    On est amireux
    C’est un amour version joyeux
    Qui fait jamais pleurer les yeux


    • RSS