zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 12.2008

    od lat chodzę i marzę o spektakularnym rozchorowaniu się, nie ?
    no to mam – rozchorowałam się. ale przecież nie jak przyzwoity człowiek, kiedy jest normalny okres roboczy i może sobie spokojnie pozarywać robotę. nie.
    ja, oczywiście, musiałam się pochorować NA ŚWIĘTA. no bo jakże by inaczej. przecież inaczej się nie liczy.
    przecież ja muszę oryginalnie. niebanalnie. nienachalnie. na święta. mać.
    wyciągałam zatem w poniedziałek walizkię z szafy i gotowałam się na wtorkową wyprawę do Katowic, gdy prawowity bezpośrednim przymusem doprowadził mnie do lekarza, a lekarz łaskawca, kazał leżeć. w cieple, jakżeby.
    no to pojechalim na święta do Scyzorykowa, prawowity, ja i mój szalejący PMS.
    ooo, to były piękne święta. takie NIEZAPOMNIANE, bym powiedziała.
    matce pojechałam ciekawością pierwszym stopniem do piekła, ojcu odwal się nie będę se robić bachora dla twojej przyjemności, prawowitemu aweśtysięodemnieodteguj, a bratu delikatnie – grubasem.
    ooooo tak. pięęęęękne niezapomniaaaaane święta. 

    w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, drugiego dnia świąt powróciłam na Warszawy łono, by wieczorem pokołysać się łagodnie, niczym kwiat lotosu na tafli, w rytm szumu w mych zatkanych katarem uszach na laskokanapie i usiłować nie zarazić matki dzieciom.

    a do Katowic pojadę jutro, nie. co ma czekać nie utonie.
    najwyżej komuś w pociągu me płuco (prawe) we władanie oddam, comitam.

    voila, dobiega końca moja katowicka „przygoda”.
    jeszcze tylko dwa i pół dnia. powoli pakuję walizkę, zapełniam kartony, co je wyekspediuję pocztą (narzuta 220 na 240 jakoś w walizkie się zmieścić nie chce).
    jakoś przeżyłam. ciapągi za oknem i Portugalców za ścianą też.

    nie udało mi się przerobić na mini-szwarcenegera, napisać pracy, fajnego szaca przygruchać.
    spotkać Ślązaczki (no, chyba, że nieświadomie), ani Just (chyba, że też gdzieś nieświadomie)
    udało mi się polubić kolegów z pracy, życie bez korków i siłownię za rogiem.
    pobić swój rekord długości dżogowania oraz nie kupić tu żadnych (!!!!!!!!) butów. (bo te z Londynu się nie liczą)
    no i odnaleźć prawdę.

    szybko minęło.

    (a w sobotę w Bxl dowcip usłyszałam taki
    - a wiecie, słyszałem o jednym gościu, co sprzedał akcje Fortisa i został milionerem !
    - nie mów !!!
    - no ! wcześniej był miliarderem… )

    spędziłam wieczór u laski – bardzo miłej, swoją drogą – która na swojego kota mówi „moja córeczka”, a siebie każe nazywać „jej mamusią”.
    ociupinę mię to przerosło.

    wyciągnęłam ełrasy z kąta, złożyłam wniosek urlopowy na jutro (pierwszy wniosek urlopowy od ośmiu lat. musiałam koleżanki  laski pytać, czy taki urlop to się nazywa wypoczynkowy), walizka leży rozbebeszona pod szafą (właściwie jeszcze nie do końca rozpakowana po Krakowie…), kilka bluzek czeka na prasowanie.
    o północy na katowickim dworcu – widmo wsiądę do pociągu – widmo i rozpoczniemy sabat

    kupiłam sobie kamerkę internetową, ale zapomniałam zauważyć, że nie mam w firmowym laptopie cd playera, coby drivery zainstalować.
    brawo dla tej pani.

    spaliła mi się ostatnio żarówka w lampie w salonokuchni w mojej katowickiej samotni, a że teraz wieczory wcześnie zapadają, światło świeczki do czytania niewystarczające, a i do śniadania o nieludzkiej 6.30 też niezabardzo, postanowiłam zainwestować w nową.
    poszłam zatem do pobliskiego „Belga”, w którym to znajduje się najbliższy carrefour.
    z mocną myślą – żarówka. no, i może jakiś ogórek. albo pomidor. do kanapek, wiecie.
    po piętnastu minutach, zgrzana i spocona jak szczur, wyturlałam się ze sklepu zaopatrzona w
    sos sojowy, sos sojowo-grzybowy, makaron ryżowy, mrożone krewetki, mrożone kalamary
    olej z pestek winogron, ogóra, pomidory, bułeczki maślane
    masło, camemberta zwykłego, z grzybami i z orzechami
    ser królewski w plasterkach, dżem dalfour jeżynowy
    activię ze śliwkami i naturalną do jedzenia, oraz ze śliwkami – do picia
    czekoladę „złoty kasztanek” i litrową butelkę tonicu.

    kolację zjadłam, romantycznie, przy świecach

    19-go wracam do Wszawy. szybko minęło

    a w ten weekend po raz pierwszy naprawdę dobrze się bawiłam w Krakowie.


    • RSS