zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 10.2008

    nieustająco siedzę w Katowicach. no dobrze, może nie tak nieustająco, bo w ten weekend dla przykładu zaliczyłam wizytację brata z małżowiną jego oraz ich potomkiem, a moją chrześnicą, która słodka jest normalnie jakby nie była córką swojej matki (pf, czy jest na tym świecie jeszcze ktoś, kto nie wiedział, że jestem wredna zdzira ?), a następnie w jeden dzień pojechałam na szkielecczyznę w celu odstawienia moich szarych furii do rodziców na czas wygnania, po czym spektakularnie się poryczałam w drodze i jechałam jedynie 100km/h, a nie, jak w stronę przeciwną – jakieś 150.
    a teraz walczę z moim wewnętrznym fuj, albowiem ojciec miał im dziś zamontować zagrodę, i walka jest w temacie zadzwonić or not zadzwonić – sama ze sobą obstawiam, co wygra.
    pewnie zadzwonię, tfarda w końcu jestem, nie mientka, nie.

    poza tym po raz kolejny przeczytałam książkę kolegi, gdyż wyznał mi, że wszystko, co w niej opisał, jest prawdą. oraz, że się we mnie zakochał. więc wzięłam ją w rękę, coby się dowiedzieć tak jakoś lepiej, kto niby tą razą się we mnie zakochał był, nie.
    z taką pewną nieśmiałością ją czytałam, albowiem jedyne wspomnienie, jakie z niej zachowałam, to masakryczna grafomania oraz błędy gramatyczne, nie mówiąc już o słabości fabuły, ale teraz przeczytałam ją z trochę innego punktu widzenia. nie jako fikcję, tylko jako pamiętnik pana S. no i powiem Wam, że jako pamiętnik, to ona nawet daje radę, ta książka. taka jest nieporadnie szczera, taka słodka i wzruszająca. piękne wyznanie miłości w x tysiącach egzemplarzy. chciałabym kiedyś takie dostać.
    acz może niekoniecznie od gościa, który dwa lata po wydaniu tejże będzie czynił wyznania pewnej blondynce z egzotycznego kraju ze wschodnich rubieży Europy.
    bo ten, chyba nie wspomniałam chyba, że kolega żonaty jest przecież, jakżeby inaczej. tak trochę trzeci raz…

    zadzwoniłam w końcu. wzięłam się na sposób, i zamiast dzwonić do ojca, zadzwoniłam do Matki. nieprzyjemności brak, a informacje z równie pewnego źródła ;)
    (szczury mają już swoją zagrodę, tylko jeść za bardzo nie chcą… mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. a mnie się oczywiście płakać chce, wrrrr)

    ktoś świśnie, bardzo Was proszę.
    siedzę w tych Katowicach od poniedziałku, i kiszę się.
    za każdym razem (no, może z wyjątkiem w/w poniedziałku, kiedy to z nóg leciałam po 3 godzinach snu) wychodząc z fabryki obiecuję sobie, że wskoczę do domu, zostawię laptopa, przebiorę się i pójdę się poszlajać, choć trochę. w końcu w centrum Katowic mieszkam, wypadałoby chociaż knajpy obczaić. zwłaszcza, że pan właściciel powiedział, że całkiem niedaleko jest ponoć jakaś fajna chińska, a ja od czasu Malezji dostaję kurwików w oczach na azjatycką kuchnię.
    po czym ląduję na tym wysokim drugim piętrze, dorywam się do jakiejś gazety albo kompa, i – dupa blada, przechadzki nie będzie.
    bo
    - przecież tu i tak nie ma nic ciekawego do obejrzenia
    - co ja się będę tak sama włóczyć, zaraz się ściemni
    - co ja będę sama po knajpach chodzić, żadna w tym przyjemność
    i tak kurna mija.

    chłopcy w fabrykie wszyscy żonaci i dzieciaci, po robocie zwijają laptopy w troki i do domu i potomstwa, i w sumie trudno się dziwić, nie. 
    więc wiesz, Ślązaczko. jak na razie ciągle płaczę ten pierwszy raz ;)
    i wiesz, dago. jakoś na szaca się nie zanosi

    ale za to w przyszłym tyg przywiozę sobie ciuchy sportowe. jak się zepnę, to może do bożego narodzenia zrobię się na mini szwarcenegera, nie?

    i dopiero po dłuższym procesie myślowym doszłam do wniosku, że to jednak trochę niemożliwe. zadecydowałam zatem, że położyłam sie spać o 3:46.
    tak, znowu dałam się dziecku na degenerację wyciągnąć. świat jest coś chybotliwy dziś.
    ale za to chyba mam rozwiązanie szynszylowe – na czas mojej ekspatriacji wypożyczę mu (dziecku w sensie) me mieszkanie. włala! w łikędy i tak go nie ma, a w tygodniu będzie komu szczurów doglądać. czyż to nie jest piękna myśl ?

    w ogóle muszę Wam powiedzieć, że szykuję się do tego wyjazdu na Ślunsk jakbym na zabity dechami koniec świata  na dziesięć lat jechała.
    imprezuję do upadłego – wszyscy przecież wiedzą, że w Katowicach na pewno jest absolutna knajpiana pustynia, przechadzam się Chmielną i Nowym Światem, jakbym miała ich więcej nie zobaczyć, robię zakupy, bo przecież to takie zadupie, że balsamu neutrogena nie uświadczysz, nie.
    total.

    chciałam coś jeszcze mądrego napisać, ale wiecie. świat mi się chybocze i muszę się koncentrować na utrzymaniu pionu.
    oraz szykować do wyjazdu na Koniec Świata.

    z tego wszystkiego widzę białe myszki. znaczy te – szynszyle.

    no więc moi mili wygląda na to, że zupeńka Wasza kochana od przyszłego tygodnia do końca roku – co najmniej – siedzi w Katowicach. tak, ja wiem, że po niemal roku spędzonym w Radomiu Katowice toczysta przyjemność, niemniej jednak. trzy miesiące, prawda.
    a przecież do tego dochodzi jeszcze zmiana zawodu i letka nutka niepewności – czy się w tym sprawdzę. i czy uda mi się opanować tą męską bandę, która tam siedzi. jedyne kobiety w ekipie to, co za niespodziewanka w tej zmaskulinizowanej branży, oczywiście sekretarki.
    no i – co ja z moimi szarymi furiami przez ten czas zrobię. znaczy wiem już, co. zrujnuję się na hotel, ale jaki wybór. znajomym ich nie podrzucę, bo za bardzo rozpuszczone są, samych przecież też nie zostawię. jeszcze, żebym chociaż wracała na weekendy, to dałoby radę. a najbliższe weekendy w rozjazdach, no i blada.
    no i tak, widzicie.

    w związku z tym jest kiepsko, mam zachrzan, bo przecież ze wszystkim muszę się przed wyjazdem wyrobić (samochód zarejestrować, na przykład…), urząd celny znowu przechwycił moje truskawki, bank podniósł mi oprocentowanie kredytu, franek rośnie, jak pogięty, a ja pragnę kurteczki od max mary i muszę iść do fryzjera.

    a z tematów bardziej rozrywkowych, to pozazdrościłam cioci lasce wyprawy do lądku (zdrój, oczywiście), i też się wybieram, a co. co prawda nie na SuperHiperWydarzenie z Madonną w roli głównej, ale też będzie wesoło. o.

    w prezencie włala – najtańsze bmw świata.

    za tą cenę – biorę !!!


    • RSS