zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 7.2008

    i tylko taka refleksja została –
    wkurzają mnie baby, które zamawiają góry żarcia (zaczęło się to już przy studniówce, strasznie się wtedy pokłóciłam z resztą licealnego babińca), bo „faceci to lubią pojeść”, a zapominają, że matka chrzestna ich bachora mięsa nie jada.
    i wiecie co? naprawdę zrobiło mi się przykro. bo ja się wysilam, łażę za różnymi księżmi i nawet ich nie mieszam z błotem, choć moje wewnętrzne fuj tylko tego się domaga, nawet do spowiedzi chodzę, czego nie robiłam chyba od liceum, a ona nie jest w stanie zapamiętać o rybie na grilla i potem na pokościelny obiadek (poporodowe haribo w miejscu mózgu ?).

    ale – zemściłam się, i dałam tylko prezent, choć przewidziana była również koperta. spadówa, tak.

    pół łikędu spędziłam na przeszukiwaniu kartonów u prawowitego (tak, wyprowadził się 2 lata temu, logiczne przecież, że nie rozpakował wszystkich kartonów, nie) w poszukiwaniu mojej umowy o pracę.
    w końcu nie na darmo jestem blondynką – udało mi się zgubić moją własną umowę o pracę, brawo dla tej pani.
    u prawowitego jej nie znalazłam.
    wczoraj pół wieczora przegrzebywałam strych. znalazłam rachunki za operacje oków dwóch (pierwsza miała miejsce 20.12.1999, druga 10.1.2000, jakby kto pytał), notatki typu „bartycka paw. 139″ i kserokopie planów mojego the very pierwszego mieszkania, tego, które zostało później wymienione na mieszkanie właściwe i które strasznie mi się kojarzy z mieszkaniem laskione, ale umowy o robotę – ni huhu.
    no mówię Wam, jak sie wściekłam.
    w końcu postanowiłam przegrzebać segregatory i teczki w szczynszylopokoju.
    jak sądzicie, co może zawierać teczka opisana „ROZLICZENIA 1998, 1999, 2000, 2001, 2002″ ?
    no jakże co. przecież oczywiste jest, że zawiera – tadam – umowy o pracę.
    grunt to dobrze zarchiwizować papiery, nie.

    a dziś rano ponownie ruszyłam na podbój kościelnej kancelarii z KARTOTEKĄ. bo mamuśkę mę wczoraj proboszczunio ze Scyzorykowa spławił poddając wew wątpliwość mą konduitę. że „czy ja aby z kim nie mieszkam”, rozumiecie.
    jak mi kiedy przyjdzie do głowy ślub kościelny, to bardzo Was proszę, stuknijcie mnie w tęże czymś bardzo mocno.
    mais revenons a nos moutons, je tak powiem.
    w kancelarii tym razem nie było Starej Prukwy, co za strata.
    był natomiast ksiądz - ten sam, co poprzednim razem. bez zbędnej dyskusji wpisał mnie DO KARTOTEKI i wydał papierek. mało się nie popłakałam z radości (oraz letkiego bólu głowy, gdyż wczoraj trochę za bardzo przyświętowałam odnalezienie umowy, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć). chyba normalnie pójdę w niedzielę do kościoła.
    z letka przeraża mnie jeszcze fakt, że chyba będę musiała jeszcze pójść do spowiedzi, a trochę już nie pamiętam, jak to się robi.
    no, chyba, że da radę przez internet 

    normalnie mówię Wam. przeżywam właśnie najlepszy tydzień tego roku.

    po wielce udanym poniedziałku i wtorku, z których to wspomnieniami już się z Wami podzieliłam, nastała zażabojedzona nerwowa środa, która zakończyła się moim wypłynięciem z fabryki na miękkich nogach i zaowocowała czwartkiem.

    a w czwartek z rana zuposzef poinformował zupę, że w związku ze związkiem oraz fuzją, to nie on został oddelegowany do rządzenia Polską z ramienia krwiopijcy, zatem prawdopodobieństwo, że po powrocie z wakacji obecna robota przestanie mnie lubić drastycznie wzrosło.
    szlak mię trafił, więc pojechałam na Puławską i odebrałam przesyłkę. tę z wtorku, wiecie. o, tę :
    a nie, zdjęcia nie będzie, interia nie chce kooperować. w końcu najlepszy tydzień tego roku, nie. całkiem zrozumiałe.

    a dziś z rana postanowiłam być dzielna na koniec tygodnia i wydobyć z parafii zaświadczenie uprawniające mnie do zostania chrzestną.
    bo wiecie, brat mój się rozmnożył, i stwierdził, że jego stara siostra najlepiej się do takich rzeczy nadaje. no więc stara siostra czyli ja wysłała najpierw matkę swoją rodzoną do swojej parafii w Scyzorykowie.
    w Scyzorykowie ksiundz (niniejszym pozdrawiamy) grzecznie inaczej poinformował matkę, że zaświadczenia nie wyda, albowiem stara siostra musi je mieć ze swojej parafii.
    no więc stara siostra, czyli ja, przypominam, tak na wszelki wypadek, bo to wiecie, człowiek taki teraz zalatany, może zapomnieć, poszła do swojej parafii wszawskiej, dziś z rana.
    tak żeby zrobić choć jedną pożyteczną rzecz w tym tygodniu, bo żebym ja jakoś drastycznie poświęcała się pracy, to nie powiem.
    w kancelarii parafii miła pani, nazwijmy ją grzecznie Stara Prukwa, zapytała starą siostrę o adres. stara siostra adres poodała. Stara Prukwa zaczęła szukać. W KARTOTECE. napomniałam nieśmiało, że ja tu od niedawna mieszkam, więc W KARTOTECE może mnie nie być. a gdzie pani wcześniej mieszkała ? - a na B. – a to może będzie pani zarejestrowana na B – ale to ta sama parafia, poza tym ja się nie rejestrowałam – a no to jak ja pani nie mam W KARTOTECE to ja nie mogę pani takiego zaświadczenia wydać. a była pani u bierzmowania? – proszę pani, ja nawet KUL skończyłam – ale ja nie mogę, w końcu to ważny dokument kościelny, pani musi porozmawiać z księdzem, może on pani wyda, to ja pójdę po księdza, ale proszę wyjść z kancelarii i poczekać na korytarzu, ja muszę ją zamknąć na klucz, bo to nie wiadomo teraz, jeszcze mnie pani okradnie. (no dobrze, tego ostatniego nie powiedziała, ale DAŁA DO ZROZUMIENIA).
    no to wyszłam, nie.
    ksiądz z końca korytarza już grzmiał a to jak nie ma W KARTOTECE to na jakiej podstawie ja tej pani mam wydać zaświadczenie. a w kancelarii, grzecznie otwartej przez zapobiegawczą Starą Prukwę, zapytał a dlaczego to ja się nie zarejestrowałam W KARTOTECE, i że muszę jechać do Scyzorykowa, gadać z proboszczem, on NA PEWNO mi taki papier wyda. ale TYLKO z proboszczem. bo inne to się nie liczą. ale on mi papiera nie da. (no, chyba, że mu laskę zrobię. no dobrze, tego nie powiedział. do zrozumienia też nie dał. ale pewnie dlatego, że gej, albo się Starej Prukwy wstydził.)  a w ogóle to gdzie pani mieszka. – a na O. – aaaaa, to TE WILLE. i wtedy zrozumiałam, że zaświadczenie to ja może. W PRZYSZŁYM WCIELENIU.
    i przyszły inne Stare Prukwy i wciągnęły go w dyskusję o operacjach. i po księdzu.
    a ja – próbując uczyć się na błędach – postanowiłam zarejestrować się W KARTOTECE. grzecznie zatem zapytałam czy mogłabym się zarejestrować teraz ? - nie ma sprawy, odpowiedziała Prukwa, pani mi poda dane i ja panią zarejestruję. ale czy pani to będzie tu mieszkać na stałe? – wie pani, meldunek mam na stałe.-  no ale CZY BĘDZIE TU PANI MIESZKAĆ NA STAŁE. - a skąd ja mam wiedzieć, gdzie ja będę mieszkać za rok ??? – no bo wie pani, bo to NIE MA SENSU pani rejestrować W KARTOTECE jeśli pani za parę miesięcy ZNOWU SIĘ PRZEPROWADZI.
    i nawet drzwiami trzepnąć nie miałam już siły.

    ale KARTOTEKA ŻONDZI.

    i o nie, głupia interia mi nie podskoczy. włala, oto zawartość przesyłki

    o.

    oraz – po długim namyśle – cieszę się jednak, że zlikwidowali instytucję chłopca do bicia. miałby taki ze mną przekitrane.

    wczoraj postanowiłam być dzielna i pojechać wycenić wreszcie szkody, jakie kiedyś mojej biednej brzdąci tymi ręcami wyrządziłam byłam.
    (tak wiem, nie opowiadałam Wam, i jeszcze chwilę pewnie nie opowiem. póki się NIE ODWSTYDZĘ)
    polecony warsztat był na Końcu Świata, wstałam zatem koło szóstej, by załatwić to przed robotą.
    wyprysznicowałam się, przygotowałam tomaty z mozarellą oraz rukolą na obiad, odziałam me bosskie ciało w me bosskie świeżonabyte szare dżinsy nie rurki (moja hipisowska dusza cierpi w rurkach niewymownie) i gotową już do wyjścia będąc pojemniczek z tomatami, mozarellą i rukolą w ekolo siateczce postanowiłam umieścić.
    pojemniczek postanowił nie współpracować z siateczką.
    pojemniczek postanowił współpracować z dżinsami oraz podłogą. innymi słowy – pojemniczek wyślizgł się na niepodległość. oraz moje dżinsy.
    cóż było czynić. poziom adrenaliny błyskawicznie się poprawił, lajkonicznie stwierdziłam „o qrvaqrvaqrvaqrva” i się przebrałam. cóż czynić.
    (do warsztatu dotarłam, ale to doprawdy nie jest interesujące)

    dziś rano również postanowiłam być dzielna.
    ponieważ źle spałam i nie wstałam na pilatesa, chciałam chociaż odebrać przesyłkę z allegro, która pol-amerem przyszła. zostawili mi kartkę w drzwiach w zeszłym tygodniu. Puławska 361, dodzwonić się nie sposób. to pojechałam.
    kolejny Koniec Świata, nie. za wyścigami jeszcze.
    za drugą rundką między Pileckiego a Mysikrólika zidentyfikowałam MNIEJ WIĘCEJ miejsce. niedaleko biurowca brzdąci, prawda. zaparkowałam pod – bodajże – jakimś zakładem energetycznym, cycóś, papier w dłoń, i ruszyłam na poszukiwania. na wartowni pod numerem 361 zastałam napis „informujemy, że firma pol-amer zmieniła siedzibę, obecny adres to puławska 427″.
    czyjakośtak.
    noszqrvamatch#$%*%^&*)(*&^^&*()^&%^&%&*  pomyślałam sobie. oszjacieqrvamatchniep#$%^&*#$%^&*(*&^%, dodałam jeszcze.
    za ciężko jest na papierze przekreślić numer i napisać poprawny, tak ?
    że qrva ciężko jest telefon odebrać, tak ?
    niech se głupia zupa i inne takie KRAJOZNAWCZĄ WYCIECZKĘ odwalą, tak ? 
    w dodatku, oczywiście – czynne od 9 do 17. bo po co pracować od 8, na przykład, co by se można było przed fabryką przyjechać, no PO CO.
    w końcu dawka adrenaliny z rana jak śmietana, nie.

    w związku z tym siedzę w necie i szukam najbardziej absurdalnego zakupu.
    obecnie waham się między tym i tym. a może to ? bo kaczki mnie jakoś odrzucają.
    na co głosujecie ?

    prysznic, mycie włosów. odżywka. oraz trochu pianki.
    krem pod oczy (czasami także maseczka, jak za bardzo królicze), oddzielny krem do twarzy, oddzielny - na szyję.
    żel na biust, żel na cellulitis, krem na resztę ciała.
    krem na dłonie, krem na stopy.
    potem jeszcze się trochę popachnić.

    i dziwić się, że jestem droższa w utrzymaniu, niż średniej klasy samochód.
    oraz że jestem „dobrze zakonserwowana”, jak to mnie skomplementowała znajoma.

    (niestety, nie jest to notka reklamowa.)

    właściwie to powinnam była zostać prawnikiem. koniecznie w Bostonie.
    takim neurotycznym, emocjonalnie rozchwianym i skłonnym do histerii.
    charakter przecież mam idealny.

    opierdzieliłam od góry do dołu e-mailowo pannę, która kupiła ode mnie na allegrze kolczyki i zamilkła. transakcja na jakieś grosze, nic wielkiego. bardziej wkurzało mnie to, że się nie odzywa przez dwa tygodnie.
    zagroziłam negatywami i innymi takimi.
    zadzwoniła wczoraj wieczorem, cała w ekskjuzach – wylądowała w szpitalu, dopiero co z niego wyszła.
    nie pytajcie, jak się poczułam i czy miałam ochotę schować się pod tym kurzem, co go właśnie zza fotela wymiatałam.


    • RSS