zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 6.2008

    co Wam by tutaj powiedzieć ?
    to nie był dobry weekend, zdecydowanie nie.
    dwie epickie awantury spięły go gustowną klamrą w nieciekawą jedność.
    czy naprawdę o to mi chodziło dwa lata temu, kiedy do niego wracałam ?

    oczy zdecydowanie w mokrym miejscu. zdecydowanie.

    nic do powiedzenia, to się wsadza szynszylofotki, nie ?

    jak to leciało ? „bo najważniejsze nie jest to, by patrzeć sobie w oczy, lecz by patrzeć w jednym kierunku”, jakoś tak, nie ?

    (a przedwczoraj wreszcie poznałam matkę chrzestną pierwszego dziecka mojego Pierwszego Narzeczonego. świat jest mały. a już blogoświat… ;) )

    się zacinam przy każdym wejściu tutaj. się blokuję, nie mogę pisać.
    i znów oczy mam w mokrym miejscu.

    czyli się czujemy cooltowo ;)

    z podziękowaniem dla spostrzegawczej nec-mergitur ;)

    mam takiego jednego znajomego.
    latami całymi próbował zrobić karierę we wszawie. co mu się nie udawało.
    chwytał się naprawdę przeróżnych rzeczy, paliwa, ubezpieczenia, hipermarkety. za każdym razem coś nie szło, za każdym razem mu redukowali etat (fundując przy okazji np. ekskluzywną wycieczkę na przeprosiny), albo po prostu wypieprzali z mniejszym lub większym hukiem.
    przy okazji odbył dwa małżeństwa oraz dorobił się trójki dzieci. i też było podobnie – redukowali etat albo wypieprzali z hukiem.
    no, nie szło chłopu, co tu kryć.

    parę lat temu, pewien dziany pan z Wrocławia przymierzał się do inwestycji w sport. dzieny pan (ale tak wiecie, NAPRAWDĘ dziany), znając żywe uczucie tegoż znajomego do tej dziedziny sportu, ściągnął go do Wrocka propozycją managerowania tej inwestycji.
    z inwestycji nic nie wyszło, ale znajomy we Wrocku został. zajął się tą samą dziedziną sportu – tylko dla juniorów, organizuje jakieś rozgrywki, uwielbia tą robotę.
    znalazł sobie nową laskę – która śpiewa w zespole takiego jednego znanego dość muzyka i jest chyba najbardziej energetyczną osobą, jaką kiedykolwiek poznałam.
    a teraz jeszcze otwiera restaurację. w planach – sieć restauracji.

    a wszystko to przypomniało mi się, bo wczoraj udaliśmy się z dziecięciem na Bienvenue chez les Ch’tis i wyszłam z kina oszołomiona. 
    strasznie chciałam na to pójść, bo słyszałam bardzo różne opinie – od „normalnie płakałam ze śmiechu” po „no, tak, można się uśmiechnąć od czasu do czasu”, i koniecznie chciałam sobie wyrobić swoją własną. we Francji jakoś mi się nie składało, to wreszie poszłam tutaj, w pierwszym możliwym terminie.
    i wiecie co? żadna z tych opinii nie oddaje sedna rzeczy.
    tak, jest kilka scen w stylu Benny Hilla, które niektórych (w tym mnie - bo ja lubię prostą rozrywkę, co ja Wam tu będę ściemniać) doprowadzała do łez ze śmiechu (scena powitania żony na dworcu w Bergues przez pracowników poczty, a potem uroczysty grill mnie po prostu rozłożyły na łopatki. przegięte były na maksa, tak), a u innych mogły co najwyżej wywołać lekki, niekoniecznie szczery, uśmieszek, ale przede wszystkim ten film jest taki… taki…. jak muzyka Miki – ciepły, energetyczny, pozytywny, uśmiechogenny. lepszy od wszystkich kremów rozświetlających :) 

    (resztę wieczora spędziłam z głupim uśmieszkiem na gębie, wgapiając się w świeżo z oprawy odebrane obrazki plaży wczesną wiosną, które przecież kupiłam właśnie po weekendzie w krainie Ch’tis i zastanawiając się, czy – jak już wreszcie stąd sp….lę, to rzeczywiście do Meksyku, czy może raczej – do …? ;) )

    herbata zielona parzona do trzech minut – pubudza, powyżej trzech minut – usypia. tak słyszałam.

    znowu wstałam dziś rano o szóstej rano. pilates, wiecie. pilates z rana jak śmietana w końcu, nie. sama tak powiedziałam, to się będę tego trzymać.
    wydarł zatem twarz mój budzik dziś o 6h11. strasznie wydarł. tym straszniej, że trochę go nie słyszałam przez korki w uszach, co to je założyłam w celu nie przybicia szynszyli za ogon do ściany. tak dawały.
    wydarł zatem tę twarz, cudem usłyszałam, otworzyłam oczy, spojrzałam na sufit – 6h11.
    bożżżżżżże – pomyślałam sobie – bożżżżżżżże!!!!!! ZA CO ?????
    a może by jednak nie iść ? a może przestawić budzik i przewrocić się na drugi boczek ? w końcu karnet mi się skończył, pójdę w przyszłym tygodniu. no ? może jeszcze trochę pod kołderką ?
    i tu nastąpiło cięcie, a w następnym ujęciu już stałam pod prysznicem. drogi z punktu a do punktu b nie pamiętam.
    gdybym ja tak do wszystkiego miała taką silną wolę.

    zastanawiam się czasami, 1. po co ja chodzę na tego pilatesa, zwłaszcza na tą masakryczną 7h30 i 2. po co biegam.
    odpowiedź na pytanie 1. brzmi najprawdopodobniej : bo później se mogę posnobować, że jak to ja zdrowo nie żyję i że jak to się super po ćwiczeniach z rana nie czuję, na pytanie 2. bo człowiek tak się doskonale potem czuje… kiedy już wreszcie SKOŃCZY I ZALEGNIE W WANNIE Z PIANKĄ. najlepiej popijając piwko z pianką.
    (nie wiem, co mi jest, jakąś jazdę mam na pyffko ostatnio. to pewnie przez te upały)
    (no dobrze, jak skończę z tym Artaudem i Arrabalem to sobie zafunduję jakieś masakrycznie drogie buty. zmotywuje ?)

    a tu, obejrzyjcie sobie. mam słabość do odnawialnych źródeł energii, a ten filmik jest naprawdę dobry. tylko żabojad może mieć taki fizys i tak makabryczny akcent ;)


       

    wracałam w niedzielę z B, opóźnionym samolotem, a jakże, i marzyłam o wódce z kolą.
    wizualizowałam sobie, jak wejdę do mieszkania, rzucę bety na podlogę, luknę do szczyli, czy żyją, i pognam do lodówki w celu wódki z kolą skonsumowanej na rozgrzanym balkonie. bo przecież powinna być, pamiętam, jak dziś - butelka szopena.
    a jednak nie było. nie wyobrażacie sobie mojego rozczarowania, kiedy pośród żołądkówek, gold wasserów, połunówek, ukraińskich paprykowych oraz absolutów cytrynowych nie zidentyfikowałam ANI JEDNEJ polskiej czystej. ani nawet na pół kieliszeczka.
    normalnie życie straciło sens.

    wczoraj natomiast poszłyśmy z ktoto oraz blądyną na Jesus Christ Superstar. nawet miło było.
    oprócz tego, że akustyka do bani, Maria Magdalena bez wyrazu popylała w białych kozaczkach, Judasz był takim mało przekonującym dresiarzem, a Młynarski zdecydowanie powinien odpuścić sobie pracę tłumacza, to było kul. a, jeszcze choreograficznie było bidnie, i ewidentnie aktorzy podeszli do spektaklu na odwal i nawet się przed nim nie rozciągnęli.
    a poza tym przez pierwszą część słyszałyśmy, że śpiewają, i to chyba nawet nieźle, ale niestety – nie słyszałyśmy O CZYM ŚPIEWAJĄ. i jako bonus pan akustyk zapodał kilka pięknych sprzężeń – naprawdę, bardzo udane.
    w drugiej części już było lepiej – dzięki temu wiem, że Młynarskiego to ja zdecydowanie nie, a już jego szyć, gdy mu rymu zabrakło – zwłaszcza. żenada, żenade, żenua, jak mówią poligloci.
    ale poza tym kilka naprawdę dobrych głosów – Radek, oczywiście jako Judasz, fajnie blusowy Balcar w roli Chrystusa (właśnie wyczytałam, że on Dżemuje – znaczy dobrze mi się wczoraj pokojarzyło!) – fajny, mimo, że nawet nie podszedł do songu Chrystusa w Ogrójcu, niezły Jędrusik w różowym nazistowskim wdzianku jako Herod.
    kilka udanych scen, kiedy paplającą blądynę miałam ochotę słomianą matą przez łeb zdzielić ;) 
    ogólnie – całkiem sympatyczny pomysł na spędzenie poniedziałkowego kurturarnego wieczoru za friko. ale mam jednak nadzieję, że w teatrze trochę bardziej to wszystko jest dopracowane, bo jak na produkcję, która jest na afiszu już osiem lat, to wiecie. tak trochę cienko jednak. 

    natomiast absolutne odkrycie – Park im. Sowińskiego. zdecydowanie miejsce do wracania. zwłaszcza, że w lecie tydzień tydzień coś się tam dzieje.

    a ja muszę sobie wódkę kupić. no bo przecież jak tak, bez wódki? nie nada!

    do czego może służyć blog ?
    może do tego, by przypomnieć sobie jedyny dialog wszech czasów, w którym zupa mistrz ciętej riposty odpowiedziała w jedyny możliwy w danych okolicznościach sposób, i nie miała później myśli „a mogłam mu odparować tak i tak i dopiero by się nakrył uszami” ?
    a może do tego, by poprzypominać sobie, jakiego miałam stukniętego szczyla ?
    a może jeszcze do tego, by potęsknić za lataniem ?

    a może wreszcie do tego, by dać namiar na niego ABSOLUTNIE NIEPOWOŁANEJ OSOBIE w celu udowodnienia jej, że mimo, że może nie ślę do prasy dwóch komunikatów prasowych w miesiącu, a tylko jeden, to z pisaniem radzę sobie całkiem nieźle, i by otrzymać od niej w ramach wdzięczności majla „niestety nie mozemy zaprosic Pani do dalszego etapu rekrutacji” i „ktorzy profilem i doswiadczeniem lepiej pasuja do stawianych oczekiwan”.
    PFFFFF. to ja w ramach zemsty nie powiem im, że mają błąd na stronie internetowej. niech se radzą sami.
    PFFF.

    poza tym machnęłam sobie paznokcie u stóp na turkusowo. o.


    • RSS