zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 4.2008

    kaloszki wypastowane, sztormiaczek wisi na krześle.
    prawowity zapowiedział „piękny weekend” w pięknym miejscu

    (ale nic to, zuposzef pojechał na łódkę na Chorwację, drugiego dnia wpieprzyli się na skały. teraz siedzą gdzieś na brzegu w pensjonacie, i ziębi i leje)

    na imprezie, tej co to fakt opisał, po durnym konkursie, górol wręcza nam nagrody:
    - a paniusia to do Mandaryny cóś taka podobna. ciekawe jak tam ze śpiewaniem?
    - w tym też jestem do niej podobna
    .

    że sprzedawałam brzdącię. bo dostawałam firmową audicę (ech ta podświadomość).
    i zastanawiałam się, jak to rozegrać, wziąwszy pod uwagę, że ciągle jej na siebie nie przerejestrowałam.

    znaczy, że chyba czas udać się do wydziału komunikacji, nie ?

    zasadniczo to weekend był całkiem udany.
    tylko dlaczego przyszedł po nim poniedziałek ???

    obejrzałam chawirę laski one, zazdrość mię siekła po tyłku na widok tych idealnie dziewiczych ścian i podłóg, spoglądających na mnie zalotnie „no chodź, chodź, wymyśl nas, czekamy tu tylko na ciebie”, i siłą musiałam się powstrzymywać od pogłaskiwania ich czułego.
    ech, urządziłabym jaką łazienkę…

    poza tym odebrałam rower z mojego byłego mieszkania – lepiej późno niż wcale, prawda, sprzedałam je przecież w marcu – teraz muszę zainwestować w pompkę, bo na pobliskiej stacji mpt dmuchacza kół zlikwidowali, wyniosłam kozaki na strych, biegałam dwa razy i zjadłam z ktoto całkiem niezłą pizzę na wolnym powietrzu.
    a wczoraj wieczorem znalazłam w skrzynce TO. i teraz sobie dum-dum-dum-dumam. PRowiec winnicy…? mhm, jak dla mnie bomba

    niestety potem przyszedł poniedziałek i konieczność zaPITczenia. a tak było miło.

    ha!

    8 komentarzy

    pan Paweł zamontował karnisz.
    ZASŁONY, PRZYBYWAJCIE!

    jeszcze jednak taka noc, jak dziś, i autentycznie poprzybijam je za ogony do ściany.
    o godzinie drugiej nad ranem i po drugiej interwencji anty hałasowej, Gruba została karnie wyekspediowana do klatki.
    niestety, sankcję tę zastosowałam również wobec Isaury, i trochę mi wobec niej głupio teraz.

    mówię Wam, jakie z tego iPoda jest makabryczne gówno. normalnie członki mi od tego tak opadają, że nawet wykrzyknika nie mam siły postawić.
    drzewiej zmuszona byłam dziesięć razy do naprawy zanieść, bo houille* nie chciał zdjęć z aparatu importować, a został zakupiony jakby głównie w tym celu. przebojów z serwisem apla wolę nawet nie wspominać, bo mi qrva ciśnienie skacze. a ja naprawdę jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem. tylko tak wyglądam na awanturnicę.
    potem długo go nie używałam. bo po co.
    ostatnio stwierdziłam, że ułożenie list odtwarzania jest w nim prostsze, niż w moim mp3, i wróciłam do niego.
    i co ?
    houille sobie wymyslił, że SIĘ BĘDZIE BLOKOWAĆ. gra sobie gra gra, po czym w środku kawałka – CISZA. i qrva NIE MA SIŁY, która by go zmusiła do JAKIEJKOLWIEK reakcji. wisi dopóki mu się bateria nie wyładuje.
    i jeszcze mały pikuś, gdy blokuje mi się kiedy już po bieganku w ramach dobicia się na czwarte na piechotę wbiegam, jak mu się to razy kilka zdarzyło. gorzej, kiedy – tak jak wczoraj – gówno zacina się po 12 minutach… miałam ochotę trzasnąć nim o glebę i poskakać chwilę dłuższą, potem zebrać, machnąć o brukowaną ścieżkę, czynność skakania ponowić, po czym zebrać, doprawić młotkiem w domu, wyjść, wytarzać to, co zostanie w psiej kupie, wsadzić do koperty i wysłać do apla. nosz kurrrrrrrr.

    (bieganie o suchych uszach to nie jest moja specjalność, naprawdę.
    dokończyłam kółko i wściekła wróciłam do domu. a tak dobrze żarło.)

    a mówiłam, mówiłam, jak żabie na talerzu – jak już koniecznie chcesz na mnie taką kasę wydać, to kup mi lepiej jakiegoś biżuta. to się kurrrrrrrrrrrrrrrrr uparł.
    faceci to naprawdę. jak iPody. jak nie trzepniesz, to nie zajarzy.

    *houille, bo ma taką ładną, zbliżoną do docelowego słowa, wymowę.teraz już do końca życia zapamiętam, jak jest po fr węgiel kamienny.

    no dobra, wróciłam.
    najpierw był paryż – oczywiście lało i było paskudnie, a rozpogodziło się od razu jak tylko zaczęłam spotkania. na poziomie -1.
    ta.

    potem była impreza branżowa. działo się, oj działo. że nawet „Fakt” o nas pisał. takie dzielne som.
    zupełnie wyjątkowo nie poszukuję dawcy wątroby. ale to pewnie dlatego, że obydwa imprezowe wieczory spędziłam na odbieraniu telefonów od wybitnie upierdliwego Takiego Jednego, który jakoś nie wiem dlaczego wyobraża sobie, że po pięciu latach znajomości, jednym rozwodzie (jego), dwójce świeżych dzieci (również jego) i wielu litrach wspólnie w moralnej czystości wypitego alkoholu nagle z własnej nieprzymuszonej woli podam mu numer swojego pokoju.
    wiedziałam, że nagły awans mu się na umysł rzucił, nie przypuszczałam, że nagła degradacja będzie miała skutki jeszcze bardziej opłakane.
    drugiego wieczora wszakże, tak koło wpół do trzeciej, mój telefon zaczął odpowiadać męskim głosem. po dwóch trefnych dzwonkach upierdliwiec się odupierdliwił. oraz zniknął z pola rażenia. a zupa wróciła na parkiet, po którym chłopię na ręcach ją nosiło (muszę schuść trochę, bo coś mu podnoszenie ciężko szło).

    a w sobotę zamówiliśmy wreszcie absolutnie podstawowy element wyposażenia mojej sypialni – grube, mięsiste, podwójne ZASŁONY.
    przyrzekam – Wy nie chcecie wiedzieć, ile kosztowały, ja nie mogę się doczekać, kiedy dotrą.
    wtedy zorganizuję sobie całkowite zaciemnienie, szczury gwoździkami do ściany przybiję, i MOŻE WRESZCIE SIĘ WYŚPIĘ.

    wiosenną plażę w mojej sypialni


    no i szynszyle – c.d.
    jak to leciało ? „wyżej się nie da, powtarzam: wyżej się nie da”


    a jakby ktoś nie zauważył – to mamy piątek.

    jakiś czas temu któryś z szanownych czytelników wyrażał zainteresowanie prezentacją szynszylopokoju.
    po długich namysłach postanowiłam odpowiedzieć pozytywnie na wyrażone zapotrzebowanie, i poczyniłam w tym celu pewne ruchy, a mianowicie zrobiłam zdjęcie pokoju „przed” – w domyśle inwazją szynszyli – a ostatnio – „po” -tejże.
    niestety, w dniu dzisiejszym, gdy wreszcie poczułam, że jestem psychicznie gotowa na taką ekshibicję, okazało się, że zdjęcia „sprzed” WYPAROWAŁY.
    w związku z tym obejrzycie Państwo li i jedynie zdjęcia „po”.
    ale żeby Was przygotować psychicznie na ten wstrząsający widok, najpierw odrobina Grubaśnej w jej popisowych numerach:
    1. Gruba tańczy na… TFU! W! w rurze. GRUBA TAŃCZY W RURZE


    oraz 2. Gruba normalnie POŻERA książki


    a teraz chwila prawdy i otrzeźwienia dla tych, co marzą o szynszylach.
    włala :

    oraz :

    to co, może po szynszylku ?

    ja nie wiem, jak to jest, że normalnie ksiażki połykam w dwa – trzy dni, a nad głupim „theatre et son double”, co liczy jakieś bidne 230 stron siedzę już trzeci tydzień. czy ktoś może mi to jakoś przystępnie wytłumaczyć ?

    kupiłam sobie pościel w bxl. białą w czerwone kwiatki.
    jest coś perwersyjnego w kupowaniu ikeowskiej pościeli za granicą, nie sądzicie ? za każdym razem mam taką myśl, gdy tarabanię się z tymi dodatkowymi 2 kg w walizce. ale co ja poradzę, że nasza lokalna ikea rozmiaru 220×240 – który jest jakby normą zagramanicą – nie uznaje.
    zatem kupiłam sobie tę pościel – białą w czerwone kwiatuszki, przypominam - po czym wypatrzyłam zdjęcia plaży wiosną.
    wiecie – blade wydmy, chłostana wiatrem wypłowiała trawa, wieża widokowa za mgłą – i całkowicie zmieniło mi się spojrzenie na moją sypialnię : zen, tylko zen.
    tylko sypialnia w kolorach wiosennej plaży zapewni mi spokojny sen nocą.
    howgh.


    • RSS