zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 3.2008

    zawsze chciałam być jak Lara Croft.
    niestety, życie nie spowalnia w odpowiednich momentach.
    no i nie mam wielomilionowej oglądalności.

    uj

    11 komentarzy

    no dobrze, powiem Wam. trochę boli mnie głowa.
    starość nie radość.

    opowiem Wam taką historyjkę.
    był sobie pan. pan miał łeb jak sklep i w związku ze związkiem bardzo wysokie mniemanie o sobie. ale takie wiecie, bardzo bardzo bardzo wysokie. takie naprawdę bardzo bardzo. wysokie.
    pan był szefem pewnej zagramanicznej firmy w Polsce. takiej dużej dużej dużej firmy. naprawdę dużej. w Polsce miała taką dużą fabrykę co produkowała dużo jednego produktu. tak naprawdę dużo. i zaopatrywała w ten produkt duży kawałek Polski. naprawdę duży.
    firma ta miała swoją siedzibę na południu Polski. i w pewnym momencie stwierdziła firma – a może otworzymy biuro w Warszawie. bo tak, bo by się przydało, bo w związku z.
    no więc pan zaczął szukać w Warszawie. biura w sensie.
    pan odrzucił przyjacielskie propozycje wprowadzenia się do lokali firmy siostry – bo stwierdził, że on nie chce być piętro nad swoją konkurencją, a w ogóle to lokale firmy siostry są be, bo nie są w biurowcu klasy A i nie mają klimy. oraz marmuru na ścianach i złoconych klamek. nic to, że miała rewelacyjną lokalizację.
    zatem pan szukał.
    pan szukał długo i intensywnie, bo rynek niewielkich biur (a on chciał metrów 250 – 300, a nie 3 000) w Warszawie trudny jest, i w końcu znalazł.
    znalazł idealną miejscówkę, budynek a klasy, nówka sztuka, ślliczniusi.
    pan uzyskał wszelkie błogosławieństwa i pozwoleństwo na podpisanie umowy.
    cały zadowolony i dumny z siebie, podpisał w styczniu umowę wstępną, umowę właściwą miał podpisać z końcem lutego.
    firma siostrzana, która do tegoż biura również miała się wprowadzić, przygotowała ładny papierek pt. wymówienie najmu lokalu w celu wysłania go w chwili po ostatnim pociągnięciu pióra, i na niusy czekała jak na drożdżach.
    życie było piękne a niebo błękitne.
    a potem 28go lutego pan zadzwonił do siostrzanej firmy.
    z gorącym niusem.
    że umowa została podpisana.
    tylko – jak by to Wam tu powiedzieć ? – z tak trochę innym najemcą…
    a pan – ten zez łbem jak sklep i wyobrażeniem o sobie jak stąd do Kilimandżaro – nie wpisał w umowie wstępnej żadnej klauzuli zabezpieczającej jego interesy. no bo po co, nespa ?

    więc teraz szuka pan nowej lokalizacji. ostatnio wymyślił Domaniewską.
    nie ma to jak super miejscówka, prawda

    no i tak. na dobranoc, i odpoczynek od Artauda, pozwalam sobie na czytanie… Ewangelii, tak.
    wszystkich po kolei i po francusku.
    po czym śnię koszmary, jak nie ja. i to takie, że boję się potem zamknąć oczy.
    a szare gnojówy dały dziś w nocy takiego czadu, że myślałam, że je przerobię na mankieciki.

    święta się odbyły, strat w ludziach nie odnotowano.
    a potem przyszedł wtorek. wtorek-pierdołek, i znowu do roboty.
    co za życie.

    obejrzałam sobie najświeższą bratanicę – jeszcze pachniała nowością.
    a potem przyśniło mi się, że ktoś mi powierzył pod opiekę bliźniaki, takie malutkie, maleńkie, jak lalki barbie, a ja wzięłam i jednego gdzieś zgubiłam, i nie mogłam znaleźć.
    i dziwić się, że siostra k. mówi, że ja jestem „taka w ogóle nie macierzyńska”.
    pf.

    i tego, powiem Wam coś. w tajemnicy. szukam sobie pomysłu na siebie, i coś nie mogę znaleźć.

    kocham moją nową wagę, kocham moją nową wagę, kocham moją nową wagę !!!
    moja nowa waga, oprócz tego, że jest śliczniutka i chudziutka, to jeszcze waży, analizuje skład ciałka (ponoć wysyła w tym celu impuls elektryczny, choć w ogóle tego nie wyczułam) i – w zależności od wieku, wzrostu i prowadzonego trybu życia – wali wagową prawdą bez ogródek między oczy.
    i wiecie, co mi powiedziała dziś rano ?
    że (mimo zimowych +5kg) i tak jestem w dolnym rejestrze normy, że tłuszczu mam dużo poniżej normy, za to mięśniów powyżej!!!
    i jak tu jej nie kochać ???

    kocham moją nową wagę kocham moją nową wagę kocham moją nową wagę !!!

    PS. po Verze zostało ledwo wspomnienie
    dwie kupy gruzu
    co więcej – nie wiem!




    Szanowni Państwo, powitajcie panią miszczynię.
    oto wczoraj zadzwoniła do mnie pani z medi-tfu! – itakdalej oznajmiając mi, że, niniejszym w wykonanych przeze mnie krwi badaniach wyszło, że – TADAM – mam za dużo żelaza.
    słyszeliście Państwo coś takiego???  ZA DUŻO ŻELAZA. nomyślałbykto.
    koleżanka ds wyciągnęła od razu informację, że to w związku z przewlekłym alkoholizmem się tak dzieje, a ja postanowiłam otworzyć kuźnię. bo trzeba kuć żelazo póki gorące, nie ?
    a w końcu zupa, jak to dziewczyna jest – acha acha – gorąca…

    i w ogóle coś Wam jeszcze chciałam powiedzieć, ale zapomniałam.
    przypomnę tylko, że od godz. 6.48 mamy wiosnę, a ta śnieżyca za oknem to tylko fatamorgana.

    tak, posucha tytułowa.
    i tak w ogóle posucha na wszystko.
    dobrze chociaż, że truskaffka krem dostarczyła a pan od sprzątania wypucował mieszkanie i ciuchy poprasował. mam co na d założyć.
    (tak, mój wściekły feminizm tarza się w szampanie i kwiczy z przyjemności)

    będąc młodą lekarką albo w zeszłym tygodniu wew żabolandii, wybierzcie sobie co chcecie, natrafiłam w telewizjerni na Californication, z Duchovnym. w sensie z Davidem D, nie z księdzem. i – BOŻE!!! – powiedzcie mi  TERAZ ZARAZ NATYCHMIAST!!! gdzie ja to mogę w Pl upolować??? albowiem motyw dowgłębnie zepsutego cynicznego gościa, który bzyka, co się rusza, po czym okazuje się, że to, co się rusza jest akurat córką przyszłego męża jego byłej laski, którą to chce odzyskać i z którą również ma córkę, która odwiedziwszy go w domu krzyczy „tatoooo, a co w twoim pokoju robi naga kobieta??? ona ma łysy wzgórek łonowy, czy na pewno jest zdrowa???”, no więc ten motyw – a przy okazji to wcześniej wymienione wszystko ma lat 16 i w momencie tego, no wiecie ten, przywala mu fagę w limo – zdecydowanie do mnie przemawia i ja ZDECYDOWANIE pragnę się uzależnić od tego serialu, choćby go nawet puszczali z niedzieli na poniedziałek o 2 nad ranem trzy odcinki z rzędu.

    tako rzekłam, howgh.

    w ten łikęd zaliczyłam jogging mojego życia.
    najpierw plażą, piasek był ubity i był odpływ, skakaliśmy pomiędzy pozostawionymi przez morze kałużami
    potem wzdłuż zatoczki, od której dzieliła nas łąka
    potem lasem, pachniało sosnami
    ponad godzinę, było cudownie.
    a potem poszliśmy do fryzjera, który miał w witrynie żywe kurczaczki i specjalizował się chyba w trwałych i farbowaniach na rudo pań w, mhm, mocno podeszłym wieku – czesała mnie najmłodsza z fryzjerek, i powiem Wam szczerze, że nawet ja sama siebie lepiej czeszę. ale nie śmieję się przy tym perliście i uroczo, nie mam dołeczków w policzkach i apetycznie zaokrąkglonych bioder. no i nie mogę powiedzieć do pani obok ”mamo”…

    *a film strasznie chciałabym zobaczyć

    normalnie ten kurduplowaty oszołom przekracza wszelkie granice. ja naprawdę nie wiem, co on ma w tym paskudnym łbie. i chyba nie chcę wiedzieć.
    zresztą, mój musk wyżarty przez pornosy piwo i – pan prezes zapomniał dodać – marychułanę i tak by tego nie zrozumiał.tia.

    a tak już było miło. wstałam o 6.20, Grubą wytrzęsłam z rury w miarę bezkolizyjnie, spakowałam walizkie, pojechałam do sądu hipotecznego, odpis za pięć stów miesięcznie załatwiłam w pół godziny (wierzcie mi, to jest doskonały czas), i do tego szef zadzwonił z niezłą informacją…

    trzeba to oblać. najlepiej piwem, przy jakim dobrym pornosie.

    dobrze, zdarzyło mi się pójśc na gimnastykę bez butów sportowych. ale zawsze można ćwiczyć na bosaka, nie. albo bez zapasowego stanika. ale w końcu – do to dla mnie, jak wykazałam dobitnie dwie notki niżej.
    ale BEZ SPORTOWYCH SPODNI ???

    brawo dla tej pani. stawiła się w fabryce o 7h50.
    ostatni raz zrobiła to w 1999 roku, i wtedy ją do tego zmusili.

    na ten nowy tydzień ?
    w piątek z blądyną se obejrzałyśmy jeden z najzabawniejszych filmów świata – Mr and Mrs Smith. uśmiałam się jak tchórzofretka, już zapomniałam, jakie to śmieszne było.
    poza tym uczyniona została sesja zdjęciowa szarych wariatek, oraz tyłka blądyny, bo jakoś tak się skłąda, że tylko to wystawało ponad szynszylową rurę.
    włala, oto rezultaty

    Isaura

    i Gruba

    oraz tyłek blondyny…

    no dooobra, nie będę już taka, tyłek blondyny zachowam dla siebie i jej narzeczonego.

    w sobotę wpadłam na pomysł, coby lumpiatej film kupić, i ja Wam mówię, EMPIK TO DZIEŁO SZATANA. wyszłam stamtąd z czterema filmami, dwoma płytami oraz „promocyjną” czekoladą. NIENAWIDZĘ ICH. niech zginą sczezną niegodni, a kysz, a kysz !!!

    za to potem przypomniałam sobie, że się zobowiązałam, że wystartuję w maju w biegu naftowym, i że ten maj to już kurcze tak trochę już za chwileczkę, już za momencik, a tu kondycja leży, nie mówiąc o treningu prędkościowym… no dobrze, przyznam się. kopyta mnie bolą do dziś. ałłła. a to było niecałe pół godziny! makabra normalnie.
    poczem z przyzwyczajenia wracając wbiegłam se na piechotkę na trzecie piętro, ale zjechałam do siebie już windą. w końcu nie będę się przemęczać przed imprezą, nie.
    bo potem, tak się złożyło, że lumpiata organizowała sytpę po swoich młodych latach ;) i z bólem (moja wredna dusza wije się w mękach) muszę przyznać, że było całkiem miło, i że poczyniłam pewne blogo-odkrycia.
    no dobrze. pewne blogo-odkryciE. które zaskoczyło mnie niesamowicie (sam człowiek nie czuje…) oraz podłożyło ogień pod lumpiatej chatę, niestety nieskutecznie. a już tak się zaczynało robić miło. stłuczone szkło, ogień w sałatce… echhh ;)

    w niedzielę wizytacja w Koniku Nowym – dwa lata już, jakby nie było… głupia jestem, wiem. zryczałam się znowu jak bober.
    a dziś rano odbiór zawiadomienia z poczty – moje mieszkanie stało się dumnym posiadaczem księgi wieczystej. co dla posiadaczki posiadacza przekłada sie na – tadam – pięć stów miesięcznie mniej za absolutnie lichwiarskie ubezpieczenie pomostowe.
    będzie na jakie nowe buty


    • RSS