zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 2.2008

    efektem wizyty panów asterowców jest bezpłatne HBO i Canal + przez miesiąc. innymi słowy – sprawa z gatunku tych beznadziejnych. wczoraj przegapiłam niestety dom nad jeziorem, nie przegapiłam za to niestety, malowanego welonu. i że tak powiem, mhm. no tak. melodramacik z pretensjami, historyjka banalna – pan kocha panią, pani nie kocha pana, ale za niego wychodzi zamąż, coby od matki uciec, po czym go zdradza, po czym on się wyżywa – i tylko zdjęcia ją trochę ratują, ale tylko trochę. niestety nie robi tego Edziu Norton – chyba już dawno nie miał czegoś tak mdłego do grania, nawet w keep the faith miał ciekawsze wyzwanie.

    a potem śniło mi się, że szłam na przystanek koło KULu, a przystanek ten mieścił się na Kopińskiej, i wściekałam się, dlaczego tak daleko od przystanku sobie mieszkanie kupiłam. kawał czasu nie miałam już snów o mojej drogiej uczelni. mhm. powiedziałabym nawet, że ten był Tym Pierwszym…

    ale to może dlatego, że poświęciłam się wczoraj wieczorem, i poszłam do fryzjera ! i – tadam! – odkryłam fryzjerkę mojego życia. ktoto od razu zapytała, czy się z nią ożenię, bo o dobrą fryzjerkę trudniej, niż o dobrego kochanka. i wiecie co. muszę się nad tym poważnie zastanowić.

    właśnie kupiłam wódkę z róży, za jedyne 180 złociszy. na prezent, niestety. walczę z pokusą, by ją wypić. jest przepyszna.

    no i znowu nie wytoczyłam się do fryzjera. najwyraźniej jest to ponad moje siły.

    w sobotę przyszli do mnie panowie z Astera, instalować mi trzy w jednym, znaczy net tel i kablówkę. mieli siedzieć 30 – 40 minut, wyszli po dwóch godzinach i trzydziestu minutach, po drodze zasyfiając mi mój jasny parkiecik na maksa, demolując lampę i wysadzając korki. bo panu jednokrotne przywalenie łbem w nisko wiszącą lampę (tam kiedyś będzie stolik, no co), pod którą i tak przezornie postawiłam stoliczek ikeowski, tak właśnie, coby to miejsce omijać, najwyraźniej nie wystarczyło. musiał se poprawić. jak se poprawił, to poszła linka od lampy i prund w całym mieszkaniu.
    drugi pan natomiast zalegiwał swoim śmierdzącym (niewątpliwie) tyłkiem na mojej pięknej kanapie i służył głównie za dekorację (średniej jakości).
    normalnie myślałam, że się rozpęknę ze złości. ale była taka piękna pogoda. więc tylko odgruzowałam pobojowisko i wzięłam długą kąpiel przy błękitnym niebie.

    a w niedzielę poszłam do almi decor po wazon, co to mi go pan Paweł stłukł, i – oczywiście – kupiłam kieliszki do wódki.
    wazonu nie było. no bo po co, prawda.
    a p.Paweł będzie musiał polatać po innych almidekorach. i dobrze mu tak, było nie tłuc. o.

    a to włala, zdjęcie pt. I don’t like red colour, I love it ! na znaną muzyczkę reagge

    pod notką poniżej pojawiły się pewne naciski. ulegam im z pewną przyjemnością.
    włala, na zdjęciu poniżej – moja nowa suszarka do sałaty, czyli koleżanka lewaloff jest genialna i czyta w myślach – poprzednia mi się rozpękła jakieś 2 tyg temu i nie mogłam się zebrać do zakupu nowej.

    photo of the day 13.02.2008 : TADAM !

    i photo of the walentynki czyli niech żyje miłość prawie-lesbijska :

    ja w cukierkach,  Isaura w futrze z szynszyli i ręka Fatmy dla spostrzegawczych

    (ciekawe kiedy wreszcie pójdę do fryzjera…)
    (moja wątroba powoli się regeneruje. wory ciągle na miejscu.)
    (w sumie to dobrze, bo muszę iść dziś na zakupy. mogę sobie pozwolić na zapomnienie o eko-torbie.)

    ja chyba muszę zacząć inaczej do siebie mówić. bo to chyba jest kwestia mojej wrodzonej przekory.
    ja sobie od dzisiaj powinnam mówić „zupa, od dziś imprezujesz tylko w tygodniu”, może wtedy przestanę.
    (zawsze jest ryzyko, że akurat TYM RAZEM przekora pójdzie w pobliskie krzaki, tak)

    dzień dobry Państwu, dlaczego mój budzik TAK GŁOŚNO dzwonił dziś ???

    i mimo, żem niewyspana i wory pod oczyma mam pod pachy, a w moim wieku to już nie wygląda, zastanawiam się, czemu takich babskich wieczorów, z tą właśnie babą, nie organizujemy sobie częściej.

    poza tym przyszedł z truskawy prezęt dla Mamy na poprzednie Boże Narodzenie – trop cool, jak to mówią Francuzi.
    a jutro może wreszcie pójdę do fryzjera.
    a, i pan Paweł zabrał mi wreszcie jaccuzzi z balkonu. teraz już nie będę mogła powiedzieć „no, i jak będziesz iść tą uliczką, to patrz na balkony na pierwszym piętrze budynku po prawej. ten najbardziej usyfiony to MÓJ”.
    ech, chyba czas i samochód umyć…
    zmiany, panie dziejku, zmiany…

    szynszylej d – czyli jak Isaura wygląda od tyłu

    (szmata nie charakter, w ramach pierwszej fazy wpieprzyłam znowu pół farmerskiego chlebka ze srem i ogórem.
    a, mówiłam Wam, jakiego sesesmana wysłałam kiedyś do internetmana ?
    dumna jestem do tej pory.
    leciał on tak :
    szczyt rozrzutności w wykonaniu samotnej kobiety? zrobić sobie KANAPKĘ Z OGÓREM)

    z samego rana, koło wpół do dziesiątej, gdy udawałam sie do pracy na dziewiątą, rozwyta karetka zepchnęła nas z bitwy wszawskiej, przy skrzyżowaniu z grójecką. wszyscy grzecznie podwinęli rury wydechowe, i zjechali na boczki, bez dyskusji. karetka powyła jeszcze przez chwilę w banacha, dla zachowania pozorów, po czym spokojnie, bez obciachu, wyłączyła wyjca i wjechała w żwirki i wigury.
    nosz q. następnym razem im nie ustąpię, jak babcię w kapcie !

    natrafiłam na piękną pogodę i w paryżewie

    (szkoda było na spotkaniach siedzieć, serce do słońca się rwało)

    i w bxlu

    i w związku z tym poszliśmy wczoraj pobiegać.
    bOsHe mój… po głupich piętnastu minutach miałam wrażenie, że za chwilę moje biedne płuca będą, tłumnie na spacer wyprowadzone, okoliczne pieski zbierać. DOKĄD, ja się zapytuję, DOKĄD ??? POSZŁA MOJA FORMA ???

    poza tym w środę nagle zorientowałam się, że znika mi hotel vera…

    a dziś znów poniedziałek.
    i czekolada z lawendą rules.

    od pilatesa boli mnie wszystko, a od wczorajszego wieczora głowa.
    zupo miła, ileż razy mam ci powtarzać – nie imprezuj w tygodniu, no ILE ???
    ale prosz – lumpiata się oszczędzała, to ma dziś 38,5′ gorączki. znaczy – jest jakaś sprawiedliwość na tym świecie.

    poza tym jadę dziś do paryżewa, prawda ?
    to przecież oczywiste, że musi być strajk. i na wylocie – na Okęciu, i na przylocie – paryscy taksówkarze ponoć w ramach strajku zablokowali wszystkie dojazdówki do lotnisk. bajka po prostu.

    ale za to mam komodę, wygląda bardzo pięknie i nie nadziałam się na nią wróciwszy do domu w stanie nadziewalnym, innymi słowy - nie zawadza

    (tak, te tulepany to takie dyżurne są, tak naprawdę to one są plastikowe)

    …skoro mam pana Pawła ?

    i mogę sobie do niego zadzwonić z rana :
    - dzień dobry panie Pawle
    - a dzień dobry pani zupo
    - jest pan dzisiaj u mnie ?
    - aaaa… miałem być ?
    - nooo, miał pan blat zaimpregnować, czerwoną ścianę podmalować, cośtam jeszcze podokańczać…
    - a, no wie pani, no rzeczywiście, ale to nie dzisiaj, to w środę bym zajrzał
    - aha. no szkoda. bo wie pan, zapomniałam zmywarki włączyć, myślałam, że pana o to poproszę.
    - a to nie ma sprawy pani zupo, ja podjadę i ją włączę. może i śmieci trzeba wynieść ?

    no? i po co mi mąż ?

    to była idealna sobota. obudziłam się, kiedy się wyspałam, odsłoniłam żaluzje i popatrzyłam w szare niebo.
    zrobiłam sobie zieloną jaśminową herbatę, owinęłam się w czerwony puchaty szlafrok, włączyłam sobie Malpais i zaległam na kanapie. bez książki, bez gazety, za to ze wzrokiem w szarym niebie.
    po dłuższej chwili ruszyłam się, by odgruzować mieszkanie i się wykąpać.
    przed szesnastą dotarły umówione na czternastą koleżanki – płynnie wpisały się w leniwość tego dnia.
    wyszły po dwudziestej, a ja nieczuła pozostałam na zaproszenia na ostatki – Arsene Lupin, druty i dwie szare wariatki, to było to, czego tego wieczora pragnęłam najbardziej.

    (dla odmiany w niedzielę ktoto ściągnęła mnie z wyra po dziewiątej, że niby zjeść śniadanie, i przegoniła przez miasto. odpuściła mi dopiero przed szesnastą, i tylko dlatego, że już na nogach się słaniałam.)

    Pan Paweł pomalował mi łazienkę.
    co o tym sądzicie ?


    • RSS