zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 1.2008

    i znowu poszłam imprezować w środku tygodnia. przyrzekam, ja się chyba nigdy niczego nie nauczę.
    znowu dałam się dziecięciu wyciągnąć. „na drinka”, wiecie. a w Tygmoncie drinki mają baaaardzo kororowe, hep. i nie oszczędzają na alkoholu, hep.
    było bardzo miło, po czym skończyło się niezabardzo miło – ale w tem temacie chyba równiez nigdy niczego się nie nauczę, naiwność moja mnie kiedyś wykończy.
    przy okazji okazało się, że obudzona w środku nocy mówię wyłącznie po francusku, przejście na polski wymaga niebagatelnego wysiłku. czyżby oznaczało to, że jestem skazana na żabojadów w moim łóżku ?
    STRASZNE.

    poza tym zapomniałąm Wam się pochwalić, ale – tadam – przy niewielkiej pomocy przyjaciół dorobiłam się najdroższego pieska nowoczesnej Europy. nawet ładny jest i mięciutki, aczkolwiek nawet z bardzo daleka nie przypomina tego, czym niby miał być.
    no i teraz leży na krześle w sypialni, i nie wiem, co z nim zrobić. gdyby żył Róziek, to bym mu go dała, żeby go sobie bzyknął. niestety w obecnej sytuacji będzie musiał pozostać taki… seksualnie sfrustrowany.

    ajjj, moja głowa

    PS. i znów tłusty czwartek. no kto wpadł na pomysł, żeby tłusty czwartek wypadał w styczniu, no kto ???
    pod Bliklem znowu kolejka, jakby tam co najmniej piździonki z brylantami za dwa pięćdziesiat sprzedawali, pf.

    no

    11 komentarzy

    nienawidzę mojego konta, i obawiam się, że ze wzajemnością.
    karty kredytowe na mnie plują i zieją ogniem.
    bilet pociągowy 2 klasy na trasie Paryż – Bruksela, w jedną stronę, jest droższy niż lotniczy w tę i z powrotem Wszawa-Bruksela.
    zamówiłam wczoraj w Almi Decor wypasioną komodę, a teraz mam stresa, czy mi nie zawali połowy korytarza, bo zołza ma 55cm głębokości, zamiast, jak przyzwoita komoda, mieć tych centymetrów 40. 

    a sobotę oglądałam najbardziej łzopędny film ostatnich czasów : Motyl i skafander. nie jest to arcydzieło kinematografii europejskiej, nie będę Wam ściemniać, ale poruszający jest. i zmusza do myślenia i zadawania sobie niewygodnych pytań o jakiś uwierający w tył głowy sens życia versus pogoń za nową komodą czy dżinsami od trussardiego, dla przykładu. że wiecie, że po co mi to wszystko, kiedy moje życie w pół sekundy może się tak diametralnie zmienić, że nawet sobie tego nie jestem w stanie wyobrazić. i żadna komoda, żadne dżinsiki, żadne nowe buty nie poprawią samopoczucia mi wtedy samopoczucia.
    (a nie mówiłam? że niewygodne? przecież to się w głowie nie mieści, żeby nawet nowe buty…! wolę tego na głos nie mówić, bo sama się za bluźnierstwo ukamieniuję!)
    poza tym jest pięknie, absolutnie pięknie zrobiony, i jesienne i zimowe morze rozwala mnie jak zawsze. i nawet Emmanuelle Seigner nie jest taka drętwa, jak zazwyczaj.

    tulipany mi zdechły, wstawiłam więc coś bardziej długowiecznego.

    wiecie, nie wiem, czy o tym pisałam, ale będąc młodą studentką, mieszkałam kiedyś na stancji u Hrabiego.
    takiego prawdziwego, czystego, żywego Hrabiego, świętej pamięci już zresztą, do którego przed wojną należało pół Lublina (w każdym razie Sławinek był jego, a on sam urodził się w tym dworku, co jest w ogrodzie botanicznym, dworkiem Kościuszki bodajże go zwą obecnie, choć Kościuszko jedyne co tam zrobił, to papu i siusiu, czy coś w tem guście). Hrabia był człowiekiem z charakterem, oczywiście. przy mnie to się krępował, ale Eks opowiadał, jak to tuż po wojnie Ruskie za butelkę wódki dały się do wozu zaprzęgać, i go na Krakowskie Przedmieście woziły, i jakie to wiejskie dziewczyny uda miały jak Jagienka z Krzyżaków, i cyce takoweż, w niedopowiedzeniu pozostawiając kwestię – że skąd niby Pan Hrabia znał takie historie.
    tuż po wojnie, a zanim go nasza jedynie słuszna komunistyczna władza z majątku wysiedliła i nawet zbliżania sie do tegoż zakazała. wywłaszczyli go dekretem rolnym.
    Hrabia wrócił na swe ziemie w latach siedemdziesiątych, bodajże. łaskawie pozwolili mu kupić spłachetek jego własnej ziemi. postawił na nim dom-klocek i robił karierę aktora. żona mu się pochorowała, z córką się pokłócił, gdy zdecydowała, że wychodzi za mąż za faceta starszego od niego. całe piętro klocka odnajmował studentkom, do domu, w którym się urodził, nigdy nie zajrzał, a i ziemi po ’89 odzyskać nie mógł – bo dekret rolny. to, że teraz tam dom na domu stoi znaczenia większego nie miało.

    (a to wszystko dlatego, że wczoraj w rozmowie z qq przypomniałam sobie, że Hrabia miał psa – pięknego wielkiego doga niemieckiego, którego nazwał… BUREK. a ona mi opowiedziała o innym dogu, co się nazywa… PIMPUŚ. i o maleńkim yorku ochrzczonym KILLER.)

    poza tym włala, od wczoraj zuppenhaus nareszcie jest prawdziwym hausem – zaposiadłam wycieraczkę mojego życia :

    dziś podobno najgorszy dzień w roku (jak każdy poniedziałek. no i piątek.)

    mnie natomiast, od kiedy odkryłam kąpiel o zapachu kadzidła i mirry i przy świecach (czyli od wczoraj), zupełnie zmieniło się spojrzenie na świat…

    (proszę nie zwracać uwagi na pozostałości przemocy małżeńskiej z czasów byłego właściciela na drzwiach ;) tam będzie LUSTRO)

    zupełnie nic się nie dzieje zabawnego w moim życiu.
    no dobrze, we wtorek przyszła ecik z mężem i przywlokła blądynę z narzeczonym. oraz wielki talerz domowej roboty sushi :) mniam
    i zważyliśmy komisyjnie szare wariatki.
    Isaura waży pół kilo, a Gruba – jak to Gruba – sześćset gram.
    w ogóle mam wrażenie, że Isaura mi schudła. i mam kilka teorii:
    1. Gruba nie dopuszcza jej do jedzenia (ale jest w niezłej formie, ciekawska i stuknięta bardziej, niż była)
    2. Gruba ją gania po ścianach, więc chudnie od codziennych ćwiczeń
    3. dodatkowe metraże do szaleństw ją zachęcają, więc chudnie sama z siebie, bez złośliwej interwencji Grubej małpy.
    no i nie wiem.

    poza tym z wiosny za oknem nagle się zrobiła obrzydliwa jesień, i ja się NIE ZGADZAM proszę państwa. bo ja muszę na Łęczyny na pocztę jechać, bo truskawka mi wreszcie perfumy dla mojej mamy na ubiegłe Boże Narodzenie dostarczyła (no dobrze, wiem, że to nie wina truskawki tylko poczty, niekoniecznie polskiej) i oczywiście cło je shaltowało, i w celu dojechania tam (przed robotą – oni tam kończą o 15.30, oczywiście, więc moje „po robocie” jest absolutnie nierealne) muszę wstać WCZEŚNIE RANO, a jak mam to zrobić, jak akurat NIE MAM SIŁY na wstawanie wcześnie rano, bo leje i jest szaro i ohydnie, a za oknem stoi mi jakiś dziwny make-up trans i przewoźny agregat prądotwórczy (normalnie film mi na osiedlu krencom, czy co???), no więc jak ja mam tam dojechać, NO JAK ?

    a wiecie, jak rozpoznać zupowóz na parkingu blu szity ?
    to ten NAJBRUDNIEJSZY.
    (ale jak ja mam jechać ją myć, kiedy pogoda jest jak patrz wyżej ? )

    bessensu, panie dziejku, bessensu.
    i w dodatku raport na piętnastego, prawda.

    vqrvia nieziemsko, jak ktoś korzysta z Waszego kubeczka w robocie ?
    stoi w szafce qrva tabun ustandaryzowanych kubków + x kubków niestandartowych, co je z różnych targów poznosiliście (i nawet nie wszystkie są ohydne!), a ten – facet, w dodatku – sięga OCZYWIŚCIE po Wasz ukochany kubeczek W KWIATUSZKI.
    qrva, mam ochotę przegryźć tchawicę, wypruć bebechy i obciąć głowę przy samej d.
    grrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr

    W istocie rzeczy, nie ma nic bardziej przykrego, jak być na przykład bogatym, pochodzić z porządnej rodziny, mieć przyjemną powierzchowność, być dosyć wykształconym, niegłupim, nawet dobrym, i jednocześnie nie posiadać żadnego talentu, żadnej cennej właściwości, żadnego nawet dziwactwa, ani jednej własnej idei, być zdecydowanie „takim, jak wszyscy”. Majątek, owszem, jest, ale nie rotszyldowski; rodzina zacna, ale niczym się nieodznaczająca, powierzchowność dosyć przyzwoita, ale nic nie mówiąca; wykształcenie solidne, ale nie wiadomo, jak je wykorzystać; rozum, owszem, jest, ale bez w ł a s n y c h   i d e i; serce niezłe, ale bez odrobiny szlachetności itd., itd. we wszystkim. Takich ludzi jest na świecie ogromnie dużo, i nawet o wiele więcej, niż się wydaje; dzielą się oni, jak i wszyscy inni ludzie, na dwie główne kategorie: ograniczonych i „znacznie mądrzejszych”. Pierwsi są szczęśliwsi. Zwykły człowiek „ograniczony” z łatwością może sobie wyobrazić, że jest niezwykły i originalny, i cieszyć się z tego bez najmniejszych wahań. Niektórym z naszych panien wystarczyło przystrzyc włosy, założyć granatowe okulary i nazwać się „nihilistkami”, żeby natychmiast nabrać pewności, iż założywszy okulary niezwłocznie uzyskały wlasne „przekonania”. Wystarczylo komu innemu rozniecić w swoim sercu trochę jakiś innych, jakichś ludzkich uczuć, żeby natychmiast dojść do przekonania, że nikt nie jest tak wrażliwy, jak on, że jest pierwszy na niwie powszechnego rozwoju. I wystarczyło jeszcze komuś zaakceptować jakąkolwiek myśl albo przeczytać stroniczkę czegoś bez początku i końca, żeby od razu uwierzyć, iż są to „jego własne myśli”, zrodzone we własnym mózgu.

    Fiodor Dostojewski „Idiota„, Puls, 1992, pp. 488-489

    moje zdrowie, Szanowni Państwo

    mimo wszystko

    od paru dni koleżanka ds dziwnie mnie maglowała w temacie a jak cię nie ma w biurze, to co się dzieje z poleconymi? i najwyraźniej odpowiedź, że najczęściej muszę sobie po nie pójść na pocztę, ale często mi się nie chce i postępuję zgodnie z regułą, że „jak ktoś chce coś nam przysłać, to pośle raz jeszcze jej nie satysfakcjonowała.
    w końcu dziś rano wyznała, że ona by jednak pragnęła, żebym ja się udała na pocztę w celu odbioru tego awizo, co to je dostałam jakiś czas temu. ha – haaa ! zakrzyknęłam sobie w duszy czyżby niespodziewana niespodziewanka ?  i w te dydy pognałam na pocztę, marząc, by niespodziewanka zawierała pana FF, gdyż nie udało mi się go ostatnio w tej francuskiej dziurze znaleźć i mam syndrom odstawienia.
    jak się mogłam spodziewać, przesyłka nie zawierała książki pana FF (bo skąd niby ds miała wiedzieć, że mi się jej zanabyć nie udało, niezła jest, ale w myślach jeszcze nie czyta.), zawierała natomiast… Gada :)
    i czy ja już mówiłam, że kocham gady ? uwielbiam pasjami. a już Gady… to po prostu miód i malina. ten pan w moim prywatnym rankingu aktorów francuskich niezaprzeczalnie jest ex equo z Jeanem Dujardin na mocnym drugim miejscu (tuż po Thierry’m Lhermitcie, cóż ja poradzę, że on mnie rozkłada na łopatki), a jego idealna sylwetka rzeźby w drucie sprawia, że chyba nawet wysuwa się na miejsce jeden i pół ;)
    i w ten oto sposób wracałam z poczty z rozchachanym obliczem, wiosennym wiaterkiem niesiona, i zastanawiałam się tylko, czy już się wzruszyć tym, że komuś chciało się nie tylko zapamiętać, że kiedyś gdzieś, chyba w jakichś komentarzach, wspomniałam, że go uwielbiam, ale i zakupić, i wsadzić w kopertę, i mi wysłać, czy też z tym wzruszeniem poczekać do biura.

    dziękuję Ci, ds. JESTEŚ WIELKA.


    we wtorek, po czteromiesięcznej przerwie, ponownie zainaugurowałam porannego pilatesa. jestem wielka.

    i gdy dziś się wyginałam na wszystkie strony, a w tle miałam wschód słońca, przypomniał mi się inny poranek, przecież nie tak dawno temu, w listopadzie, w Kostaryce – indywidualne zajęcia z jogi. w Tango Mar, na tarasie wychodzącym na morze, przy szumie fal… to się nazywa odrobina luksusu.
    zaprawdę, tak mogłabym zaczynać każdy dzień.

    (a całe zajęcia odbębniłam po angielsku, po czym na koniec okazało się, że instruktorka jest Marokanką i biegle mówi po francusku)

    od kiedy mam kablówkę moje perspektywy zdecydowanie się poszerzyły.
    zwłaszcza dzięki mtv. program o wielkich stopach Paris H. naprawdę zrewolucjonizował moje spojrzenie na świat.
    a informacja, że głowa ludzka waży 3 – 4 kg podsunęła mi na myśl pewne nowatorskie rozwiązanie :
    chcesz stracić 3 – 4 kg? strać głowę!

    jakież to banalnie proste


    • RSS