zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 12.2007

    rodzina niestety nie poddała się niedwuznaczynym sugestiom, i ciągle nie mam kosza na śmieci.
    wziąwszy pod uwagę moją niechęć do chodzenia do śmietnika i nieobecność pana Pawła (nawet on ma prawo do wolnego w święta, TRUDNO), sytuacja zaczyna się robić drastyczna : w tej chwili mam na stanie dwa worki oraz jedną torbę z papierami.

    MAM za to, otóż – tadam – PRYSZNIC.
    jest -och ach ech – NAJWSPANIALSZY POD SŁOŃCEM i najchętniej bym spod niego nie wychodziła.

    (tak, krytyk nie przyjmuję, nawet się nie fatygujcie)
    tym samym dołączył niepostrzeżenie do polerowanych co wieczór dwóch kranów umywalkowych, jednego bidetowego oraz jednego wannowego. jezu, mam nadzieję, że mi to przejdzie, inaczej ZWARIUJĘ.

    mam również czerwoną ścianę w paski i dwie szare stuknięte furie, które co noc przemeblowują pokój, a co dzień – klatkę. ja doprawdy nie wiem, jak dwa futrzaki o łącznej wadze 1 kg są w stanie robić taki rozpiździaj. nic, tylko związać.

    a czy wiecie, że są w Polsce miejsca, w których JEST ZIMA ??? włala, oto Scyzoryków w wigilijny poranek.

    (nasza klasa niesie ze sobą również pewne niebezpieczeństwa, jak np. ryzyko zostania zdekonspirowanym przez blogoczytacza. na szczęście blogoczytelnik to niezłe ciastko, w tem kontekście jakoś łatwiej dekonspirę znieść ;))) )
    (a ja jutro jadę na narty, kto umiera z zazdrości, no ? ;))) )

    wśród rzeczy, które mnie przerastają, jest ZAKUP KOSZA NA ŚMIECI. gdy staję w karfurze przed półką wypełnioną koszami na śmieci, normalnie nogi mnie się uginajom.
    większe, mniejsze, z klapą, uchylne i bez. różowe, żółte, beżowe, błękitne. 10l, 15, 20, 35…
    normalnie dostaję KOSZOPLĄSU.

    w poniedziałek wreszcie udało mi się zwinąć eksa i powieźć do (s)Radomia. Pamiętacie?
    zamknęliśmy konto, podpisaliśmy umowę.
    na koniec postawił mi obiad i wycałował.
    bo w końcu to naprawdę fajny facet jest. no co. tylko nie dla mnie ;)

    we wtorek wsiąkłam w tą cholerną naszą klasę. odszczekuję pod stołem, że ten portal jest bez sensu – odnalezienie mojej pijackiej licealnej paczki : BEZCENNE.
    rozpełźli się po jakichś Denverach, Belfastach i innych Chicagach. niemal się popłakałam patrząc na te ich niemal niezmienione pyski.
    j. oczywiście się ożenił i odziecił – cztery lata w jednej ławce siedzielim, i chyba się trochę podkochiwalim wew sobie.
    a po moim wyznaniu na naszym forum (poprzedzone jego „a widzieliście, że koleżanka k się pojawiłana stronie?”), że „się nie odzywam, albowiem obrażonam, gdyż j. się ożenił i odziecił, i NIE POCZEKAŁ”, otrzymałam odpowiedź, że „ileż można czekać” po czem jego kąto magicznie zniknęło.
    zapachniało rozwodem…;)))


    a w domu mam wystawę kotów nierasowych
    POD ŚCIANAMI


    ale najtrudniejszą stroną moich powrotów do Pl jest przystosowanie się z powrotem do tutejszego jedzenia.
    zdecydowanie nie odpowiada mi kuchnia środkowoeuropejska.

    szczynszyle dostały wielką kartonową rurę po wykładzinie. oczywiście każdego ranka, wchodząc do pokoju zauważam tylko dwa szare tyłki znikające w jej wnętrzu.
    pf. jeszcze się nie przyzwyczaiły, że i tak je wytrząsnę, wariatki.
    bo śpi się w klatce, nie w rurze. o.

    ugh

    4 komentarzy

    ugh. ałtora tego lejałtu powinnam zaprosić do mojej nowej kuchni.
    od razu przeszłoby mu łączenie czarnego z zielonym.
    ugh.

    tylko jeszcze rameczek w kolorze obsrajdanym brakuje. ugh.

    powiedział Chlebowski w radiu.
    powoli kompletuję listę osób na świeczniku do wysłania z powrotem na lekcje polskiego.
    listę otwierają oczywiście najsłynniejsi bracia w Polsce, których nie wolno nazywać braćmi, albowiem ich to obraża, i potem trzeba ich przepraszać publicznie.

    ***

    z Casa Turire wygonili mnie na jakiśtam rafting. w przeddzień lało, i to strumieniami, i powiedziałam, że jak tak to będzie wyglądać, to ja NIGDZIE NIE IDĘ i nikt mnie do NICZEGO TAKIEGO nie zmusi. jak na złość, oczywiście, z rana pogoda była piękna.
    co nie przeszkodziło – no jakżeby – zakończyć spływu w strugach deszczu.
    generalnie było fajnie, ale trochę za łatwo. nawet dla takiej zupełnej debiutantki, jak ja.
    a na drugi dzień wygonili mnie z Casa Turire : prawowity powiedział, że jedziemy w TEŻ FAJNE MIEJSCE. no dobra, niechaj mu będzie, nie?
    pojechalim. hotel się nazywał Peace Lodge, usytuowany był naprzeciwko wulkanu Poas (tak mówią. ja tam nie wiem. wulkanu nie widziałam. bo wiecie. lało, nie?) oraz właściwie w rezerwacie Poas, i był arcydziełem kiczu : łóżko z baldachimem, kominki NA GAZ w każdym pokoju, jaccuzi na balkonie, łazienka zrobiona w stylu skrzyżowanie jaskiniowców (kurki do prysznica i wanny w formie kamieni z wyrytymi żabkami : ciepła woda – żabka czerwona, zimna woda – żabka zielona… no i prysznic – w „grocie skalnej”, oczywiście. bajka.) z dynastią (witrażyki na ścianach..>) – od razu ochrzciłam go „Coco Loco”, jakoś tak mi pasowało.
    oprócz arcydzieła kiczu na terenie hotelowym znajdowało się pięć wodospadów, gigantyczna woliera z ptaszyskami przeróżnymi (czerwone zielone i niebieskie papugi rules, tukany z bajecznie kolorowymi dziobami również), woliera dla motyli, pseudotradycyjna kostarykańska wioska, co to ją skrzętnie ominęłam, takie ten dla małp, wężowy zaułek (jednak jestem wielbicielką gadów), żabia szopa oraz – tadam!!! – strefa karmienia kolibrów ! chyba nikt się nie zdziwi, jeśli powiem, że poza tymi kolibrami, to ja mało co zobaczyłam? no, żaby nocą (mówię Wam, jakie byłyyyyyy…! prawowity narobił super zdjęć swoją wypasioną lustrzanką, też je wsadzę na blogusia. KIEDYŚ) obejrzałam. bo kolibry SPALI (a wiecie, że istnieją kolibry-nietoperze??? serioserio!). bo w ogóle kolibry najchętniej przylatują na karmienia ludzkie wtedy, kiedy pada, bo wtedy wszystkie te paskudztwa, na które one polują, się gdzieśtam chowają, a kolibry muszą często bardzo jeść, bo zużywają dużo energii.
    a, no tak, widziałam też wodospady, w końcu mus to mus, nie.
    a potem opuściliśmy Coco Loco, bo prawowity se wymyślił. latanie balonem. pf. chyba nie musze mówić, że balonem nie polecieliśmy, bo LAŁO ?
    jedynym plusem pobytu w najbliższym miejsca odlotu hotelu – już chciałam napisać „którego nazwy nie pomnę”, kiedy moja wredna pamięć mi przypomniała – Tilajari było zaobserwowanie popylającego po ścieżce na tylnych łapach jezusowego jaszczura. przezabawny widok, przyrzekam.
    aaa, no i jeszcze pojechaliśmy z Pedro na oglądanie zwierząt w deszczowym lesie (tak się toto nazywa ? bosque lluvioso po esp a bodajże rain forest po ang), ale wiecie. PADAŁO. więc zwierzęta spali. za to znowu, jak w Manzanillo, upaprałam się po pachy, więc zasadniczo byłam szczęśliwa. a, no i czerwoną jadowitą żabę w dżinsach z bliska se obejrzałam.
    i pojechaliśmy oglądać kolejny wulkan. Arenal. hotel był położony na wzgórzu, na którym łeb urywało oraz – hehehehe – lało. ale za to – NAPRZECIWKO WULKANU. przynajmniej tak mówili. bo wiecie. ja tam nie wiem, bo tego. patrz wyżej.
    ale za to – zawsze przecież musi być jakieś za to, nie ? – wykąpałam się w wodzie z ciepłych źródeł, co trochę siarką jechała, i trochę bardzo ciepła była (bo wiecie, ten wulkan tak w ogóle to PONOĆ aktywny jest. i JAK NIE LEJE – co ponoć też się zdarza – to można takie czerwone na jego czubku zaobserwować.) i w pobliskim miasteczku zakupiłam sobie moje dwie pary kolczyków z koleberkamy…
    a na drugi dzień znowu chcieliśmy spróbować polatać balonem, ale wiecie. LAŁO. i pobudka za dziesięć czwarta (a to było już po tym, jak się przestawiliśmy na tamtejszą strefę czasową) znowu poszła na marne…

    a potem chyba już pojechaliśmy się byczyć.

    ***

    to zabawne, ale każde nowe mieszkanie muszę oswoić Orishasami. dopóki nie obskoczę całej chaty przy dźwiękach a lo cubano, nie czuję się tam tak NAPRAWDĘ u siebie.

    …z tą ktoto to nie da się normalnie upić. tak normalnie, banalnie, z wódką i zagrychą, pod o boże, jaka ja jestem nieszczęśliwa, nik mie nie koffa. no nie da się.

    raz, w walętynki, upiłyśmy się pod Władywostok i roślinność Syberii. nawet encyklopedię multimedialną na kompie zainstalowałyśmy. coby sprawdzać wszystkie tajgi tundry i stepy szerokie.
    potem pod atlas obrazkowy i trzustkę/śledzionę/jelito ślepe w trzech językach z objaśnieniem funkcji.
    a ostatnio pod portret Doriana Graya i dzienniki Virginii Woolf

    nosz do cholery.

    czy ja już mówiłam, że nienawidzę piątków ?
    no to mam kolejny powód.

    naprawdę, bardzo bym chciała popisać jeszcze o Kostaryce, ale samo wspomnienie tego, i myśl, że jeszcze półtora tygodnia temu przecież tam byłam i podziwiałam papugi, kolibry, sępy, singes hurleurs (sory, nie wiem, jak się te małpe tłumaczy), jaszczurki, iguany, bajecznie kolorowe motyle, przeróżnej wielkości i barwy kraby i inne ustrojstwa, że zasypiałam przy huku fal rozbijających się o brzeg, że obżerałam się owocami morza, że – może i było chmurnie – ale było CIEPŁO, i zwleczenie się z wyra o 8h20 po godzinnym wyciu budzika nie było czynem graniczącym z gwałtem na samej sobie, więc samo wspomnienie tego wszystkiego wpędza mnie kurna w Rów Mariański.
    o.

    albo może jednak. jedno foto. zielone na zielonym :)

    koliber.JPG

    od kiedy dowiedziałam się, że mój szef wpisuje w cv, że francuski zna dobrze, poprawiam swoje własne : english – fluent.

    pod biurem otworzyli mi coffee heaven. lekko perfidna zagrywka, przyznacie sami. jest tylko nadzieja, że latte z sokiem malinowym kiedyś mi się w końcu znudzi.

    poza tym w weekend rozpakowywałam kartony. miałam wrażenie, że te z książkami nigdy się nie skończą. wyglądało to tak, jakby na miejsce każdego rozpakowanego pojawiały się dwa nowe. trzy regały billy załadowane niemal do rozpęku. gdzie ja to wszystko mieściłam ???

    przechadzam się po domu niekoniecznie w pełni ubrana, również wieczorami, gdy mieszkanie rzęsiście jest oświetlone. rolet zasłaniać mi się nie chce, zasłon nie posiadam. pierwsze piętro, prawda.
    mam nadzieję, że sąsiedzi zza miedzy dobrze się bawią.

    szczynszylice zwiozłam z hotelu. lekko były zaskoczone nowymi metrażami tylko do swojej dyspozycji.


    • RSS