zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 11.2007

    no, niestety, na zdjęcia będziecie musieli poczekać, zaczęłam je przeglądać – jest ich PARĘ TYSIĘCY.

    w zamian za to pokażę Wam kilka fotek mojej – ciągle niedokończonej – łazienki. krytyk NIE PRZYJMUJĘ.

    laz1.JPGlaz2.JPGlaz3.JPGlaz4.JPG

    mieszkanie robi postępy, dziś wieczorem być może nawet będę spała we własnej sypialni, nie w szczynszylopokoju. cool, nie ?

    z Indii mi przywiózł.

    Hiszpania to taki fajny kraj, Hiszpanie to tacy mili ludzie… tych niemiłych zatrudniają w Air Iberii, przyrzekam.

    a poza tym słowo o Kostaryce, może.
    leci się tam pół wieku, a w samolocie spotyka się cztery typy ludzi:
    1. rozdartych makaroniarzy, oczywiście w rzędzie tuż za
    2. śmierdzących hiszpańców, oczywiście w rzędzie tuż przed (ale poza tym bardzo miłych, przecież)
    3. chrapiących pomarszczeńców (zdjęcie wkrótce – widok niezapomniany)
    4. kiblowych pielgrzymów (oczywiście depczących po nogach)

    poza tym w Kostaryce leje, i fakt, że jest ciepło nie do końca ratuje sytuację.

    zaczęliśmy od najbardziej upierdliwej sprawy – masowa wycieczka do Tortugero.
    i pf. ja tam nie wiem, po co się do tego Tortugero pchaliśmy. chyba tylko w celu zakosztowania rozkoszy życia studentów amerykańskiego uniwersytetu trzeciego wieku, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć.
    (swoją drogą ich, khe khe, ROZMIARY mnie przeraziły. 150 kilogramowy G., przyjaciel mojego ojca, był chudszy)
    po zdrodze deszcze podtopiły nam trasę, więc musieliśmy pojechać inną (autokarem. ze „studentami.”), a faceci z maczetami siedząc na dachu torowali nam drogę. potem przejazd przez potoczek się trochę rozmył był, i autobus wziął i se utknął lewym przednim w dziurze. zwozili nas motorówkami. faaajnie było, i widziałam jezusowego jaszczura. wtedy akurat siedział ładnie zamaskowany w krzakach, ale potem widziałam takiego jak popylał po wodzie. niezły był.
    na rozluźnienie zapodaliśmy sobie z prawowitym po saunie i masażu. a co.
    na drugi dzień przewidziane było podglądanie ptaków o świcie.
    tja. „podglądanie”. se wyobraźcie takie podglądanie : trzy wyjące i śmierdzące motorówy, po dwadzieścia ludzia na każdej, jedna za drugą. „podglądają” ptaki, prawda.
    nosz śmiech mój pusty ino się po wodzie poniósł. zobaczyliśmy tyłek małpy uciekającej w haszcza.

    oddech ulgi, gdy pakowałam się na motorówkę, odwożącą nas na miejsce odbioru samochodu, który wyrwał się z mej piersi, zdmuchnął dach z naszego domku : turystyka masowa to ZDECYDOWANIE nie moja broszka.

    przystań, do której dowiozła nas motorówka i z której odebrał nas – ugh – autobus, coby nas dowieźć do samochodu, była – co za niespodziewanka ! – zalana. autobusy po podwozie w wodzie, my po kolana.
    ciepłe kraje, prawda.

    potem też było fajnie. na brykie czekaliśmy dwie godziny – droga z San Jose się podmyła, gościu musiał przyjechać inną trasą.
    (swoją drogą, jakbyście się gdzieś tam wybierali to niestety, muszę polecić – Imagenes Tropicales : podjeżdżamy pod umówioną knajpę, wybiega kelner, coś tam gada do przewodnika, na co on do nas „wy z Imagenes Tropicales? telefon do was”, a na telefonie – Fhrąk z informacją, że samochód dojedzie z opóźnieniem. normalnie byłam pod wrażeniem).

    potem już było psoko. Rav4 cudownymi kostorykańskimi drogami dowiozła nas do Manzanillo, gdzie był rekordowy hotel – trzy pokoje w dwa dni. to się nazywa średnia, nie ?
    bo w jednym nie było pokręteł do prysznica, w drugim okna… fajny hotel był. no i pokłóciliśmy się z recepcjonistką, bo „tu nigdy nie jest zimno, dopiero od dwóch dni, dlatego też nie dam państwu dodatkowych kocy, pocałujcie mnie w d.”.
    niesamowite, ile może zdziałać proste „so, I would like to talk to the manager”…
    ale, żeby nie było tak negatywnie, to wyszło słońce, i pojechaliśmy do Manzanillo wsi, i zajrzeliśmy do ichniejszej „informacji turystycznej”, prowadzonej przez rodowitą kostarykańską Niemkę, która wypuściła nas na czterogodzinną wyprawę po dżungli z własnym – z letka nahaszyszowanym – dreadlockowatym mężusiem.
    mężuś, jak zobaczył moje adidaski (białe, prawda, jakież to praktyczne), powiedział tylko: za cztery godziny już tak białe nie będą, i – jasnowidz, normalnie – miał całkowitą rację. ale po tych bagnach, gdzie mało ich nie zostawiłam, to nas przegonił chyba specjalnie ;)
    ale fajnie było. najpierw nas przepuścił przez rzeczkę, która normalnie sięga do kostek, czasami nawet butów nie trzeba zdejmować, żeby przez nią przejść, więc mokra byłam po pas. spoko – wyszło słońce, wysuszyło. i wtedy właśnie przeszliśmy przez rzeczkę z powrotem.
    ale za to przewlókł nas przez haszcza, pokazał małpy, co przełaziły leniwie z drzewa na drzewo nad naszymi głowami, i leniwca, co śpi 18 godzin na dobę (normalnie, życie ideał) pokazał też, i węże, i jaszczury, i trującą blue jeans frog, i jak motyl wpadł w sieć pajęczą, i pajęczyca go potem kokonowała – naprawdę duże wrażenie – i autostradę dla mrówek, i od diabła różnych roślin, ale do tego mam jakąś mniejszą pamięć.
    wyszłam stamtąd usyfiona po pachy, ale WRESZCIE w miarę zadowolona.

    a potem z mamusią Niemki (też Niemką, co za niespodziewanka), zaśpiewałyśmy sobie niech żyje bal, bo okazało się, że ona iks lat temu w Polsce była na jakiejś wymianie i tego jej właśnie nauczyli.

    a potem zaczęło wychodzić słońce, więc pojechaliśmy na rafting do Turrialby, do Casa Turire, z której nie chciałam wyjeżdżać ZA NIC, tak mi tam dobrze było. ja tam mogłam se nie wychodzić z pokoju, a właściwie nie schodzić z balkonu, z którego obserwowałam kolibry. na zewnątrz mogło se lać. mnie tam dobrze było, ja się tam mogłam rozmnażać.

    dobra, starczy na dziś. jutro może jakieś zdjęcia.

    rozpakowuję.
    wróciłam dziś po 22, i korzystam z jet laga, póki jeszcze jest – w końcu TAM jest teraz 17 z kawałkiem, prawda.
    na wszelki wypadek zapuściłam se kostarykański, relaksacyjny morning on the river, coby qrvami nie pobudzić sąsiadów.
    qrrrrrva, czy ktoś wie, gdzie jest mój otwieracz do butelek, czy znowu coronę będę musiała otworzyć o mebla ???
    ale za to łazienkę mam najzajebistszą na świecie. mówię Wam.

    no dobra, to może kartonik ?

    leje.
    w San Jose, do ktorego dotarlismy po niemal 20 godzinach podrozy, nie bylo za to pradu ani – co za tym idzie, bo pompy sa na prad – wody. lekki hardkor.
    nie widzialam zolwi w Tortugero, ale za to widzialam tam tukana.
    potem w Manzanillo widzialam pelno roznych dziwnych stworzen, weze, iguany, czerwony jadowite zaby, wielgachne pajaki wpieprzajace wielkie motyle i jakis dziki tabun ptakow. no i – rzecz najdziwniejsza w Kostaryce z dziwnych – SLONCE.
    ale potem juz byla Turrialba i sciana deszczu – mowie Wam, rafting w strugach to czysta przyjemnosc. i WCALE sie nie zamarza na smierc.
    teraz juz skonczylismy, wiec oczywiscie sie rozpogodzilo. poza tym sa tu cale hordy kolibrow, lata to jakby sie czegos upalilo, we wszystkie strony, i nie chce pozowac. sprobuje jeszcze uszczelic takiego jutro z rana. bo potem znowu gdzies jedziemy. latac balonem ;)
    a potem moze gdzies, gdzie bedzie cieplo, i bede sie mogla opalic i wkurzac ludzi.

    a, i wiecie, jaki jest najlepszy wic ? nie mam tu zasiegu komorkowego. chodze normalnie jak na odwyku i rece mi sie trzesa. nie moge nadzorowac na codzien pana Pawla. mam nadzieje, ze nie robi jakichs wielkich imprez w moim mieszkaniu.

    a tak w ogole to tu jest 16h21. a u Was ?

    oraz leje

    wstydu nie maja

    (no to pojechalam. wroce zapewne. NIESTETY)

    kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony kartony

    na razie 33.
    tym właśnie się zajmowałam w długi weekend.


    • RSS