zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 10.2007

    w dzisiejszej wybiórczej Dawid Smolorz pisze o Niemcach w Rumunii. nie ma już Sasów w Karpatach. całkiem niezły artykuł, szkoda, że nie ma go na stronach gazety.
    niemniej jednak zaskakuje mnie takie stwierdzenie W drugiej połowie lat 50. sytuacja Sasów zaczęła się poprawiać. Zwrócono im skonfiskowane domy. Mimo represyjnego system, typowego dla wszystkich państw komunistycznych, rumuńscy Niemcy cieszyli się swobodami, o jakich ich ziomkowie w Polsce czy Czechosłowacji mogli jedynie marzyć – funkcjonowało niemieckojęzyczne szkolnictwo, powstawała niemieckojęzyczna literatura, drukowano niemieckojęzyczne książki, działało niemieckie duszpasterstwo, dozwolone było używanie języka niemieckiego w przestrzeni publicznej. Oczywiście, polityczny terror w końcowym okrese dyktatury Ceausescu był nieporównywalny z tym, co znamy z PRL, lecz samo przyznanie sę do narodowości niemieckiej nie pociągało za sobą szykan.

    jakoś trudno mnie, rumuńskiej maniaczce oraz namiętnej czytaczce Herty Muller, której książki panu germaniście przecinek tłumaczowi gorąco polecam, się z tym zgodzić.
    bo po pierwsze – jakoś druga połowa lat pięćdziesiątych i polityczny terror w końcowym okresie dyktatury Ceausescu, który tak jakby przypadał na koniec lat 80., mi się nie kleją w jedno
    a po drugie – jakoś bardziej wierzę w opisy codziennych prześladowań, ostracyzmu ze strony rumuńskiej ludności i władz, których doświadczali rumuńscy Niemcy, wykonane przez mieszkającą tam i urodzoną w 1953r Muller niż znającemu temat li i jedynie z teorii i jednak komunistycznie zmanipulowanych książek, z których uczył się Smolorz – rocznik 71.

    w domu totalna rozpierducha, a ja się przeprowadzam za tydzień, prawda.

    takie wolne skojarzenie miałam : ponoć gdy Hitler najechał na ZSRR, Stalin na trzy dni zamknął się w pokoju i nie był w stanie głosu wydobyć : nie potrafił uwierzyć w to, co się stało.
    takie tam, wolne skojarzenie i nie nawiązuje bynajmniej do niczego, co się dzieje na polskiej scenie politycznej.

    drążę temat pralki. zamówić w necie, czy kupić w realu ? wot’ zagwozdka.

    w sobotę uaktywnił się internetman rusz grubą dupę, ruda, chodź na wódke
    doobejrzałam piętno, stwierdziłam, że może rzeczywiście wyjście na jedno piwo dobrze mi zrobi, i ruszyłam w październikową noc.
    jezu.
    JEDNO PIWO, tak ?
    JUŻ o godzinie czwartej NOWEGO CZASU wtelepywałam się na trzecie piętro, znów ściuchrana trzema dużymi piwami oraz dwoma podwójnymi krwawymi maryśkami.
    jezu, ja już jestem na to za stara, pomyślałam sobie, gdy w niedzielę o skandalicznej 10. budzik zadzwonił, albowiem umówiłam się z panią lasią w celu chorych nawiedzenia.
    jezu, to już nie na moje zdrowie, dopowiedziałam sobie eliminując toksyny w gorącej kąpieli.
    jezu, ja może wezmę taksówkę, dopomyślałam sobie w chwili po podwójnej dawce nurofenu ultrafast.

    czego oczywiście nie uczyniłam

    a carrefourze sprzedają najdroższe pluszowe pieski świata (no, może misie w Brugii były droższe. jedyne tysiąc ełro, prawda.) :
    za każde 20 wydanych u nich złociszy dostaje się nalepkę, którą należy nakleić w odpowiednim albumie. jak zapełnisz album, to wybierasz se pluszowego bassecika albo cośtam innego, i se go możesz zabrać ze sobą do domu.
    tyle tylko, że tych nalepek trzeba uzbierać… 50. tak. PIĘĆDZIESIĄT.
    20 x 50… tak, drobne tysiąc złotych. to wiecie co ? ja se pluszowego pieska całkiem wypasionego za max stówę kupię. o.

    parkieciarze poszli w las. razem z moimi niemal czterema tysiącami.
    a pomyśleć, że jednego z tych czterech (tysiąców, w sensie) mogłam na bassecika przeputać…

    włala, dostałam dziś majla od oferty.net, też se przypomnieli, z analizą rynku mieszkaniowego w Pl.
    tam są takie smakowite fragmenty, pozwolę sobie zacytować :
    Wyniki wielu analiz dotyczących sytuacji gospodarczej, zarobków czy poziomu życia obywateli państw Europy Środkowej wskazują duże podobieństwo między Polską i Węgrami. W obu krajach w tym samym czasie zaczęły się przemiany ustrojowe i gospodarcze, oba kraje w tym samym dniu wstąpiły do Unii Europejskiej. Wiele podobieństw dostrzec można także porównując stolice – Warszawę i Budapeszt. Mają niemal jednakowe powierzchnie – odpowiednio 517 i 525 km kwadratowego – i po tyle samo mieszkańców – ok. 1 700 000; są głównymi ośrodkami naukowymi, kulturalnymi i politycznymi oraz miejscem wielu inwestycji zagranicznych. Oprócz podobieństw są jednak i różnice: Budapeszt ma obwodnice i rozwiniętą sieć komunikacji miejskiej z trzema liniami metra i czwartą w budowie, zaś Warszawa… dwa razy wyższe ceny mieszkań.
    (…)
    Za średniej wielkości mieszkanie 2-pokojowe w obrębie budapeszteńskiego śródmieścia, 5 minut spacerem od stacji metra, trzeba zapłacić kwotę rzędu 250 000 PLN (w Warszawie za taką kwotę można kupić niewielką kawalerkę z dala od centrum). Podobne mieszkanie oddalone od centrum o 15 min. jazdy autobusem kosztuje około 150 000 PLN. Za 700 000 PLN można stać się właścicielem dużego – 100-metrowego apartamentu w XIX-wiecznej kamienicy, 200 metrów od Dunaju, z widokiem na okazały gmach węgierskiego Parlamentu (w Warszawie 100-metrowy apartament w Al. Przyjaciół – 2 500 000 PLN).
    Z powodu trwającego ochłodzenia koniunktury gospodarczej ceny mieszkań w Budapeszcie od trzech lat stoją w miejscu.

    i tak dalej, i tak dalej…
    więcej TUTAJ

    no cóż. od ZAWSZE lubiłam Budapeszt…

    życie moje spędzam na liczeniu.

    i tak, na przykład, kabina prysznicowa będzie miała wysokość siedmiu kafli i szerokość niemal dwóch. i przekonajcie p. Pawła proszę, że 33,3 x 7 da wynik wyższy od 210. póki nie zobaczył na ekranie komórki, nie uwierzył.

    za fryzjera zapłaciłam 330 zeta. jakoś pani nie chciała uwierzyć, że 450 zet minus 20% da wyższą liczbę niż 300 zet minus 20% plus 90 zet.
    pewnie do tej pory się zastanawia, dlaczego chciałam zapłacić więcej, kiedy mogłam mniej.

    potrzebuję szyby, żeby robiła za ściankę prysznica. będzie stał tuż koło wanny, szyba ma stać na jej obudowie i być wmurowana w ścianę, która zamyka prysznic do jakichś 30cm. ugh, do tej pory mnie otrzepuje na myśl o tym, jak długo musiałam przekonywać p. Pawła, że jeśli brodzik ma mieć 90 x 90, a ścianka z tych 90 zakryje 30, to szyba powinna mieć 60cm u podstawy.
    ścisły męski umysł, prawda.

    wczoraj jednakowoż poniosłam sromotną klęskę. wypatrzyłam sobie pralkę, prawda. takiego fajnego siemensika, w necie 1700 zeta, w sklepie koło 2000. pierdyliard wypasionych programików, niemal podłogę myje oraz kawę szykuje, a do tego energooszczędna oraz wodooszczędna. i ta wodooszczędność miała być moją bronią w walce ze zdrowym rozsądkiem, który mówił, że podobną – ale nie wodooszczędną ! – można dostać – w sklepie – za 1300 zeta, a co dopiero w necie…
    i tak wojowałam se tą wodooszczędnością, wojowałam, póki prawowity mi nie wyliczył – 12 litrów zużycia mniej/pranie przy różnicy 600 zeta w cenie, przy mojej częstotliwości prania, zwróci mi się po drobnych 80 leciech.
    no i teraz co? to be ecolo or not to be ?

    chyba se muszę to wyliczyć.

    dzisiejszy look uratowało zaspanie i poranna wizyta pana Listonosza z wygranym allegrowym sweterkiem.
    poza tym parkieciarz wziął i wszedł mi na mieszkanie, dzięki temu Pan Paweł ksywa bujam w obłokach przez niemal tydzień nie będzie mógł nic zrobić. no ale jakby nic to, prawda, jestem kwiat lotosu na yebaney tafli, od 1go startuję z przeprowadzką – na własnych plecach, a jakże, bo jakoś żaden z moich apsztyfikantów do pomocy się nie pali. ale kij z tym.
    grunt, że 7go listopada wsiądę w samolot, a 25go wrócę do mojego nowego mieszkania.
    no, chyba, że bujam w obłokach obudzi się 24go i stwierdzi, że np. pani zupo, ale ja jeszcze nie skończyłem czegośtam i w związku z tym nie będzie pani mogła nawet zrobić siusiu, no chyba, że do zlewu

    lotos, lotos i OMMMMMMM

    wygraliśmy. I CO TERAZ ?

    jedno, co mnie pociesza, to to, że mogę kontynuować remont mieszkania – przyrzekam, że gdyby wygrał PiS, poważnie zastanawiałabym się nad powrotem z Kostaryki.

    żeby tylko im woda sodowa do makówek nie uderzyła…

    dupa ze mnie, a nie prawdziwy dżoger – byle ulewa czy egipskie ciemności mnie zniechęcą.
    a dziś rano, na ten przykład, to widziałam pana, jak wracał z parku. a lało jak z cebra.
    no dupa.

    o, zupełnie taka, jak ta

    total panika – ciągle nie mam jeszcze wyborczych rękawiczek!

    przegoniłam w sobotę moją Prowincjonalną Mamę po Bartyckiej* : biedna Mamusia w szoku otwierała tylko coraz szerzej oczy i notorycznie gubiła jedno zero. mimo, że dalekowidz.
    oczywiście, ponieważ chciałam sobie znaleźć blat do szafek umywalkowych, wypatrzyłam dwie lampy

    13.10.07.JPG13.10.07bis.JPG

    z których każda jedna znacznie przekracza moje lampowe budżety – jakkolwiek bym się nie zastanawiała, za każdym razem wychodzi mi, że trzy tysie za lampę to jednak znaczne przegięcie.
    potem zawlekłam PM do ttw opex, a tak, pokazać jej moją wymarzoną kanapę (za jedyne 12 tys) oraz całkiem ładną kuchnię (36 tys bez sprzętu, tak). przy całkiem ładnej kuchni moja naiwna PM wdała się z panem z obsługi w dyskusję nt. stojącego u nich stołu. chciała, mianowicie, wiedzieć, ileż to ten stół kosztuje. ja wiedziałam, że to się źle skończy. pan zaczął motać, że to stół włoskiej firmy caligaris, czyjaktotam, że oni już nie współpracują, bo cośtam, że oni teraz robią raczej takie stoły w Polsce, bo pitu pitu i cimcirymci. przy kolejnym okrężnym wyjaśnieniu przerwałam panu gwałtownie i uświadomiłam moją Mamuśkę:
    - bo to jest tak: możesz mieć firmowy włoski szpanerski stół za PIĘĆ tysięcy – tu Mamuśka dostała oczu jak wilk z bajki – ale możemy też go zrobić tu, w Polsce. za jedyne tysięcy SIEDEM – przestała oddychać, a pan zmieszał się nieznacznie, wyznając, że i owszem jest to prawda prawdziwa. ale… kolejne pitu pitu i cimcirymci. Studio Prostych Form chyba może się ze mną pożegnać.

    dla rozluźnienia zabrałam Prowincjonalną, zaprogramowaną na ale dla kogo są te wszystkie rzeczy ? kogo na to stać ? przecież ludzie tyle nie zarabiają ! na najlepsza pizzę w mieście, po której to, najedzona po kokardę i zmęczona natłokiem przeżyć, usnęła jak dziecko przed Ocean’s Eleven.

    w niedzielę odwiozłam ją z rana na dworzec, i poszłam na targ staroci na Kole, bo gdzieżbym mogła czuć się lepiej, niż wśród mnie podobnych (staroci, w sensie), w celu znalezienia tańszej alternatywy dla lamp za trzy koła każda.
    zamiast spodziewanego relaksu w pięknym słońcu otrzymałam, włala :

    Nelly.JPGtą wariatkę Nelly, która tam grasowała, jak powiedział teatralnym szeptem jeden pan.

    (żeby nie było – nie współczuję Rokicie żony, nie żal mi go za numer, który mu wywinęła. nie znoszę ich po równo. moim zdaniem – warci są siebie.)

    a na budynku na przeciwko mojego biura panowie naprawiają dach i jeden z nich non stop zapyla niezabezpieczony. ds powiedziała – nagroda Darwina, ja mówię – jak się spieprzy z tego dachu, to doniosę ubezpieczycielowi.
    no.

    ale jakież to ma znaczenie w skali kosmosu i kolejnego wypatrzonego przeze mnie piździonka ?

    * ci, co się już urządzali, wiedzą, że to największe targowisko wyposażenia wnętrz we Wszawie, ci, co jeszcze nie – niniejszym się dowiadują.


    • RSS