zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 5.2007

    abc

    4 komentarzy

    od ponad tygodnia nie oglądałam żadnego mieszkania. normalnie ręce mi się zaczynają trząść, chyba mam zespół odstawienia.

    poza tym przeżyłam kolejną branżową imprezę nad morzem. muszę Wam powiedzieć, że kiedy nagle o 23 dorywam najlepszego dancera, jakiego w życiu miałam, to o 4tej muszą mnie zganiać z parkietu, a facet się słania na nogach.
    a kiedy chłopię trzydziestoletnie opowiada mi, że tak strasznie mu się spodobałam, kiedy mnie pierwszy (i ostatni) raz, ładne parę lat temu, ujrzał, i kiedy gra mi na pianinie naprawdę jaka jesteś, o piątej nad ranem, gdy za oknem świta, obsługa przygotowuje salę do śniadania, a ja zaskakująco dobrze trzymam się na – jak to zazwyczaj bywa po kilku promillach – zbyt wysokich obcasach, to mi się tak nagle ciepło robi wokół serca, i tak sobie myślę, zupa, może jednak jeszcze będzie dobrze.

    (przestaję tak sobie myśleć, kiedy potem wstaję o 7h i klnę na czym świat stoi. z taką rzucającą mięsem zupą dobrze być nie może. ni hu hu)

    piąty i szósty sezon Sex & the city mają tylko po 8 odcinków !!! to jakaś granda, i ZDECYDOWANIE, KTOŚ powinien COŚ Z TYM ZROBIĆ. stanowczo się domagam, a nawet wręcz ŻĄDAM !

    poszukiwania mieszkania sprowadzają mnie coraz bardziej na ziemię i doprowadzają do pionu. i nie, nie dlatego, że ceny dzikie, a finanse ograniczone. dlatego, że patrzę, i że widzę.
    panią, której życie i zdrowie zniszczył mąż pijak, z którym po latach wreszcie odważyła się rozwieść. teraz jest na rencie, głodowej, oczywiście. ledwie starcza na życie, żywi się po sąsiadkach. i musi sprzedać swój jedyny majątek, mieszkanie, żeby spłacić… mężusia.
    inną panią, nie do końca obudzoną o 12 w południe. na oko pięćdziesiatka stuknęła jakiś czas temu. spędziła tu całe dorosłe życie. mąż, dzieci, kot. właśnie się rozwiodła – nie chce patrzeć na te ściany, świadków jej nieszczęścia.
    albo tą jeszcze inną – której małżeństwo trwało krócej niż remont wspólnie kupionego mieszkania.
    i wreszcie. tą rodzinę. ich dwoje i czwórka dzieci. w ogłoszeniu napisane pół bliźniaka, 90m2 do remontu, składa się z dwóch identycznych mieszkań : kuchnia pokój łazienka.
    od wejścia atakuje smród kibla. jak w starych kiblach dworcowych, kojarzycie ? w wejściu nie ma nawet podłogi – klepisko. obdrapane ściany, w ramach farby – grzyb. wszędzie wszędzie wszędzie. i smród. grzyb i smród. smród i grzyb. i w tym wszystkim oni. ich dwoje i czwórka dzieci. na 40 metrach (na dole mieszkała siostra). ja nie wiedziałam, że można żyć w takich warunkach.
    i ja sobie mogę po prostu nie kupić tego domku – oni nie mają wyjścia, muszą tam mieszkać. bo nie mają dokąd pójść. nie mają za co wynająć innego mieszkania.
    bardzo długo wczoraj zmywałam z siebie w wannie pachnącą pianą wspomnienie tego miejsca.
    oni nie mają nawet prysznica.

    czy we wczorajszym teraz my Rokita nie przypominał Wam Stanforda z Sex & the city ?
    zwłaszcza ten uśmiech uczniaka zadowolonego z dowcipu, gdy powiedział nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera… normalnie, aż mi się wydał sympatyczny i NORMALNY.
    dziw nad dziwy.

    biedni są ci agenci nieruchomości ze mną, biedni bardzo.
    dzwoni taka jedna, na przykład
    - dzień dobry pani, ja dzwonię z agencji vafanculo, chciałabym zapytać, czy nadal pani poszukuje mieszkania ?
    - tak się składa, że nadal
    - a czy mieszkanie w rejonie Grójeckiej i Banacha, XYm2 za XYZ tysięcy zeta panią interesuje ?
    - budynek z tego roku, tamto piętro, tyle pokoi ?
    - eee, chwileczkę, muszę sprawdzić… no tak, rzeczywiście, to to
    - to nie, dziękuję, nie interesuje mnie.
    - może ulica ZZZ, ZXm2 za YZX tysięcy zeta ?
    - piętro owamto, po remoncie ?
    - eee…. noooo…. tak.
    - to nie, dziękuję.
    - już pani zna tą ofertę ?
    - tak, już je widziałam
    - eee ?
    - nooo, tak z półtora miesiąca temu…
    - eee ? i jak ? bo JA JESZCZE NIE…

    i jak tu z takimi rozmawiać, no jak ???

    za chwilę założę agencję nieruchomości zupa na Ochotę real estate spółka z bardzo ograniczoną odpowiedzialnością.
    albo Ochota na zupę Sp. z b.o.o., jak kto woli.

    a, w poprzedniej notce zapomniałam wspomnieć o Miossec’u, którego ja z upodobaniem nazywam Miaaaaaussec, wyobrażacie sobie poziom śpiewaczy.

    dziś do pracy ubierałam się, – tadam – GODZINĘ. od 8h20 do 9h20.
    ależ nie, przecież skądże, nie spóźniłam się do roboty. za to mam TRAGICZNIE niedobraną torebkę. TRAGICZNIE. w przerwie obiadowej, przysięgam, idę do najbliższego sklepu torebkowego i kupuję coś pasującego. bo przecież z taką niedobraną torebką to się, jak w tym słynnym nagraniu z zusu w temacie paznokci, w ogóle PRACOWAĆ NIE DA.

    (na szczęście mam srebrne brokatowe baleronki. co jakiś czas odsuwam się od biurka i popatruję na nie. może jednak będę żyć)

    a poza tym to wiecie. Caracas.

    straszny jatopizm (copyright bogini (to od ja to piiiii) od mię ogarnął ostatnio, pisać mnie się nie chce, na pilates mnie się nie chce, zapić mi się nie chce, nawet butów nowych kupić mi się nie chce.

    KE uznała, że mi nie uznaje mojego francuskiego inż, będę musiała w końcu skończyć tego pieprzonego mgr, polskiego jak najbardziej, który kłuje mnie jak jeż, jak tylko na niego spojrzę.
    niech się chrzanią, nie ? no.

    Gagarina powiedziało, że ono jest tylko do odnowienia, nie kompletną ruiną (przecież każdy wie, że żadna kuchnia, oprócz takiej nie jest człowiekowi potrzebna, prawda ? już nie mówiąc o parkiecie, który sam chce wyjść na butach, oknach do wymiany, czy łazience… ech, sami sobie spojrzyjcie) i że ono mi nie zejdzie z ceny, i żebym się pieprzyła. no to ja mu odpowiedziałam, żeby sobie nie pozwalało, i szukam dalej.
    niech się chrzanią, nie ? no.

    piszę jakieś niekończące się raporty, niezmiennie na piętnastego, Isaura ma grzyba i jest łysa wokół ucha, Gruba okazała się małpą, i nauczyła się włazić na siatkową zagrodę (metr sześćdziesiąt pięć wzrostu, prawda ? pewnego pięknego wieczora weszłam do pokoju i przeżyłam letki szok spojrzawszy jej prosto w oczy. nie zniżając wzroku, prawda. akcja pleksi uratowała sytuację – o to jeszcze nie potrafi się zahaczyć.), pogoda jest piękna, kiedy siedzę w robocie, bo jak tylko się zbieram, żeby z niej wyjść – burza z piorunami, batystowa koszula nocna, a la babcia lub mara nocna, jak kto woli, za drobne cztery stówy nie poprawiła nastroju, śmię nawet stwierdzić, że go pogorszyła, w brzdąci dziwnie zgrzyta skrzynia biegów, niech ktoś mi powie, jak to się robi, żeby pójść do serwisu brzdąci, bo nigdy tego nie robiłam, i czy ja muszę się umówić ???

    ratuje mię tylko Benabar ze swoją Reprise des negociations, umieram ze śmiechu przy le diner, normalnie k powinien zarządać praw autorskich za wykorzystanie jego postaci i jego excuses bidon, jakbym jego słyszała, kiedy nie ma ochoty gdzies pójść, zalewam się łzami przy quatre murs et un toit i zastanawiam, dlaczego w Polsce nie mamy kogoś takiego, bezpretensjonalnego, z niekoniecznie wspaniałym głosem, za to z talentem do pisania dobrych tekstów – czasami ironicznych (les epices du souk du Caire), czasami nostalgicznych (Maritie et Gilbert Carpentier), czasami kabaretowych (le diner), czasami przejmujących do szpiku kości (qu’est-ce que tu voulais que je lui dise ? ) – okraszonych nie najgorszą muzyczką, no dlaczego ?
    dlaczego nie ma takich Jean Jacquesów Goldmanów, Pascali Obispo czy właśnie Benabarów ? Głosu za grosz – a jednak porywające. na poziomie. dwie klasy wyższym, niz Wiśniewski, też bez głosu, ale na tym jakby podobieństwa się kończą.

    tymczasem trącę końcem pątofelka ten kolejny, do piętnastego, przeczekam jakoś oberwanie chmury pod dachem biura mego cudownego.
    bo niech się chrzani, nie ? no.


    • RSS