zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 2.2007

    no więc może dziś, mili czytnicy, napiszę o tym, o czym NA PEWNO nie napiszę, bo albowiem gdyż, na ten przykład jest mi głupio oraz fstyd.

    no więc tak, moi drodzy.
    na pewno nie napiszę o tym, jak w pewne piękne piątkowe popołudnie, gdy słońce grzało (14stopni w mieścinie na jakichś marnych 1500m2 położonej, quand meme ! oraz 0stopni na stoku !), śnieg był czysty, biały i idealny do jazdy dla debiutanta, a stok szeroki delikatnie tylko spadzisty i patrz j. w. w temacie debiutanta, w to piękne piątkowe popołudnie, gdy marzyłam już tylko o spożyciu gratin du potiron vel zapiekanki z dyni, do której miłością wielką i namiętną zapałałam, sama własnonartnie spektakularnie doprowadziłam do sytuacji, w której – upsi – warga moja na nartę upadła, oh yo, i doprowadziła do :

    warga.jpg

    a w efekcie do :

    wargabis.jpg

    i tak, to czarne, co widzicie, to są dwa szwy granatową nicią szyte.
    nie napiszę również o tym, jak pan lekarz, na któego czekałam dwie godziny, a moja z nartą zderzona warga coraz bardziej kształtem zbliżała się do wargi Andżeliny Żoli, paniką niemal zareagował na jęknięcie me
    granatowa nitka ??? ALE MNIE TO NIE BĘDZIE PASOWAĆ DO KOLORU KURTECZKI !!!

    nie napiszę również o tym, że w niedzielę o pierwszej nad ranem wystawiłam me mieszkanie kochane na sprzedaż, a w poniedziałek od 8h40 urywały się w tej sprawie telefony.
    a już zwłaszcza nie napiszę o tym, że w tenże poniedziałek o 20h30 mieszkanie było już właściwie sprzedane.
    może powinnam zrobić karierę w nieruchomościach ?
    (a telefon ciągle dzwoni)

    nie napiszę także o tym, że państwo, któzy zakupili mieszkanie znegocjowali z ceny trochę ponad 3%. po czym ja dziś, zdzira ostatnia, pod naporem kolejnych agencji i ofert i propocycji, z tych trzech procent podnegocjowałam połowę (i nie mówimy tu o kwotach rzędu 3 tys, tylko jakby… trochę wyższych).

    no i wreszcie, nie napiszę o tym, że jutro podpisuję AKT. i że moje mieszkanie wkrótce przestanie być moje.
    no i… szukam mieszkania.
    słyszał ktoś o jakichś 60-70m2 do remontu na sprzedaż ?
    na Ochocie, oczywiście ;)

    no to ten, tak.
    oto moja króffka :
    vache.JPG

    piękna jest, czyż nie ?
    ja ją kocham miłością wielką, i nie śpię z nią li i jedynie dlatego, że trochę mi…krową jedzie ;))) ale kładę ją zawsze w bliskiej odległości, i wieczorem to jej rzucam ostatnie miłosne spojrzenie.
    jak babcię w kapcie.

    a jutro jadę uprawiać lans mej różowej narciarskiej kurteczki. a ciągle nie mam do niej czapy, szalika, rękawiczków, ani – zgrozo – goglów. ja naprawdę nie wiem, co ja sobie myślę, i gdzie się podziała moja lans snob konsekwencja, naprawdę.

    może się schowała w króffce…?

    w ogóle tragiczny ten tydzień. nie dosyć, że mam trzy raporty do napisania, to jeszcze walętynki i tłusty czwartej dzień po dniu. no ja BARDZO PRZEPRASZAM, ale tłusty czwartek ? JUTRO ??? na głowę poupadali ??? a mnie się wydawało, że się przesłyszałam dziś rano w trójkie.
    na wszelki wypadek jednakowoż, gdy tylko na witrynce najgorszej pączkarni w kraju, czyli u Bliklego, zobaczyłam, ze jutro jednak RZECZYWIŚCIE jest tłusty czwartek, truchcikiem pognałam do NAJLEPSZEJ pączkarni we Wszawie (no, może w kraju jest jakaś inna lepsza, acz ja bym się nie zakładała), tej na Chmielnej i zakupiłam cztery pączory z różą i płatkami migdałów. i właśnie jednego zeżarłam, i zaraz się przykleję do klawiatury od tego lukru. tuż po tym jak pęknę od kaloriów.

    poza tym WRESZCIE dorwałam mą wyczekaną torbę W KRÓWKĘ. tak śmiejcie się ze mnie, śmiejcie. nie spałam przez nią od początku stycznia !
    bo jak już się zdecydowałam, że mi się podoba, to się okazało, że jej nie ma. panie mi powiedziały, że jest zamówiona, i że BĘDZIE. no to chodziłam i dopytywałam. a jej nie było i nie było. i tak ciągle i ciągle nie było. no to zaprzestałam chodzenia na dni kilka. no to jak wróciłam, to pani mi powiedziała nooo, była. ale pani nie przychodziła no i się sprzedała. była nawet na wystawie
    krówka ???
    no nie, panterka
    eee ?
    a to NIE TO SAMO ???

    i tem sposobem ciągle bez krówki byłam. a potem przeszłam wczoraj obok tego sklepu. BYŁA NA WYSTAWIE.
    JUŻ ZAMYKALI.
    siłą niemal wdarłam się do środka, taranując cherlawego ochroniarza na słowo honoru.
    pani powiedziała, że OD TYGODNIA trzymali ją dla mnie pod ladą.
    ale, #$%^&%$ zamknęli już kasę, nie mogłam jej, biednej i osamotnionej w tym zimnym sklepie, zabrać ze sobą do domu, nie mogłam rozgrzać jej swym ciepłem, powiedzieć jej nie martw się, krówko, nie jesteś sama, zupcia się Tobą zaopiekuje. musiałyśmy znieść jeszcze tę noc oddzielnie.
    ale za to przytulę się do niej dziś wieczorem, możecie być pewni.

    poza tym dostałam bukiet różów.
    o.
    w końcu walętynki.
    o.
    <roses.JPG

    nie no, wiecie, normalnie daliście ciała.
    ja znikam na dni parę, a Wy mi tu Ludzia od skarpetek i przykrótkich spodni oraz Radzia czerwonoszelkiego dopilnować nie potraficie. normalnie ROZCZAROWANA jestem.

    a ja, moi mili, dalekie frąsuskie kraje zwiedzałam, i świeżonarodzoną reinkarnację Barbarellowej Meli odwiedzałam.
    no, przy okazji też gdzieś tam o jakąś robotę zahaczyłam, ale bOshhh, no przecież nie będziemy o tym pisać, nie.

    no więc chciałam powiedzieć, że po pierwsze primo, to ta Barbarellowa Melania musiała zdrowo nagrzeszyć, żeby się w luckiej skórze odrodzić. to było po pierwsze primo. a po drugie primo, zaznaczam – drugie primo – musiała nagrzeszyć jeszcze zdrowiej, żeby się odrodzić we Francji, i – co gorsze – WŚRÓD FRANCUZÓW. no dobrze, sytuację z letka ratuje fakt, że matka Polka, niemniej jednak. Francja.
    i Francuzi !!! prawda.
    biedna Mela.

    no a potem to już wróciłam, a Wy mi tu znowu pogody nie dopilnowaliście. wysiadam z samolotu, a tu zimno jak w niewiemczym oraz łeb urywa. NO WIECIE CO, no naprawdę. boję się na te narty jechać w przyszłym tygodniu, bo strach myśleć, co zastanę po powrocie.
    a nuż okaże się, że Gierciu z Andym zdymisjonowali Kaczunię, albo na odwrót, a co to za koalicja, wszak do tanga trzeba trojga !
    ale nic to, ryzyk fizyk, różową narciarską kurteczkę wylansować mus, nie ma to tamto. w końcu NIE JADĘ TAM DLA PRZYJEMNOŚCI, prawda ?
    no.

    to jeszcze tylko przegryzę likworowego cukierka owocankę, co mnie nim nec-mergitur podstępnie utuczyć chce, i bierę się za robotę.
    w końcu za chwilę urlop, nie ?
    no

    ZDAŁAM

    jeszcze TYLKO cztery etapy i ja, i wszystkie moje, już cieszące się na kolejny rozrost, wrzody żołądka jesteśmy w domu.

    chyba będę potrzebowałą WÓDKI dziś wieczorem.
    DUŻO wódki.

    no co za ludzie.
    jak tylko zdecydowałam, że mieszkanie sprzedaję, i za część kasy kupuję sobie coś mniejszego, a drugą część inwestuję (tak, moja chata jest wiele warta, i nawet po spłacie przyjaciela kredyta zostałoby mi sporo kasy), to pojawiają się chętni na wynajem. obglądają i niemal w ekstazę wpadają.
    no i już sama nie wiem, nie ?
    no bo tak, plusy wynajmu, to :
    * mam mieszkanie, które tylko będzie zyskiwać na wartości
    * kredyt sam się będzie spłacać
    * chcą je na długo

    minusy wynajmu:
    * oni je chcą na firme, w dodatku szkoleniową, co zakłada przepływ 15 os/dzień (sąsiedzi ! już bez mówienia o stanie mojego parkietu after)
    * mieszkam w wynajmowanym
    * mogę się pocałować w tyłek z własnym biznesem
    * pieprzenie się z podatkami od wynajmu, vatami, sratami, urzędami.

    a ja, oczywiście, najbardziej to bym chciała je sprzedać, ale jednocześnie wynająć.
    zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko.
    o.


    • RSS