zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 1.2007

    gdy tak stoimy przy nieruchomym, jeszcze, oddawaczu walizek na etiudzie, myśli mi się, że przypomina to stanie nad grobem w czasie pogrzebu. wszyscy równo w półkolu, ponure miny – w końcu niemal północ, niektórzy – celują w tym ledwo ruszający się o lasce starsi panowie i panie – usiłują się przepychać, coby na własne oczy zobaczyć, czy trup aby na pewno z martwych nie wstanie, a walizka z nicości się nie zmaterializuje.
    niemniej jednak panuje cisza i spokój, przerywana tylko, z rzadka, wybuchami śmiechu telewizyjnych gwiazd (makijaż czyni cuda). nerwowo powstrzymujemy oddech.
    sytuacja diametralnie się zmienia, gdy nagle otwierają się śluzy, taśma zaczyna krążyć i wypluwać kolejne porcje bagażu. z dziesiątek ust wydobywa się westchnienie, idą w ruch łokcie i – jakże skuteczne – laski, kilkudziesięciotonowe walizy lądują mi na stopach i uczę się nurkować między kolanami. grzeczne przepraszam nie wystarczy

    ja

    6 komentarzy

    ja pieprzę taki kraj, którego państwowa solidarność sprowadza się do solidarnego płacenia na coś, co nikomu nie jest do niczego potrzebne.

    kocham zimę. mówiłam już ?

    PS. niedobra ta Malavita była. nie wiem, czy mam coraz mniej szczęścia do lektur, czy też może coraz bardziej wymagająca się robię.

    mam nowego chłopaka. wpatruje się we mnie jak w obrazek i wielbi moje stopy.

    co z tego, że ma 9 miesięcy ;)))

    dawno dawno temu, w epoce jakiejś późnej podstawówki, nie wiem, szósta, siódma klasa, Polakowska kazała nam napisać wypracowanie o marzeniach.
    byłam wtedy jakiś czas po lekturze Cesarza, i ta książka ciągle żyła w mojej pamięci – wywarła na mnie naprawdę gigantyczne wrażenie.
    i jednym z moich marzeń, o których napisałam, było podróżować i pisać, jak Kapuściński.
    zupełnie o tym zapomniałam, przypomniałam sobie dziś rano, kiedy usłyszałam w trójce, jak ktoś mówił o nim w czasie przeszłym. w pierwszej chwili nie załapałam, no bo że jak to. że Kapuściński ? nie żyje ? że umarł ? tak na śmierć ? no jak to ???
    a potem powiedzieli, że tak, że owszem, że nie żyje, i że umarł, tak na śmierć.
    i wtedy sobie przypomniałam o moim marzeniu i sobie pomyślałam, co z nim zrobiłam…

    dziś wieczorem znowu sięgnę po cesarza
    i może wreszcie spróbuję napisać coś o którejś z moich podróży. przeszłych lub przyszłych.

    takie spóźnione postanowienie na 2007.

    dziś w nocy poznałam mojego przyszłego męża. będzie się nazywał Marc (a może Mark ? narodowości jakoś do końca nie zidentyfikowałam) i będzie wysokim, postawnym, zabójczo przystojnym brunetem z bródką. uwielbiam blondynów o posturze rzeźby w drucie, ale to szczegół, nie ?
    no.

    poza tym Isaura mi się wystrzyga. sama. w pierwszym odruchu z szarej wariatki przekwalifikowałam ją na szaloną fryzjerkę, w drugim natomiast zaczęłam się rozglądać za towarzystwem dla niej.
    niestety, nie będzie to ten blond przystojniak
    duszek.JPG
    a szkoda…

    nic się nie dzieje, normalnie nic się nie dzieje, ino wiatr popierdziela po niebie.

    przedwczoraj na ten przykład, tak się nic nie działo, że se siedziałam i se odkrywałam nowe funkcje w starym telefonie, coby się coś podziało, wiecie. no i tak se poodkrywałam, że normalnie aż se budzik wyłączyłam, i zamiast o 6h30 zerwać się zwarta i gotowa w celu udania się na pilatesa (na 7h30, przypominam tym, co jeszcze nie zakonotowali, tak), poderwałam się o 7h00 przy okazji koncertu dzwonowego z pobliskiego kościoła.
    i w ten sposób nie macie sprawozdania ze stanu czystości mych współćwiczowiczek.
    przyznajcie, że brakuje Wam tej wiedzy i że snu Was ten brak pozbawia, no przyznajcie, nooo !

    a wczoraj się znowu nic nie działo, i tak siedziałam, z tego niedziania, i oglądałam naciągniętego ptaka ciernistych krzewów, tfu Chamberlaina, który zdecydowanie przepłacił swoje chirurga plastycznego, przyrzekam, wyglądał jak Mickey Rourke, naciagnięty aż do bólu, i spoglądałam na drzwi balkonowe, co coraz bardziej mi do pokoju wchodziły, i tak se o jakiejś wpół do dwunastej wpadłam na pomysł, i ja bardzo przepraszam moich sąsiadów z dołu, ale ja naprawdę musiałam przestawić tę wersalkię pod balkon. no.
    teraz wersalka jest na środku pokoju, ale za to drzwi balkonowe zostały na własnym miejscu.
    no i wiecie, nie ma tego złego, gdyż – nagle inteligencję odzyskawszy – szara wariatka zaczęła pokazywać, na co ją stać. między innymi znalazła alternatywne nie do zatkania super przejście za wersalkę, za którą to najwyraźniej znajduje się szynszyli raj oraz dużo drewna marki sklejka do gryzienia. w szynszylim raju, oprócz drewna marki sklejka, główną rolę grają szynszyle bobki, i muszę Wam powiedzieć, że co jak co, ale przestojów w produkcji to moja szara księżniczka nie ma ostatnio. ni hu hu.

    no, i jeszcze poza tym się nic nie dzieje, wiecie. ten znajomy od tej kiepskiej książki poinformował, iż niemal skończył książkę namber tu. i wiecie – tu odrzucam lśniące blond pasmo – jedna z postaci jest że niby mną inspirowana, znaczące spojrzenie.
    jest to POLSKA KSIĘŻNA, mieszkająca we wszawie, lekko stuknięta, poniekąd alkoholiczna oraz szaleńczo sympatyczna.
    no, przynajmniej z tym ostatnim się zgadzam.
    i w dodatku, z całej listy podesłanych mu polskich kobiecych imion, kolega wybrał… imię ktoto.
    no cóż, od dawna wiedziałam, że my dwie stanowimy jedną kobietę idealną.
    ja jestem śliczniutka i (nie)milutka, zaś ktoto jest inteligentna, umie gotować i robi karierę.
    tak.

    poza tym od rana nic się nie dzieje, ciągle nikt nie chce napisać za mnie raportu, który miał być gotowy na piętnastego, zatem upajam się makijażami gwiazd, przez Barbarellę podesłanymi, ukłony oraz oklaski, i zwłaszcza Dolly Parton i Nicole Kidman mój entuzjazm wzbudzają, wyglądają żywcem jak z clipu black hole sun Soundgardenów, kocham je za to.
    (Kelly Osbourne pomińmy taktownym milczeniem, wszak nie wypada śmiać sie z upośledzonych, zwłaszcza aż tak ciężko, nespa ? no.)

    a, i jeszcze dziś jest piątek.
    a za dwa dni znów poniedziałek, cieszycie się, prawda ?

    no.

    moja konsekwencja przeraża mię samą.
    wczoraj znowu poszłam na pilatesa na 7h30. niezorientowanym przypominam, że implikuje to wstanie o 6h30, godzinie, która NIE ISTNIEJE.
    w przebieralni, zwyczajowo już, owionął mię zapach drogich dezodorantów. przysznic, zwyczajowo już, był wolny.
    moja wyobraźnia zapachowa odmawia współpracy przy wyobrażaniu sobie miesięcy letnich.

    mój brak konsekwencji przeraża mię samą.
    w sobotę kupiłam sobie albowiem absolutnie niezbędnie mi zbędną KURTKĘ NARCIARSKĄ.
    RÓŻOWĄ.
    i jest tak : włoski mam długie i bląd, oczka niebieskie, kurtunię różową…
    MÓWCIE MI BARBIE.

    starość nie radość. no.

    a w urodziny poszłam sobie do kina na dobry rok, i jakkolwiek uważam wciskanie widzowi, że Russell Crowe i Marion Cotillard są w równym wieku za SPORE nadużycie (to tak, jakby powiedzieć, że ja i prawowity to jeden rocznik, hahaha), film mi się podobał BARDZO.
    no i, oczywiście, mam nadzieję, ze tytuł będzie proroczy.
    czego sobie i Wam, z naciskiem, jakżeby, na siebie, życzę.
    o.

    będąc młodą zupeńką powiedzieli w telewizji (jakiś teleranek pewnie, cycóś), że zęby należy myć dokładnie czyszcząc szczotką jeden po drugim, przez 2-3 minuty.
    jako, że już wtedy miałam kłopoty ze zrozumieniem mówionych zdań z nie do końca jasną składnią czy też kiepsko zaznaczoną interpunkcją (słynną frazę a jak mi odpowie nie kocham cię szkolna koleżanka musiała mi rozpisać na papierze wraz z dwukropkiem, którego ja po prostu NIE SŁYSZAŁAM), wykoncypowałam sobie, że ten każden jeden po drugim ząbek należy szorować przez dwie – trzy minuty.

    do przekonania przemówił mi dopiero argument Producenta, że w takim wypadku musiałabym co dzień wstawać o piątej rano, żeby zdążyć na 7h30 do szkoły.
    no bo przecież szorowanie ok. 30tu zębów zajmie jakąś godzinę…

    uległam pokusie, zaadoptowałam se psieska

    adopt your own virtual pet!

    no. a po porannym pilatesie (godz. 7h30, przypominam, jakby kto zapomniał), na trzęsących się nogach wyszłam i z pewną taką nieśmiałością skonstatowałam, że z dziesięcioosobowej grupy jestem jedyną, która bierze prysznic przed udaniem się do pracy.
    no.


    • RSS