zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 12.2006

    wczorajszego wieczora w łazience na podłodze zidentyfikowałam zaginięty parę dni temu korek do ucha.
    w/w korek do ucha, podobnie, jak jego brat bliźniak, parę dni temu, wieczorem, znajdowali się w mych jamach usznych w celu wytłumienia dźwięków pozaściennych.
    następnego dnia rano w bambetlach (ponieważ nienawidzę korków do ucha, wydłubuję je sobie przezsennie) zidentyfikowany został li i jedynie brat bliźniak. w/w korek zaginął. w podłóżka czeluściach, jak uznałyśmy jednogłośnie oraz jednomyślnie ja oraz ja.
    wczorajszowieczorne odkrycie zrujnowało oraz zrewolucjonizowało me spojrzenie na sprawę korka : czy to on dostał nóżek, czy też może ja jestem…
    aaaaaaaaaaaaaaa !!!!!!!!

    .

    4 komentarzy

    no i tak.
    w przeddzień świąt prawowity odkry, że szynszyle kąpią się w piasku.
    po pięciu latach pod jednym dachem, prawda.
    tuż po świętach krostowaty się przyznał, że czytał mój pamiętnik. taki analogowy, wiecie.
    aaa, i tego, nie ma się co bulwersować, prawowity dorwał się do niego już parę miesięcy temu.
    poprzedni zaś zapalony czytelnik mojego pamiętnika, szanowny ojczulek, uprzyjemniał mi święta co pięć minut pytając to kiedy ?, i jakoś sugestie, że może by się odwalił na niewiele się zdały.
    następnym razem, o ile takowy nastąpi, poproszę go grzecznie, żeby się odpier… ewelntualnie, równie grzecznie, poinformuję, że tuż po tym, jak łaskawie wyciągnie kopyta.

    tak że wiecie. super święta miałam, prawda.
    a w planach równie porywający sylwester. co mi tam, jak szaleć, to szaleć, nie ?

    już mi niedobrze od tych tłumów na ulicach i w sklepach.
    migające światełka i ogłuszająca świąteczna muzyczka wszędzie przyprawiaja mnie o mdłości.
    na odtrutkę czytam Festung Breslau i słucham Gorillaz.
    miałam pomysł, żeby do świątecznych prezentów dorzucić każdemu po książce, w ramach mojej prywatnej czytelniczej krucjaty. ale nie jestem w stanie przemóc się, by wejść do empiku.
    w domu zapasy żarcia powoli się kurczą, bo nie mam odwagi iść do P&P, nie mówiąc już o przeżywającej oblężenie Hali Banacha.
    w dodatku ciągle nie doszedł prezent dla prawowitego, wysłany z Katowic priorytetem w poniedziałek.

    a tak w ogóle to życzę Wam fajniejszych świąt, niż moje. przyrzekam – to nie będzie trudne.
    a sobie życze, żeby ten gówniany rok się wreszcie skończył.

    howgh.

    ugięłam się pod naciskiem wpływowego osa lobby, które ujawniło się pod notką poniżej, i wypuściłam osę.
    która oczywiście CIĄGLE ŻYŁA.

    a mówiłam Wam, że w domu MAM OSĘ ???
    ŻYWĄ ???
    w niedzielę w bonusie z wypranym dywanikiem ecru dostałam CZYSTĄ ŻYWĄ OSĘ.
    zaczęła mi się tarabanić w skos dywanika, a tu Isaura szara wariatka w terenie, co będzie, jak ją ta zdzira użre ?
    wysłałam semesa do ktoto, ta mi mówi niech ci okna umyje, albo chociaż poprasuje
    przykryłam osę kloszem vel szklaneczką, stwierdziłam poczekam, aż zdechnie, małpa w paski
    w poniedziałek wróciłam z fabryki sprawozdanie do ktoto osa nie żyje
    ktoto odpowiedziała a poprasowała ?
    nie, zdechła bez prasowania, zdzira
    w poniedziałek koło 23 okazało się, że zdzira jednak CIĄGLE ŻYJE.
    no to ją zostawiłam pod tym kloszem. znaczy, szklaneczką.
    wczoraj, we wtorek, wróciłam, i stwierdziłam no, teraz już na pewno ją szlak trafił, będę mogła przystąpić do czynności pogrzebowych w toalecie. po czym późniejszym wieczorem ZNOWU SIĘ OKAZAŁO, że ta jędza SIĘ RUSZA.
    normalnie na jakiś długowieczny egzemplarz trafiłam.
    ktoto mówi wywal ją za okno
    k. mówi wciągnij ją do odkurzacza
    a mię się serduszko kroi na myśl o tak ekstremalnych posunięciach, bo przecież zimno teraz, i pada, w odkurzaczu za to ciemno i ukurzenie, a ta oska taka mała i bezbronna, i to przecież nie ona utukła Sałacką, ta jest dobra i nie zasługuje na śmierć w kurzu albo z zimna.
    nie ?
    no.

    no i

    1 komentarz

    i taką ciężką gatunowo notkę machnęłam, i teraz nie wiem, jak przejść bez zgrzytu do lżejszych tematów, które, jakby nie patrzeć, stanowią jednak epicentrum mojego blogusia.

    opowiem Wam zatem o EGZAMINIE.
    pojechałam. wzięłam taksówkę i pojechałam. kazali być pół godziny wcześniej. no to byłam.
    spodziewałam się wielkiej hali i dzikich tłumów na blachę wykutych europatów, a zastałam salkę mniejszą od biura zuposzefa, z osiem komputerków, z czego połowa wolna.
    roztrzęsionymi rękoma odwiesiłam kurtkę, a miły pan w czapeczce powiedział, że jak chcę, to mogę zacząć już teraz, jeśli mam ochotę.
    ochoty nie miałam, miałam za to desperację.
    w tej desperacji roztrzęsionym tyłkiem zasiadłam na całkiem wygodnym krzesełku i odpaliłam programik.
    miałam pięć minut na przejście przez fazę przygotowawczą. jak szaleć to szaleć, mruknęłam do siebie, odpalając po dwóch minutach test.
    zaśmiewając się niemal w głos – absurdalne pytania lepsze od prozaca -drogą losowania odpowiadałam na pytania typu jaka ryba jest chroniona przez wspólną politykę rolną, w którym traktacie pojawia się po raz pierwszy „subsidiarite” czy czego dotyczył plam Morholta, który potem okazał się być Mansholtem, i nagle okazało się, że minęło 8 minut, a ja już cały test machnęłam.
    jak szaleć to szaleć mruknęłam se ponownie i przejrzałam cały test na nowo. cośtam poprawiłam i po siedemnastu minutach z rozpaczą w głosie – coś mi sięwydaje prawie na pewno, że przez cały egzamin do siebie gadałam, były kamery, jak to zarejestrowali JESTEM SPALONA – stwierdziłam, że ja to chromolę, robię drugą część, pragnę gorąco mojego lindemansa, co czeka zapewne niecierpliwie na mnie na półeczce w w P&P’s w bull shity, i tęsknym wzrokiem rozgląda się wokół i pochlipuje cichutko i smutniutko.
    druga część egzaminu – rozumowanie werbalne i numeryczne – nie była już tak zabawna, jak pierwsza, i – co gorsza – kazała analizować i MYŚLEĆ – o ZGROZO.
    jednakowoż przeżyłam, miłemu panu w czapeczce powiedziałam, że o dziwo, to nie gryzło, przystojnemu, świeżo przyjściętemu, panu pożyczyłam powodzenia (nie stówy, nienienienienie, aż tak miła to ja nie jestem) i pojechałam po mojego sikacza wymarzonego, którego – oczywiście – NIE BYŁO. wyobrażacie sobie MOJĄ FRUSTRACJĘ ??? a ja przecież to wszystko TYLKO DLA NIEGO !!! te półtora miesiaca wyrzeczeń i oczekiwania, to DLA NIEGO ! a jego NIE MA. faceci to świnie, utwierdziłam się w duchu, i zakupiłam casilliero del diablo. też dobre.
    wróciłam do domu, odgruzowałam salony, z dziką satysfakcją upychając stosy wydruków oraz obsikany w przeddzień egzaminu – zapewne na szczęście – przez szarą wariatkę segregator z notatkami i inne pomoce naukowe na najwyższej półce i w SZCZELNIE zamkniętym pudle (bo inaczej mogłyby wyskoczyć i ugryźć), przeżyłam wizytę ołnerki, otworzyłam butelkię, odkurzyłam druty, w których z wdziękiem – zapewne – zaległam niecałe dwie godziny później.

    a wyniki będą za półtora miesiąca.
    nie ma to jak unijna skuteczność.

    w środę umówiłam się na masaż, z panem M., człowiekiem o magicznych dłoniach.
    ponieważ to był akurat trzynasty grudnia, więc włączył się od razu na wejściu wątek martyrologiczny. i jakoś tak, płynnie i niepostrzeżenie, od wydarzeń z roku 81 przeszliśmy do wydarzeń z lat 50.
    pan M. opowiedział mi, jak jego teść był w AK i jak go komuniści ścigali, jak przeżył 6 lat w dziurze wykopanej pod kuchnią jakiejś wiejskiej kobity, i jak miał brata, inżyniera, który wojnę jakoś tam przeżył, nie angażując się w AK zbytnio, natomiast po tejże zaangażował się w odbudowę Polski Ludowej, i miał tę czelność coś prywatnie próbować osiągnąć. i szło mu całkiem nieźle, wykształcony jeszcze przedwojennie był, obyty i z kontaktami (no, tymi, któe przeżyły). kręcił sobie ten biznes, nie wadząc nikomu, dopóki nie okazało się, że zna. zna brata/syna/pociotka kogośtam. kogoś, kto akurat był na czarnej liście. kogoś, kto akurat był ilnie poszukiwany. KOGOŚ.
    zatrzymali go. oczywiście. katowali go. przez parę tygodni. a na zakończenie
    oblali.
    wrzątkiem.
    całego.
    i wypuścili.
    nie było miejsca na jego ciele, które by nie było poparzone.
    zmarł parę dni/tygodni później.
    przy okazji sekcji zwłok wyszło wiele innych „ciekawych” szczegółów z tortur.
    od środy, trzynastego grudnia 2006, godz. 10h45 prześladuje mnie ten widok, który widzę przed oczyma, nawet nie zamykając oczu. ten krzyk, który zagłusza ruch uliczny, gwar zakupowy i śmiech dzieci.
    od środy, trzynastego grudnia 2006, godz. 10h45, zastanawiam się JAKIM TRZEBA BYĆ CZŁOWIEKIEM, żeby zrobić coś takiego drugiemu człowiekowi.
    i czy ktoś taki kwalifikuje się jeszcze do miana „człowiek”. (na miano zwierzęcia nie zasługuje na pewno – nie ma zwierzęcia, które bez powodu zakatowałoby inne zwierzę)
    i mam nadzieję, cichą mściwą nadzieję, że TO COŚ miało paskudne życie. a jeśli jeszcze to życie ma, to że umrze paskudnie. nie tak, jak Gajos w Norymberdze od litościwego strzału „kolegi”. tylko powoli i w męczarniach. i że wspomnienie tego, co TO COŚ zrobiło, przedarło się wreszcie do jego świadomości, i nie dało mu umrzeć w spokoju.
    tak, jak nie daje teraz w spokoju żyć mnie.

    a we czwartek wieczorem, przyrzekam,
    * zasiądę przed telewizjerem z drutami
    * obejrzę wszystkie najgłupsze filmy, które w nim akurat pokażą
    * oraz wypiję całą butelkę Lindemansa
    * i będę miała wszystko w d….

    tak właśnie.

    w oczekiwaniu tego cudnego dnia – WY-MIĘ-KAM oraz mam dość.

    tak właśnie

    niektórzy ludzie powinni znajdować się na liście leków refundowanych.

    i nadzieją na przyszły rok

    zrobiła się nagle zwierzątkiem jednofunkcyjnym.
    jak je, to nie kupa. jak kupa, to nie je.
    o, przepraszam, skłamałam. je. ale TYLKO flagę Brazylii.

    ja natomiast latam za nią z paseczkiem papieru w celu wytaplania go w jej świeżym moczu.

    takie, panie, rozrywki w zuppenhausie.


    • RSS