zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 8.2006

    mi te moje senno-butowe historie nie wypalą, to się zgłoszę do londyńskiego biura matrymonialnego, albo do tego biura gdzies na Śląsku, co poszukiwało żon dla francuskich rolników, i niech ktoś odwali tę czarną robotę za mnie. o.

    no więc wróciłam, no co, no czego, cholera. mam się powtarzać i wyznawać znów skrycie, że mi się NIE CHCIAŁO ?
    pf.

    śniło mi się, że oglądałam półkę w sklepie z butami. i były takie jedne, piękne, na koturnie, wiązane wokół kostki, zielone. i ja ich bardzo chciałam, ale w wersji czerwonej. a czerwone były takie inne, co też mi się podobały, ale nie były takie idealnie piękne.
    książka pt symbole senne niejakiej Ewy Seydlitz wyznała mi :
    BUTY – związek partnerski lub przyjacielski, oficjalnie zadeklarowany i funkcjonujący w otoczeniu (…) Kolorowe, nowe, czyste – związek z kimś kochanym i atrakcyjnym, wtedy szczegóły dopowiada kolor butów (p. kolory). Na obcasie, pantofle : snobizm i wysokie ambicje w stosunku do partnera/partnerki
    popaczyłam se w kolory, no i mi powiedziały :
    KOLORY – niosą ze sobą bardzo ważne dane i zawsze trzeba zwracać na nie uwagę podczas analizy snu (…) Zielony : zgodność z własną naturą, nadzieja na rozkwit i długi trwanie czegoś w czasie, dążenie do rozwoju i stabilizacji, harmonia z otoczeniem i sobą, wierność i stałość w związku miłości. Czerwony : namiętność, pożądanie seksualne, ożywienie fizyczne i psychiczne, inicjatywa i zdobywczość. Jasność (światło, żółty kolor) – sukces, szczęście, zdrowie, sława, wyjaśnienie problemów
    (ach, bo zapomniałam powiedzieć, że tło było takie ładnie rozświetlone, żółciutkie)
    pozwolicie Państwo, że interpretację zachowam dla siebie ?

    zamiast tego skupię się na tym ślubie, co to go nie było.
    no bo to było tak. jakoś tak w tym samym momencie, co rzucałam krostowatego, jego najlepszy przyjaciel oświadczył się swojej, khe khe, nazwijmy to dziewczynie, aczkolwiek brzmi to tak, jak to brzmi.
    no więc stefan się oświadczył, tak ? no.
    potem stefan naciskał bardzo, żeby ślub był jak najprędzej, i zasugerował pewną ładną sierpniową datę. ewentualnie wrześniową. niemniej jednak w ostatecznym losowaniu padła ta sierpniowa.
    zaznaczmy tu, bez nawiasu, że laska od stefana chciała nic, zakochana była po uchy i pragnęła li i jedynie, by stefan pozwolił jej się adorować z w miarę bliska i zaszczycał jej skromną osobę swą bosską uwagę od czasu do czasu, kiedy akurat inne – najwyższej wagi, oczywiście – sprawy jej zbytnio nie zaprzątają.
    następnie wystartowały przygotowania do zaślubin oraz zapewnienia, jak to stefan super się czuje z tą decyzją, bo ona była najlepsiejsza w całym jego lajfie. taki był, a co.
    przygotowania trwały, natomiast zapewnienia postępowały w tempie odwrotnie proporcjonalnym : im bliżej szczęśliwego numerka, tym mniej ich.
    w końcu, po kawalerskim wieczorze by krostowaty (który to miał świadkiem na ceremonii być), w którym oprócz szczęśliwego młodego uczestniczyło trzech jego kumpli, czyli krostowaty i dwóch innych, i na którym to krostowaty przekonywał szczęśliwego, że powinien przełamać swoje obawy przed ceremonią, i że później już będzie super, a jak nie będzie, to się rozwiedzie, bo w końcu we Francji jest jakiś taki mikrusi odsetek rozwodów, coś w stylu 60%, nie pamiętam dokładnie, to jeden rozwód mniej, jeden więcej wielkiej różnicy nie zrobi, a tutaj do ślubu tydzień i przygotowania poczynione, i kasa wydana, i laska sfrustrowana, bo stefanowi odp… tego, luzuje, i na którym to – wieczorze kawalerskim, przypomnijmy, bo mi sie znowu zrobiło zdanie na pięć stron i można wątek zgubić – dwaj pozostali przekonywali barana, TFU, co ja mówię, SZCZĘŚLIWEGO, oczywiście, że jeśli tego nie czuje, to niech się nie żeni, no więc w dzień po kawalerskim wieczorze następujący stefan pojechał po szczęśliwą narzeczoną oraz matkę JEGO, nie jej, na lotnisko, bo gdzieś tam włajażowały były, przywiózł je do podparyskiego domu, oświadczył, że on jej nie kocha na tyle, by się z nią żenić, zwinął bety i pojechał w piiii.com.fr.
    w ten oto sposób na tydzień przed ślubem panna siadła se w szoku na fotelu, matka jego uczyniła podobnie, a stefan udał się do krostowatego w celu uzyskania pomocy w odwoływaniu 120 (słownie : stu dwudziestu) gości, zwrotu poczynionych zakupów oraz porady psychiatrycznej, gdyż on, wiecie, taki WRAŻLIWY i taki ZAGUBIONY, i czuje, że WARIUJE, i taki NIESZCZĘŚLIWY jest.
    i co poczynił krostowaty oraz członkowie familii jego ? no POŻAŁOWALI stefana.
    bo on taki WRAŻLIWY. ZAGUBIONY. NIESZCZĘŚLIWY. i w ogóle.
    NOSZ KURWA.
    ach, a czy wspomniałam, że wyżej opisany stefan jest pilotem ? w air france ? pocieszcie się – lata tylko na długich rejsach obecnie, więc w samoloty wszawa – paryż można wsiadać W MIARĘ bez obaw, aczkolwiek KTO ICH TAM WIE, ilu jeszcze pojebów w menu zaposiadają.

    poza tym wczoraj odebrałam miss Isaurę z hotelu, autystyczną wariatkę, co mi od razu pod szal wlazła (ach, chwaliłam się? od przed Barceloną kaszlam, a pan geniuś z medicover dopatrzył sie u mnie głównie niczego. a że nie sypiam od kaszlania i przy okazji sypiać nie daję – to pikuś jakby), zliczyłam warszawiankową saunę, portugalską restaurację na przeciwko – mniamuśna ! – wizytę w Apple’u z niedomagającym Ipodem (opierdalające pismo w temacie godzin otwarcia w toku), zakupy oraz szorowanie kuchni.
    i to szorowanie kuchni zafundowało mi zdecydowany back to reality. bolesny.
    kóniec wakacji. zdecydowany kóniec.
    ech

    (a 7go października koncert Marisy Monte w Paryżewie.
    jechać, nie jechać ? w alternatywie – branżowy turniej piłki skopanej…)

    obiecałam Miro ?
    obiecałam.
    no to macie. tryptyk w oryginale zatytułowany coś jak obraz dla samotnego eremity
    składa się on z cyklu trzech obrazków, każdy powierzchni, nie przesadzając, 15m2.
    włala !

    miro2.JPG

    prawowity nazwał to tak :
    obraz nr 1 trasa niebieska
    obraz nr 2 trasa czerwona
    obraz nr 3 konfabulacja

    następnym razem zafunduję Wam tryptyk pt pocieszenie dla więźnia skazanego na śmierć. taki też był, a co. trochę bardziej skomplikowany, albowiem koloru trochu było, będę musiała się bardziej przyłożyć.

    dziś znowu wyjeżdżam.
    czy muszę mówić, że mi się nie chce ? ;)

    wróciłam. mój stan popowrotowy najlepiej obrazuje konwersacja wja gadudadu z panią laską, która jednakowoż nie nadaje się do przytoczenia na tychże, jakże szanownych, łamach, prawda, mego blogusia. najlepiej zaś zrozumiecie, jaki ma wydźwięk, jak powiem, że pani laska powiedziała mie tak : zupa, widzę, że jesteś, nie pitol, nikt nie bluzga tak, jak ty, nawet ja we śnie koniec cytatu.
    innymi słowy, pełne szczęście i radość życia w mym wykonaniu w ten słoneczny jesienny poniedziałek.
    no ale wróćmy do naszych baranów, vel Bacelonów.
    w Barcelonie otóż, Mili Państwo, lało, z przerwami na chmury. z całego tygodnia na plażę nadały się dwa popołudnia i jedno przed. skorzystaliśmy skwapliwie, mimo, że stado Żabów koniecznie chciało nam siąść na głowie. zaparłam się jednakowoż wszystkimi odnóżami, i nie dałam się nędznikowm wysiudać z grajdołka. a co, nie będzie żabojad pluł nam w twarz, nie ? no.
    no, i prawowity, w chwili geniujusia, filozoficzne refleksje snuć zaczął, w temacie, jak się nazywa gniazdo dla żab… refleksje brzmiały tak :
    no bo tak, ptak – ma gniazdo. zając, lis – norę. koń – stajnię. a żaba ? …. mhm…. żaba… mhm… żaba ma… MIESZKANIE W PARYŻU ! oświadczył w olśnieniu. co ja, wrednie i w ogóle nie po humanitarnemu skomentowałam raczej PLAŻĘ W BARCELONIE. za grosz nie ma we mnie wyczucia ni współczucia, ZA GROSZ.

    no ale w związku z tym, że padało, to ZWIEDZALIŚMY. kupiliśmy se bilet dwudniowy na autobus turystyczny, i zwiedzaliśmy. i nagle się okazało, że ta Barcelona teraz, to zupełnie nie jest ta Barcelona sprzed sześciu a nawet sprzed czterech lat. ta Barcelona teraz to dzikie tłumy na ramblach, w parkach i wszelkich muzeach, i – niestety – nie tłumy tak wielonarodowościowe, jak wcześniej. teraz są to tłumy głównie francusko i włoskojęzyczne, angielski, niemiecki, HISZPAŃSKI, słychać tu z rzadka. i w ogóle niech mnie ktoś zabije z tych ich cholernym katalońskim. jak ja mam rozumieć język, który ma się do hiszpańskiego tak, jak polski do kaszubskiego, NO JAK ??? no do cholery cienszkiej, kto w ogóle wymyślił język, który jest mieszanką hiszpańskiego, angielskiego, łacińskiego, niemieckiego i angielskiego, i JAKIEGO ZIELSKA się ten ktoś napalił ? bo na trzeźwo na pewno tego nie zrobił, to nie ma byka.

    no. obejrzeliśmy też muzeum Joana Miro, które ZDECYDOWANIE poprawiło mi humor, zdecydowanie. nie dosyć, że zajęło nam czas podczas oberwania chmury (co za niespodziewanka, prawda. bo przecież w Barcelonie to GWARANTOWANA piękna pogoda, a ta ulewa przy lądowaniu samolotu, potem następna jak poszliśmy na hotelowy basen, a potem jeszcze jedna, jak poszliśmy na kolację, a potem jeszcze jedna, jak wróciliśmy z kolacji, a potem następna w środku nocy, a potem kolejna jak…. (i tu w filmie powoli następuje wyciszenie dźwięku, sugerujące, że dalej wymieniam) ), no więc zwiedzanie nie dość, że zajęło nam czas podczas oberwania chmury, to jeszcze przywróciło mi wiarę w me umiejętności malarskie. przyrzekam Wam, od przyszłego tygodnia biorę się do malowania i rysowania. i zrobię na tym WIELKĄ KASĘ, potem ustanowię Fundację Cioteczki Zupy, a barany będą przychodzić ją odwiedzać i płacić bodajże dziesięć ełrasów za obejrzenie cyklu trzech obrazów, przedstawiających mniej lub bardziej pofałdowaną kreskę (za każdym razem jedną) i zatytułowanych obrazy dla samotnego eremity czy coś w tym guście.
    e tam, co ja będę czekać na jutro. dziś wieczorem rzucę na kartkę pierwszy szkic, i Wam jutro zaprezentuję, podzielę się z Wami mymi dziełami inspirowanymi WielkimArtystąMiro.
    nosz qrva, nie wiem, kto go wypromował, ale to był zarąbisty piarowiec i marketingowiec, przyrzekam.

    w Barcelonie również ŻARLIŚMY, głównie w el rey de la gamba, głównie gigantyczne ilości owoców morza (navajas i chipirones oraz zarzuela rules) i pan tostado con tomate. ah, no i koniecznie sangria de cava. litr co najmniej. inaczej się nie liczy.
    od przyszłego tygodnia natoomiast sałs bicz, pierwsza faza, rules. zaboli.

    no, a jak wrócilićmy, to – jakże by inaczej – PADAŁO. to tak, wiecie, dla odmiany.
    no i ogólnie, wyrażam się dziś w sposób nienadający się do powtórzenia na łamach tego, itp, co mieliście okazję przeczytać na samym początku…

    (chyba muszę wreszcie sobie kupić tą płytę, bo inaczej DOSTANĘ ZUPEŁNEGO FIOŁA !)

    jak dorwę tego, który wymyślił slogan Banderi 4, miejsce PEŁNE OSOBOWOŚCI to przyrzekam, że będzie miał dupę PEŁNĄ KOPÓW.

    prawowity znalazł mieszkanie w B. pojadę za nim – nie pojadę, nieważne. tak czy tak – zamyka się pewien etap mojego życia.
    koniec wieku niewinności ? ;)

    spotkanie 6 osób „na stanowiskach”. trzy kobiety, trzech facetów.
    trzy obrączki.
    wszystkie na męskich palcach.
    symptomatyczne.

    wczoraj po południu na niewielkim spotkanku przystojny pan dyskretnie sprawdzał, czy pierścionek na moim palcu nie jest obrączką. do konkluzji żadnych najwyraźniej nie doszedł, niemniej jednak przyjemnie było przyuważyć to spojrzenie.

    dziś z rana na jednej z wszawskich artylerii zobaczyłam knajpę : jadłodajnia świętokrzyska. o, nasi tu byli, się ucieszyłam.
    a potem zauważyłam wielki napis na szybie KEBAB.
    NO JA WAS PROSZĘ, no.

    gardalandzka hotelowa klima zdecydowanie rozwaliła mi gardło. śpię w ciepłej piżamkie i polarowym szaliku.
    i dziwnie jest wracać do domu, w którym nie ma tej autystycznej wariatki, Isaury. niby przyjemnie zostawiać wszystkie drzwi otwarte i nie sprawdzać zabezpieczenia balkonu, ale jednak.

    a od soboty… miasto moich marzeń

    pomylone misie, pomylone misie
    pomerdało misie pomerdało misie

    zamiast Alicji przeczytałam Pratchetta i z bólem przyznaję, że muszę zrewidować mój stosunek do literatury fantasy.

    natomiast Gardaland najfajniejszy jest po zmroku, wtedy nawet – banalne za dnia – jungle rapid robi się tajemnicze i niesamowite.
    a w Movielandzie najlepszy jest Horror house.
    no ja Was proszę. wchodzicie sobie ze świeżą głową do badziewnego parku rozrywki w sobotni słoneczny poranek i mówicie to przed blues brothers zajrzyjmy sobie do Horror house’u, a tam Was atakują czarną czernią niekończących się korytarzy, w których inaczej niż gęsiego nie da rady, oraz w których to co i rusz pojawiają się najstraszniejsze zjawy wszelakie, od dziewczyny z egzorcysty, przez mumię, Hanibala Lectera (który chyba był trochę zdziwiony moim brakiem reakcji, ale to na karb szoku po facecie z krzesła elektrycznego, co po kilku dawkach się wziął i podniósł i wyszedł z klatki), szalonego chirurga aż po faceta z piłą elektryczną, którego dostrzegłam już li i jedynie kontem oka, ponieważ gdyż idący za mną Italiańcy na widok uchylających się drzwi po prawej rzucili się do panicznego galopu w stronę drzwi po lewej, które to – dzięki Bogu – okazały się drzwiami wyjściowymi, mało nie tratując mię po drodze.
    no więc sami rozumiecie, że jeśli w sobotę z rana zieje na Was Hannibal Lecter oraz ostrzy skalpelek szalony chirurg, to potem JUŻ NIC nie wygląda tak samo.

    bądźmy szczerzy, wcale nie mam ochoty TAM jechać.
    a jadę.
    i wcale nie jestem pewna.
    a robię.

    i po co mi to ? masochizm ? chyba tak, innej odpowiedzi nie widzę

    udało mi się nie udać mi ciasto.
    kruche.
    kursu wypieku takowegoż udzieliła mi korespondencyjnie mama ktoto, która to – również korespondencyjnie – gratulowała mi następnie słowami no ja Ci gratuluję. nie każdy UMIE NIE UMIEĆ bo według coponiektórych ciasto kruche to niby taki basic jest. pfff.
    (jej mama też mi gratulowała. czy to znaczy, że jestem GIENIUSIEM ???)

    ale za to jabłka na cieście były mniamiśne. naprawdę, wyjątkowo mi się udały. chcecie przepis ?
    bierzecie około 7 PLN i ałtobus linii 517 ewentualnie własnego kara, podjeżdżacie pod bul szity, wchodzicie do Piotra i Pawła i zdejmujecie z półeczki litrowy słój jabłek na szarlotkę marki prospona. płacicie. następnie doprawiacie je odrobinę cynamonem.
    PALCE LIZAĆ.

    a dziś dotarła z pierdlina kolejna Ala. tak ją sobie dozuję, po jednej książeczce, żeby mieć czas choć na jedzenie… eee… przecież można czytać przy jedzeniu.
    no dobrze, to na siusiu. eee… przecież tą poprzednią doczytałam zamknięta w firmowym kiblu na cztery spusty, bo JUŻ NIE WYRABIAŁAM, MUSIAŁAM WIEDZIEĆ, CZY TO ON GWAŁCIŁ.
    no dobrze, gópio zrobiłam, czeba było obiedwie pozostałe zamówić, i nie maltretować się więcej. ech, gópia zupa.
    no więc dotarła Ala, tak wiecie, w ramach embarga na kupowanie książek dotarła. już zacieram zęby, będzie co czytać jutro w aeroplanie

    tymczasem dziś wieczorem – gaspacho z Państwem Ecikostwem :)


    • RSS