zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 7.2006

    zasadniczo z łikędem było tak, że go nie było.
    najpier albowiem była odnowa biologiczna na warszawiankie, co to tak odnawia, że potem człowiek rzuca się na kluchy w bordo, nażera się po uchy, a potem śpi jak bejbi trzy godziny i budzi się rozespany tylko po to, żeby wypożyczonym skuterkiem wpieprzyć się na trawnik.
    (aczkolwiek przyznać muszę, że 40st C w mięcie przeżyciem było ekstremalnie przyjemnym… natomiast setka z niby ptaszkami w tle… no, ja podziwiam tych, co w niej 12 minut wytrzymują. my daliśmy radę minutom pięciu, i następująca po tymże kąpiel w studni lodowej była zdecydowanie absolutnie cudowna)
    no bo co to za pomysł, żeby gaz był w kierownicy pod prawą ręką, no co ???
    no.
    potem była niedziela i kolejny dzień ze skuterkiem.
    i tego, no… no bądźmy szczerzy : zupa natural born scooter to raczej nie jest. no. NA SZCZĘŚCIE zupa ma wiele par długich spodni. a NIEBIESKI to taki ładny kolor, nie ?…
    (natomiast ten baran z tą swoją lampucerą i w tym tandetnym samochodzie, co wjeżdżał na ten skręt z letka mało zabawnie szybko, i co mu się zupa niemal pod kołami rozplazła była, i co nawet się nie spytał nic się pani nie stało zanim spierdolił, to… to temu baranowi niech… O. tego mu życzę. o.)

    i koniecznie muszę się nauczyć robić sangrię.

    właśnie zdałam sobie sprawę, że jakoś w połowie sierpnia minie TRZYNAŚCIE LAT od kiedy opuściłam gościnne domu rodzinnego mego progi.

    i rym – cym – cym, i tralalala
    idziemy przez życie w podskoookach

    (i co z tego, że cycata ma się jak pięść do nosa ?)

    …i resztę życia

    PROVERBE1.JPGalkohol nie pomaga nam w rozwiązaniu wszystkich problemów…
    nie…
    ale woda i mleko też nie

    dzień dobry Państwu

    Osiołkowi w żłoby dano,
    W jeden owies, w drugim siano.
    Uchem strzyże, głową kręci,
    I to pachnie, i to nęci.
    Od któregoż teraz zacznie,
    Aby sobie podjeść smacznie?
    Trudny wybór, trudna zgoda –
    Chwyci siano, owsa szkoda.
    Chwyci owies, żal mu siana.
    I tak stoi aż do rana,
    A od rana do wieczora;
    Aż nareszcie przyszła pora,
    Że oślina pośród jadła-
    Z głodu padła.

    przyrzekam. skończę jako spasiona, wystrojona jak tandentna piętnastolatka, chimeryczna i histeryczna stara panna, postrach wszystkich dzieciaków z podwórka, na zabój zakochana w swoim równie spasionym i starym sfilcowanym pudlu.
    bo na utrzymanie błękitnego doga niemieckiego nie będzie jej stać.

    łaj łaj łaj, pliz ekspejn it tu mi, łaj ???
    dlaczego, jak zwykle, dałam się ponieść owczemu pędowi mas, dlaczego ?
    znowu zakupiłam samoopalacza, i radośnie wysmarowałam sobie nim wczoraj wieczorem odnóża.
    dziś zatem paraduję z żółtymi palcami oraz pomarańczowym wesołym wzorkiem na kończynach dolnych.
    w dodatku, żeby mnie dobić, spaliła się mię żarówka w lodówkie, i normalnie nie widzę w niej już nic, nawet jedyne jej stałe, zielonkawo szkliste oraz korkowo obłe wyposażenie pozostaje dla mnie zagadką.
    już nawet nie mogę się upić, żeby nie widzieć tego, com sama sobie uczyniła.
    dla podkreślenia złośliwości losu dodam, że w reszcie mieszkania iluminacja działa bez zarzutu, a nawet wręcz z pewną taką nadgorliwością, bym powiedziała.
    dodatkowo franek szwajcarski w jedynie słusznym moim ulubionym renacjonalizowanym banku uprawia regularnego kazaczoka, i nie wiem, czy mieć nadzieję, że spadnie jeszcze i wtedy lać na mój stary kredyt moje płynności, uwierzyć w dalsze spadki i większe oszczędności, które niosą za sobą jednakowoż spore ryzyko wzrostów, i co za tym idzie – strat, czy też spłacić dziś i mieć spokojną głowę. rozważna czy romantyczna, do cholery ???
    poza tym laska przysyła mi takie oto przerażające linki, i w tem kontekście to ja już zupełnie nie wiem, co ja teraz będę robić w robocie.

    (może czytać te książki, co wiecie…?)

    cała zdołowana byłam w tą niedzielę wieczorem, no mówię Wam, dół dół i parę metrów mułu.
    no to wzięłam, i posprzątałam se sypialnię. i wiecie co…?
    brzydki ten mój parkiet, naprawdę. jakoś do tej pory go nie zauważałam spod stosów polityk pressów wysokich obcasów i bibów. i normalnie nagle się okazało, że ten pokój całkiem spory jest! no zaskok, że ja cię nie mogę.
    w związku z tym nagle odzyskanym miejscem, już sie zastanawiam, jak je zagospodarować – sprowadzić od prawowitego mą bajer toaletkę czy zakupić półkę na książki.
    zasadniczo półka na książki przydałaby się bardzo, bo trochę mi się już nie mieszczą, zwłaszcza te nieprzeczytane, co ich już nie kupuję, bo sobie założyłam embargo, w związku z tym w piątek przyszły kolejne trzy z pierdlina, i powoli NAPRAWDĘ przestaję się mieścić na posiadanych półkach. książki stoją, na książkach stojących książki leżą, i na tych skrawkach miejsca między książkami co stoją a brzegiem półki, książki się tłoczą we wszystkie strony.
    no panie dziejku, niech te pisarze przestaną pisać, bo ja przecież NIE MOGĘ SAMA TEGO WSZYSTKIEGO PRZECZYTAĆ, no.
    w dodatku dałam się wrobić w tego Murakamiego, co ds oszczegała. a ona tak ładnie oszczegała, a ja nagle zdałam sobie sprawę, że oprócz tego cholernego Norwegian Wood, co je kupiłam byłam w przypływie bulimii, mam na półce jeszcze jego coś po francusku, co je kupiłam chyba w Nantes, a to było już po tym, jak ona oszczegała, o ja gópia zupa, co ja teraz z tym wszystkim zrobię. bo wiecie, żeby jasność była – nie tknęłam ani jednej ani drugiej z tych jego książęk.
    tknęłam za to Alicię Gimenez-Bartlett, co ją kupiłam, bo pisze o Barcelonie, i musze powiedzieć, że z tego, co zauważyłam w post-fitnesowym półzaśniętym stanie, zaczyna się całkiem sympatycznie…
    ale z drugiej strony – ta toaletka taka jest słodziutka. no żal, żeby pojechała BEZE MNIE w świat. ksiązki w końcu można jeszcze poukładać na parapecie, nie ? nooo, powiedzcie mi, że można książki poukładać na parapecie! noooo ! póki światła nie będą zasłaniać, będzie dobrzenie ?

    a rano, gdy szłam z ałtobusu do fabryki, panna w rozkosznym zielonym kapeluszu wręczyła mi waniliową activię danona

    tak, mili państwo, nie mam klimy w biurze, ojjj nie.
    wchodzę zatem z rańca do sauny – nawet w ałtobusie linii 521 jest chłodniej – i starannie upinam włosy, po czym przygotowuję sobie KUBEŁ zimnej wody z bąbelkami i cytryną.
    a potem to już mam zajęcie na cały dzień.
    bo tak : kubeł (zimnej wody z babelkami i cytryną) uciska na pęcherz. pęcherz uciska na mózg. mózg uciska na spinkę.
    w związku z tym spędzam dzień na podróżach do kibelka i w tymże.
    no bo wiecie. woda domaga się ujścia, a i kosmyki (na tym, khe khe, WIETRZE) niesfornie ze spinki umykają. no więc trzeba je poprawić, przecież to tak nieprofesjonalnie z kosmykami za biurkiem siedzieć i robotę udawać, nespa ? no. nie mówiąc już o TYM DRUGIM aspekcie. no.
    w kibelku podczytuję sobie historię Antoine’a fryzjera, w autobusie Fuir, która irytowała mnie bardzo do chwili, kiedy nagle stwierdziłam, wczorajszego wieczora, że to – po prostu – NIE JEST książka autobusowa! że nad tym trzeba się skupić, i załapać sens zdań rozwleczonych jak u Prousta, i posmakować urody tego cholernego języka, co wkurza mnie ciągle swoim brakiem logiki i zachwyca jednocześnie swoim brzmieniem. u prawowitego natomiast zajęłam się lżejszą lekturką : a co. ino po francuskiemu, oczywiście.
    w przerwach psikam se stopy nowoodkrytym refreshing dezodorantem.
    mmmmmmmmmmm… najprzyjemniejsze chwile dnia ;)

    z ukłuciem w sercu wspominam
    iguana2.JPG

    i tak bardzo
    foz.jpg

    …fuir…

    w ramach wykonywania czynności służbowych przesadziliśmy z szefem kfiatka.
    e obecnych okolicznościach przyrody praca fizyczna to jedyne, na co mnie stać. intelegencja posapuje upocona pod biurkiem, a mój fotel jest gorący ZANIM na nim usiądę.

    taki tam sesemes od internetmana :
    Ruda, oświadczę Ci się, jak dojdę do wniosku, że chcę, by każdy dzień mojego życia wyglądał jak bitwa pod Stalingradem
    pffff.
    może ja jednak zostanę lesbijką.

    napisałam strasznie polityczną notkę.
    długą, mętną i kaczą.
    taka strasznie polityczna była, no mówię Wam.
    na szczęście bloguś okazał się mądrzejszy – zjadł trefną notkę.
    to napiszę tylko, że na głowie mam piasek sahary w pasemkach i świetnie przystrzyżone włoski, choć na poczynania pani Alicji patrzyłam ze zgrozą w oku (w tych krótkich momentach, kiedy nie przysypiałam), że w sobotę widziałam tragicznie kiepski film pt combien tu m’aimes (czyli za ile mnie pokochasz po polskiemu, nawet całkiem trafne tłumaczenie), kiepski, aczkolwiek całkiem niezły, jeśli ktoś lubi taką konwencję, a wczoraj – pogrom żabojadów.
    poza tym wkrótce urodziny krostowatego (echhh), a z planów na najbliższe półrocze… jeśli nie wypali opcja A, supertajna, będzie opcja B.
    czyli :

    lavender4.JPGlavender5.JPG

    wcale nie gorsza, w dodatku ciesząca prawowitego…

    (bez odrobiny polityki się jednak nie obejdzie)


    • RSS