zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 4.2006

    jak się poryczałam pod szczynszylohotelem (pytania o Róźka zdecydowanie nie należą do mojego ulubionego zestawu pytań), tak przestałam dopiero na niu łorldzie, kiedy pani policjątka zhaltowała mnie za jeżdżenie po tymże. i tym razem nie przemieszczałam się bryką służbową, w której dowodzie stoi jak byk : niu łorld namber fafnaście.
    ale co tam. królicze oczy i aktualna wizytówka zapewniły alibi.

    wiecie, od kiedy prawowity mi się (oraz Wam – poniżej) do nałogowego bloga mego czytania przyznał, będę trochę więcej zupologizmami pisać, może się chłopak zniechęci.

    jutro o tej porze będę molestowała telefonicznie koleżankę ds, niech nie myśli, że jej się uda zupę tak łatwo spławić.

    dzwoni parę dni temu taki jeden, któego to organizację parasportową zupofirma sponsoruje, i co to oświadczył, że prawowity nie jest chłopem dla zupy, i w związku z tym od półtora roku poszukuje zupie męża.
    dzwoni w sprawie kasy, oczywiście, na swój nowy pomysł :
    - no i jak, zupko, dotarł do ciebie projekt żagla ?
    - nie, dostałam majla bez załącznika
    - dobra, to już wysyłam z załącznikiem… ale postaraj się o kaskę dla nas, cooo ? będziesz mogła z tym swoim na weekend nad Solinę, na żaglóweczkę za darmochę przyjechać…
    - dzięki, ale wiesz, tak się składa, że jego najlepszy przyjaciel ma swoją własną żaglówkę i co i rusz organizuje różne rejsiki w bardzo ciekawych miejscach.
    - no ale to na dłuższy wyjazd, a tu by było na weekend !
    - na weekend ??? sześć godzine trasy w jedną stronę na weekend ? i po to, żeby przez dwa dni wisieć przez burtę i rzygać ??? no ja ci dziękuję bardzo.
    - no i jak ja ci mam męża znaleźć, jak ty taka BEZPOŚREDNIA jesteś ???

    masz spokojne, ułożone życie ?
    jest Ci w nim dobrze i bezpiecznie ?
    zgłoś się do zupy – zmieni to w najdłużej dwa tygodnie !
    największa specjalistka w urozmaicaniu sobie (i innym) życia, w komplikowaniu najprostszego – poleca swoje usługi !
    szybko, skutecznie i w miłym towarzystwie !
    niestety, nie tanio, ale to oczywiste – każdy WYBITNY SPECJALISTA musi się cenić

    (oddam ten tydzień za pudełko grycanowych lodów pinacolada)

    ciągnie mi się ten tydzień jak żuma do gucia.
    w taki, na przykład, poniedziałek, stwierrdziłam, że nie będzie Ipod pluł mi w twarz, i pojechałam z nim do punktu skupu, to znaczy ten, tfu, do sklepu appla. no.
    w sklepie appla pryszczaty i wągraty (ojezu, aż zabolało na sam widok) pan uświadomił mi, że fakt, że mój !@#$%^%#@* Ipod nie chce ściągać z aparatu fotek, gdyż ponieważ bo :
    - I tunes jest źle zainstalowane w komputerze (i dlatego Ipod nie ściąga zdjęć z aparatu foto, rozumiecie. bo Itunes w komputerze w biurze wg niego źle jest ustawiony)
    - aparat jest lewy (ale dwie karty pamięci wcześniej jeszcze lewy nie był, i ściągał bez pudła)
    - nie umiem obsługiwać Ipoda (w przeciwieństwie do prawowitego)
    - camera connector jest do bani
    - być może jednak Ipodzikowi dowala
    - a w takim wypadku, to niech ja se pójdę do ich serwisu, co on jest otwarty od 9 do 17. no. bo zabawki za niemal dwa tysie to sobie kupują takie barany co nie pracują, i sobie mogą się wyprawić na drugi koniec miasta w godzinach 9 – 17 w celu zdiagnozowania badziewia.
    no więc ja
    - poprosiłam o wyjaśnienie, w jaki sposób źle ustawiony program w komputerze wpływa na przesył zdjęć z aparatu na Ipoda
    - dyskretnie dałam do zrozumienia (dyskretnie, w zupomowie oznacza : bez qrev pod sufitem), że może i jestem blondynką, ale już dawno się tak na blondynkę badziewiak pryszczaty nie naciął
    - cudem powstrzymałam się od kosmetycznych sugestii
    - wyraziłam dyskretnie (tylko jedno „zayebiście” poleciało, no coooo) mą dezaprobatę w temacie godzin otwarcia applowego serwisu.
    obecnie zbieram siły na zadzwonienie do tegoż i dyskretne zasugerownie im zmiany godzin działalności.

    a w taki wtorek, na przykład, to mi na dzień dobry prawowity powiedział, że on za mną tęskni i chce, żebym wróciła.

    a w taką środę rano, na przykład, to mi prawowity powiedział, że on chyba mnie jednak nie kocha, i nie chce, żebym wróciła.

    a mówią, że kobieta zmienną jest.

    ale nic to, dziś udało mi się przynajmniej wydębić z sądu odpis z księgi wieczystej, a przyrzekam, że to zadanie czaso- i nerwochłonne.

    ten Meksyk to naprawdę nie taki zły pomysł. tam przynajmniej jak mi się czas będzie ciągł, to w przyjemnym otoczeniu.

    w listopadzie jadę do Meksyku.
    i nie wracam.

    a teraz, kochane dzieci, pocałujcie misia w d. jak powiedział artysta

    ta autystyczna szara wariatka powoli się rozkręca. już nauczła się robić rozpierduchę w klatce kiedy – jej zdaniem – za bardzo się ociągam z wieczornym wypuszczeniem jej na żer. do tej pory była to działka Róźka. znalazła nową trasę za kanapę. tą poprzednią pokazał jej Rózielec, oczywiście. wieczorami odwala szczynszylego matriksa, odbijając się od ścian drzwi okien i szafek, a kiedy zamykam ją w jej zagrodzie (to takie większe, niż klatka, mniejsze, niż cały pokój), testuje jej wytrzymałość skokami na siatkę. na szczęście ciągle nie nauczyła się otwierać drzwi od pokoju. ciekawe, ile jej to zajmie.

    w sobotę nadałam pierwsze w moim życiu regularne podanie o pracę. w trzech językach. przez co nie wyrobiłam się na fitnes. mam nadzieję, że chociaż oddzwonią, żeby powiedzieć pocałuj się niunia wiesz gdzie

    wieczorem jadłam ziemniaczaną zapiekankę z czosnkiem, wątroba ciągle mnie nienawidzi. natomiast CHYBA nie zabijam już oddechem. CHYBA.

    a w niedzielę na polach mokotowskich zakupiłam gejszę w czerwonym kimonie do mojej kolekcji, co to nagle się zaczęła tworzyć, i poleniwiłam się w trawie. i nie kupiłam poduszki z lawendą. ani waty cukrowej. ani rurki z bitą śmietaną. ani pajdy chleba ze smalcem i przydatkami.

    za to posprzątałam autystycznej w klatce. w piątek do hoteliku. pierwszy raz sama…

    wysłać kuriera Masterlinka po przesyłkę do osoby, która całe swoje zawodowe życie przepracowała na poczcie, bo ona – uwaga – NIE MA ZAUFANIA DO POCZTY

    nie mam obecnie dziewczyny (…) co jest ze mną nie tak? (…) może nie jestem w stanie dzielić się swoimi najgłębszymi uczuciami ? a może w ogóle nie mam żadnych głębokich uczuć ? albo jestem po prostu bardzo wybredny ? możliwe. ale kiedy ma się trzydzieści dwa lata, to nagle świta w głowie myśl, że granica między wybrednością a nieudacznictwem może być bardzo cieniutka

    (promocja w merlinie była)

    no.

    kiedy zupcia miała lat między 6 a 8, ojciec jej, epitety pominę, zabrał ją i brata jej młodszego, do cyrku.
    z cyrku zupcia wróciła zapuchnięta i fioletowa od płaczu, z łzami jak grochy po policzkach płynącymi nosem zasmarkanym oraz gardłem od darcia się zdartym.
    od darcia się wniebogłosy : ja chcę kota w paskiiii !!! kup mi kota w paskiiiiii !!!!!!! JA CHCĘ KOTA W PASKIIIIIIIIII !!!!!!!!!!!!

    że „przepracowana żałoba” ? „indoktrynacja w głowie” ?
    żałoba mon cul !
    starcza może na dziesięciominutowe mignięcie w drzwiach, nie na cały wieczór w towarzystwie.

    pfff


    • RSS