zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 2.2006

    to takie banalne
    zasypiać nos w nos
    i budzić się
    ramię w ramię

    oprócz gigant niusa robolowego, który objawił się wczoraj wieczorem i zaowocował zupy obecnością w robo o godz. 8 z kawałkiem, w dniu urlopowym, zaznaczam, supergigant nius osobisty i osiągnięcie dn(i)a :

    POMARAŃCZOWY SFETER ULEGŁ SKOŃCZENIU !

    fotki w dniu jutrzejszym
    (tera idę zabawiać krostowatego)

    nieeee nooooo, W OGÓLE się NIE VQRVIŁAM.
    po seansie ladies in lavender zapragnęłam gorąco zaposiąść płytę z muzyką z filmu. poszukiwania na merlinie nie wykazały obecności tejże, a kupon na zniżkę w empik.com kusił eleganckim kodem. pomyślałam sobie raz zupie śmierć i wkroczyłam w świat wirtualnych zakupów sklepu zza winkla (bo wiecie, zuppenoffice to tuż koło empika jezd), dziesięcioprocentowym rabatem skuszona.
    jak szaleć, to szaleć, zdecydowałam, i do muzyczki z ladies in lavender dorzuciłam sobie filmik z piękniuchim Edziem Nortonem (25ta godzina) oraz ksionżeczkę, a dokładniej Miłość Toni Morrison, bo koszelancja lasencja zachwalała wielce.
    sklep empik.com ucieszył się bardzo z mojego zamówienia, i radość swą wielką okazał tym, że nie chciał, żebym mu to zamówienie potwierdziła i bym go poinformowała, w jaki ja sposób pragnę być w w/w artykuły zaopatrzona.
    (no bo wiecie, empik.com to taki sophisticated jest, i można sobie zażyczyć dostawy do domu/biura/teściowej, lecz równie dobrze można odebrać bambetle w którymś z ich salonów.
    no, a jako że, jak już wspomniałam, jeden z nich mam pod nosem, a poczta jak funkcjonuje, każdy widzi, to… allle, allleeee ! nie o tyyymmmm miało byyyć !!!)
    no więc empik.com bardzo się ucieszył z mojego zamówienia, i w związku z tym nie pragnął bym je potwierdziła. tak TRZY RAZY nie pragnął. (i w tym właśnie momencie się PO RAZ PIERWSZY NIE VQRVIŁAM)a ja, gópia zupa, uparłam się jak osioł (no bo wiecie. ladies in lavender i bosski Edzio, nie ? się rozumie, no !) i za czwartym razem przełamałam tę empikową uciechę i zamówienie potwierdziłam. a co. empik radośnie odpowiedział mi towary wysyłamy w ciągu 2-3 dni. 14 lutego mi tak powiedział. a 16 go przysłał radosnego majla zapraszamy po dobiór zamówienia numer pierdyliard pięć w dniu DWUDZIESTEGO PIERWSZEGO LUTEGO.
    rozumiecie. 2-3 dni od 14 lutego = 21 lutego, a ja się NIE VQRVIŁAM PO RAZ DRUGI.
    22 go lutego (dałam im dzień zapasu, w celu oszczędzenia nerwów moich oraz boguduchawinnej empikowej obsługi, gdyż nie pragnęłam się NIE VQRVIAĆ PO RAZ TRZECI w przypadku gdyby okazało się, że moje zakupy jeszcze nie dotarły na miejsce) udałam się pod wskazany w majlu adres, na wskazane w majlu miejsce (drugie piętro, koło działu książki, zagrypsiła obsługa klienta). po piętnastu minutach nurkowania Miłego Pana z punktu Info pod biurkiem oraz mojej stopniowej acz nieubłaganej przemiany kolorystycznej stało się jasne, że właśnie, mimo wszelkich moich starań, jednak NIE VQRVIŁAM SIĘ PO RAZ TRZECI. Miły Pan z punktu Info głosem w którym brzmiało współczucie i pokajanie poprosił mię o udanie się na piętro wyżej, gdyż jeżeli większość artykułów jest z multimediów, to paczka może być na tamtym dziale
    czy się VQRVIŁAM ? alesz skąd… WCALE SIĘ NIE VQRVIŁAM PO RAZ CZWARTY, NO BO PO CO ???
    zgrzana, spocona i z twarzą koloru mojego puchowego płaszczyka (malinowy) wściekłym krokiem udałam się piętro wyżej, gdzie – cudownym cudem – przesyłka dla mnię łaskawie się odnalazła.
    i kiedy już myślałam, że wyjdę z miejsca kaźni bez kolejnego vqrvienia (jakoś cudem udało mi się olać pana praktykanta na kasie, który był robotem wybitnie jednozadaniowym, i kiedy mówił, nie potrafił nabijać kodów, i dzięki któremu stałam przed kasą i spływałam potem przez kolejne cenne wcale NIE VQRVIONE minuty), kiedy zdecydowałam – no gópia zupa, gópia do bólu – że opuszczę sobie empik krokiem swawolnym i do domu się udam nad kreacją na wieczorną kolację rozmyślać…
    nie wiem, jak Wy na to reagujecie, mnie w każdym razie za każdym razem, kiedy przechodzę przez bramkę, a ta zaczyna drzeć japę niemiłosiernie, stają przed oczyma wszystkie sceny z książek szpiegowskich, kiedy to tajni agenci zmuszali dyplomatów (ojjj, no i co z tego, żem nie dyplomata ? mam za to wiele innych zalet !!!) do współpracy wkładając im do kieszeni film porno i torebkę landrynek, co skutkowało oskarżeniem o kradzież i ruję oraz poróbstwo oraz szantażem w w/w tematach, i robi mi się gorąco duszno i czerwono przed oczyma. a moja żądza mordu (na biednym jednozadaniowym robocie marki praktykant, który ponieważ wbił ceny, to nie mógł zabezpieczeń rozmagnesować, logiczne, przecież, nie ?) osiąga poziomy mocno alarmowe i grożące zerwaniem tamy oraz zalaniem okolicy.
    taaaaak. w ten sposób NIE VQRVIŁAM SIĘ PO RAZ PIĄTY.
    na czym jednakże historia mego NIE VQRVIENIA się nie kończy.
    historia kontynnuje się w niuzuppenhausie, w którym to ja, zupa marki podjarana, rozpakowuję moje nowe nabytki i kątempluję ich zawartość. i uwagę mą przyciąga napis na 25 godzinie : oszczędź 40 złotych ! stara cena : 79,99, nowa cena 39,99 ! i zajewielkie cyferki na okładkie 39,99 ! oznajmiające mi radośnie, że właśnie, oto, niniejszym, w majestacie szanownego empiku dałam się z letka na cacy wybzykać.
    i to w dodatku bez mojej przyjemności : ten sam film na empik.com kosztuje… 44,99…

    i nie. WCALE się nie vqrviłam. no bo po #$%&^* zasadniczo, prawda ?

    po wielu latach głoszenia przeciwnego sądu, stwierdzam ostatnio, że jednak… myślenie boli

    iguana3.JPG
    tęsknię za Meksykiem

    nie chce mi się
    nie chce mi się nie chce mi się nie chce mi się
    nie chce mi się

    o.

    a może to rzeczywiście jest tak, jak kiedyś mi powiedział mi A., mój niedoszły arabski kochanek, obecnie porządny mąż żonie i ojciec trójce ślicznych dzieciaków ?
    że problem nie tkwi w nich, że problem tkwi we mnie ?
    że kiedy tylko wyczuję szóstym zmysłem, że sytuacja zaczyna wyglądać poważnie, że skończyła się zabawa w zaangażowanie, że trzeba się będzie za chwilę naprawdę zaangażować, że padną deklaracje i trzeba będzie podjąć poważne decyzje oraz zobowiązania, ja zadzieram ogon, biorę nogi za pas i… tyle mnie widzieli ?
    może ja rzeczywiście jestem damską odmianą Piotrusia Pana ?

    w łikęd byłam na dwóch filmach. jeden niezły, drugi powalający.
    ten niezły, to dowód, Gwyneth Paltrow, Anthony Hopkins, miód i wanilia, każdy wie.
    ten drugi, to Lawendowe wzgórza, noszące taki tytuł absolutnie nie wiem, dlaczego, bo lawendy ani milimetra tam nie zauważyłam (tytuł oryginalny brzmi Ladies in lavender, ale tak czy tak, one w lawendach się raczej nie objawiają).
    prosta historia o dwóch siostrach, w sile wieku, że tak to eufemistycznie ujmę, żyjących w Kornwalii, które pewnego pięknego poburzowego dnia znajdują na swojej plaży tajemniczego poobijanego z lekka młodzieńca, uratowanego prawdopodobnie z zatopionego statku, i nie mówiącego ani słowa w ich języku.
    historia banalna i prosta, śmieszna wręcz czasami, gdy jedna z sióstr – pani około 50 – 60 letnia na oko – zakochuje się w młodziaku, albo kiedy zazdrosny o piękną Rosjankę doktor donosi na „szpiega” na policję (bo to lata trzydzieste, hitleryzm się szerzy, a młody – Polak, swoją drogą, aczkolwiek grający go aktor Polakiem bynajmniej nie jest – niemieckim biegle włada), ale i poruszająca, wzruszająca, i taka… serdeczna.
    o przełamywaniu barier : tej, językowej, i tej – nieufności, jaką mieszkańcy małego miasteczka odgradzają się od obcego.
    a wszystko przy okazji pięknie sfilmowane – niemal jak w Dziewczynie z perłą, każde ujęcie to obraz.
    tylko tam były oleje, tutaj – są akwarele…

    update : Ladies in lavender – kobiety w kwiecie wieku – dzięki Beerman !

    nigdy nie byłam jakoś przesadnie elokwentna. jednak mój obecny zupełny zanik umiejętności z tego zakresu zaczyna mnie z letka przerażać.

    Beigbeder twierdzi, że miłość trwa trzy lata
    w pierwszym roku unosisz się w obłokach i nie możesz przetrwać dziesięciu minut bez ukochanego
    w drugim cieszysz się, że rozumiecie się w pół słowa i nie przejmujesz tym, że nie kochacie się już tak często, jak dawniej
    trzeci poświęcony jest na jedną z dwóch rzeczy na „r” : rozwód lub rozmnażanie, przy czym dwa na trzy rowodzące się paryskie małżeństwa procedury rozwodowe rozpoczynają właśnie w tymże feralnym trzecim roku.

    coś w tym musi być. „pierwszy rok” tłumaczy mą zupełną beztroskę w temacie nieoficjalnych informacji nt. paryskich refleksji o zasadności istnienia warszawskiego biura.
    lizał ich pies, i te małe pieski też.
    ja tymczasem pochodzę po obłokach.

    no. nareszcie. nareszcie skończył się ten tragiczny styczeń, który trwał już od trzech lat, conajmniej, i który jakoś nie mógł się zakończyć.
    ten, w którym zdążyłam zaliczyć Brazylię, Paryżewo, siedem godzin na lotnisku w Amsterdamie, przeprowadzkę, pierwszą wizytację krostowatego na nowych śmieciach oraz spotkanie z jego rodziną na jego śmieciach.
    zdążyłam się przekonać, że są ludzie, z którymi nie jestem w stanie nawiązać kontaktu (pani właścicielka niu hausu)- co do tej pory wydawało mi się niemożliwością, pozbawić zuposiostrę pracy (aczkolwiek to akurat (ex?)prawowity), a siebie środków do życia na najbliższych kilka miesięcy.
    zdążyłam zaliczyć kilka poważnych rozmów z (ex?)prawowitym i jedną całkiem niepoważną obrazę majestatu.
    a, i mało brakowało, a zdążyłabym złamać szczynszylowi łapę, tak w ostatniej chwili, rzutem na taśmę, wczorajszego wieczora.
    już nie mówiąc o zaliczaniu parzystych mych urodzin, psiajegomać.

    niech ten luty będzie spokojniejszy, coooo ?


    • RSS