zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 10.2005

    czy naprawdę, żeby facet za coś się wziął, trzeba mu przystawić nóż do gardła ?
    czy naprawdę, żeby facet zrozumiał, że mu na kimś zależy, ten ktoś musi sobie znaleźć innego kogoś ?
    czy naprawdę, żeby facet wziął się za naprawianie czegoś, to coś musi być już kompletnie zdemolowane ?

    takie tam, pytania retoryczne.

    no

    9 komentarzy

    wódki i biletu do Australii !

    nie piszę, bo skupiam się na słuchaniu świeżoodkrytego Paolo Conte i jego Sparring Partnera, planowaniem, co zabiorę ze sobą do Brazylii (dziwne, wyjazd za dwa tyg do Meksyku tak mnie nie pasjonuje), oraz pisaniem dziesiatków majli dziennie.
    i naprawdę nie potrafię, i nie chcę pisać o zakręcie, na którym moje życie się właśnie znajduje, i jaki to będzie miało wpływ na przyszłość.
    no i przecież – W MOIM WIEKU pewnych rzeczy już nie wypada robić, nespa ?

    czuję się dziś dość… niezdecydowanie

    Word.jpg

    co by tu napisać o weekendzie, którego 1/3 spędziłam sama samiuteńka, kolejną 1/3 na spotkaniu szynszylomaniaków, które zmęczyło mnie bardzo swoją jałowością (trzeba było pojechać na sobotę), a kolejną 1/3 przytulając się czule do komputera na którym migał msn messenger ?
    może to, że fakt istnienia facetów, którzy poniedziałkowym przedpołudniem przysyłają kwiaty z : Brazylii i okazji braku okazji ciągle rozkłada mnie na obie łopatki ?

    zamieszczony na zdjęciu poniżej krostowaty import z południa parę miesięcy temu został oddelegowany przez swego pracodawcę na roboty do kraju piór, stringów i samby, czyli Brazylii.
    roboty przebiegły na tyle pomyślnie, że stringersi zaproponowali mu powrót do swego pięknego kraju w celu kontynuowania rozpoczętego dzieła. powrót przewidziany był na 26 sierpnia, co zasmuciło zupę nieco, gdyż po zadzierzgnięciu pierwszego, całkiem interesującego, kontaktu w kultowym St Hilaire du Touvet na początku sierpnia, zakończonego zachęcającym jeśli będziesz w Paryżu, to się odezwij, moglibyśmy się spotkać, wyobraziła sobie ona mianowicie jakąś uroczą kolacyjkę w jakiejś uroczej paryskiej knajpie, a kto wie, może i jakiś uroczy kawałek łikędu w towarzystwie w/w krostowatego importu z południa, który oprócz w/w jest długi, chudy (rzeźba w drucie, tak), i jak można zaobserwować na załączonym obrazku, z NOSEM – czyli posiada wszystko to, co zupy lubią najbardziej.
    tak więc przewidywana feralna data 26 sierpnia smuciła zupę nieco przez dwa tygodnie, kiedy to krostowaty przebywał w kraju swych przodków na obrzeżach Półwyspu Iberyjskiego, a zupa walczyła ze Słowackimi i Słoweńskimi warunkami pogodowymi.
    następnie jednakowoż nastąpił tryumfalny powrót szanownego pana w podparyskie pielesze oraz nawrót majlotoku.
    majlotok rozpoczynał się zdaniem chyba złamałem sobie stopę na imprezie a kończył chyba pójdę do lekarza, czarno widzę mój wyjazd do Brazylii.
    jak się okazało – przypuszczenia się sprawdziły. krostowaty import z południa tak zabalował na pożegnalnej imprezie w kraju przodków, że złamał sobie stopę. pan lekarz założył gipsik i nakazał siedzenie na czterech literach przez co najmniej miesiąc.
    zupa nie przyzna się przecież, że decyzja pana lekarza sprawiła jej dziką przyjemność, nie przyzna się, prawda ? no. no więc – się nie przyznaje.
    przepisowy miesiąc upłynął 26 września, 22 września krostowatemu zdjęli gipsik a założyli specjalny ortopedyczny bucik. i kazali go nosić przez miesiąc jeszcze. i najlepiej nadal nie jechać do Brazylii. na to krostowaty się zjeżył z letka plując jadem oraz przekleństwami pomiędzy które wplatane było co jakiś czas no przecież w końcu mnie zwolnią i postanowił wrócić do stringersów na początku października na własną odpowiedzialność.
    wyjazd przewidziany był na miniony poniedziałek. w poniedziałek dzwoni wiesz kochanie, tutejsi poprosili mnie, żebym pojechał jutro. jutro, czyli wczoraj, czyli we wtorek. grejt, pomyślała zupa sobie. wszak telefony do Paryżewa tańsze są od telefonów do Kurytyby, a i różnica czasu jakby dużo mniejsza.
    wczoraj wieczorem krostowaty dzwoni koło 22h45 (samolot 23h z kawałkiem) właściwie to nie wiem, czy dzwonię, żeby ci powiedzieć do widzenia, bo wyobraź sobie, że jechałem taksówką na lotnisko, i potrąciliśmy DZIKA. na takiej dużej drodze, normalnie potrąciliśmy dzika. i musiałem zadzwonić po kolejną taksówkę, i zanim ona przyjechała, to minęłoooo. a potem w dodatku okazało się, że na obwodnicy są prowadzone roboty drogowe i są KORKI (za piętnaście jedenasta w nocy, tak. KORKI) i w tej chwili mam 50 minut do samolotu, a jestem jeszcze w Paryżu (a lotnisko od Paryżewa ze 30km) i tu też są KORKI, i naprawdę nie wiem, czy zdążę…

    fatum, panie dziejku, FATUM nad tym wyjazdem wisiało

    (krostowaty już w Sao Paulo, czeka na przesiadkę do Kurytyby. ehhhh)

    nos.JPG

    oko2.JPGoko1.JPG

    tak, chyba idą zmiany. w każdym razie – bilet do Sao Paulo zarezerwowany…

    - moi, je prefere Ally Mc Beal, je m’identifie plus
    - c’est sur une jeune femme a la recherche de l’amour ?
    - ouais
    - ne cherches plus

    *to straszne, jak bardzo nie moge pisac o tym, co sie dzieje.*


    • RSS