zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 9.2005

    tygodnia, czyli poszła zupa do doktora. a doktor :
    - powinna pani do końca tygodnia leżeć w łóżku

    aaaaale się ubawiłam !

    J-2. jutro wielki wyjazd, paryżewo łelkam tu. szykuje się absolutnie wyjątkowy powitalny komitet na lotnisku w postaci kulawego Portugalczyka z niechęcią do kwiatów czerwonych dywanów i dzieci, potem dwa dni spotkań, niestety, żadne z nich nie będzie tym rekrutacyjnym, no trudno, potem portugalski weekend w miasteczku pod Wielką Wsią, a co ja na to ?
    (a ja na to, jak na lato – wybaczcie ten wtręt, tak mi się narzuciło na klawiaturę)
    a ja na to : 37,5′C, głos przepity, nos zatkany, istniejące kości.

    (a ja na to, jak na lato, parara)

    poniedziałek : wywalono nas z knajpy
    wtorek : położyłam się nawet przed północą, ale za to – niezamierzona pobudka o 4h34,
    środa : w domu koło drugiej nad ranem
    czwartek : podobnie plus bonus w postaci długiej rozmowy z wielkim białym uchem
    piątek : znajomi do pierwszej

    Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaadawca wątroby pilnie poszukiwany

    otwieram codziennie mego blogusia, wpisuję kolejny inteligentny tytuł, i… nic. ciemność widzę, widzę ciemność.
    autocenzura zakłada mi na myśli kapturek, taki, jak wiecie, sokolnicy (???) sokołom zakładają, żeby nie były podekscytowane natłokiem bodźców z zewnętrznego świata.
    przydałoby mi się to samo : czarny kapturek na oczy i nie widzieć nie widzieć nie czuć nie czuć nie czuć.
    na razie stosuję to w miejscach publicznych, ale nie ma byka – kiedyś się wytrenuję, kiedyś zastosuję to i w życiu osobistym.

    (non, ceci n’est pas un texte dedicace. c’etait juste pour donner un titre :) )

    co ja poradzę, że ostatnio w moim życiu tylko tematy nie nadające się na blogusia.
    moja radość życia gdzieś sobie poszła i ujawnia sie tylko wtedy, gdy widzę pewne portugalskie nazwisko na wyświetlaczu telefonu albo w skrzynce mailowej – tu ostatnio pojawia się nawet dość często.
    ciągle walczę z żabolandią, ostatnio przypomniałam sobie, że jeden z moich najlepszych kumpli pracuje w tamtejszych ludzkich, nie omieszkałam się z nim skontaktować. rozmawiałam z jego szefową, która – jak się okazało – właśnie zajmuje się problemem ludzi pracujących w filiach i ich możliwości awansowania w ramach frmy. z tego stanowiska już pewnie nic nie będzie, ale może pojawi się jakieś inne…? i czemu to ZNOWU JA się biję ? i czy zamierzam kiedyś przestać ? może by się przydało zająć wreszcie SOBĄ a nie wywalczaniem lepszego świata dla innych ? ba jak znam życie i siebie, kiedy już go wywalczę – zmienię robotę. na taką, w której znowu będę myślała, że tym razem będzie spokój, i znowu będę musiała walczyć.

    a poza tym – tak, przyznam się, co mi tam : znowu uciekam.

    ***

    4 komentarzy

    w Mr. & Mrs. Smith najbardziej mi się chyba podobało, kiedy on naparzał ją w brzuch, a ona przydzwoniła mu obcasem w klejnoty.

    kiedy już w drodze do fabryki obmyśliłam sobie cudowny plan zarabiania ciężkich pieniędzy za pomocą wystawiania muchy-słonia w cyrkach (podążając przykładem człowieka-słonia, co uwolniłoby mnie od codziennego wstawania o porze nieprzyzwoitej i ułatwiło cowieczorne życie towarzyskie, zastałam muchy trupa wśród płożącego się po podłodze kwietnego listowia.

    po biurze lata mi GIGANTYCZNA mucha.
    mucha MUTANT.
    mucha genetycznie modyfikowana.
    mucha wielkości myszy, co ja mówię – konia, co ja mówię – SŁONIA !
    za chwilę siądzie na mnie swoją wielką d a ze mnie wyprysną flaczki.
    zupełnie tak, jak by wyprysnęły z niej, gdyby była taką tam normalną muchą wielkości spasionej muchy i gdybym poczęstowała ją nowym przemysłem przez spasiony tyłek.

    boSh, coraz głupsze te moje tytuły

    dziś walczę.
    moja depresyjna cisza była li i jedynie ciszą przed depresyjną burzą. ponieważ – oczywiście – nie potrafię zaatakować tego, co NAPRAWDĘ by chciała zaatakować, znajduję sobie cele zastępcze.
    celem zastępczym na dziś jest dział zasobów ludzkich tej zdziry, mojej zagramanicznej matki żywicielki, od której dostałam list następującej treści :
    Madame,
    Nous avons bien recu votre candidature et sommes sensibles a l’interet que vous portez a notre Groupe.
    Nous vous informons que nous ne pouvons y reserver une suite favorable malgre toute l’attention que nous lui avons portee.
    Toutefois, nous conservons votre candidature, afin de nous y referer [bla bla bla]

    tłumaczenie ?
    ależ proszę bardzo :
    Szanowna Pani,
    Otrzymaliśmy pani aplikację i bardzo dziękujemy za zainteresowanie naszą Grupą.
    Informujemy panią, że nie możemy dać pani pozytywnej odpowiedzi, mimo zainteresowania, które wzbudziła w nas pani kandydatura.
    Niemniej jednak, zachowujemy pani aplikację, by móc odwołać się do niej [bla bla bla]

    (tak, tłumaczenie dość wolne, proszę się nie czepiać)

    innymi słowy – list z gatunku masowych, które wysyła się do wszystkich i byle kogo, kto tylko jest na tyle głupi, by wysłać im swoją kandydaturę. oczywiście – z zewnątrz.

    pierwszy krok : telefon do HRów już wykonany. rzeczywiście – wg nich NIE JESTEM pracownikiem firmy.
    drugi krok : list do prezesa, żądający wykreślenia mnie i TYSIĘCY, bo zdzira zatrudnia poza granicami żabolandii ŁADNYCH PARĘ TYSIĘCY ludzi, którzy są w takiej samej sytuacji, z rubryki „zatrudnieni” w następnym raporcie rocznym – albo zapewnienia nam takich samych praw. bo obowiązki już mamy – w toku.

    będzie się działo ?
    mam nadzieję

    update : horoskop na dziś :
    Koziorożec
    22.XII – 19.I

    Dzień raczej korzystny i sprzyjający konstruktywnym działaniom. Sprawy, od których wiele zależy rozwiążą się dla Ciebie korzystnie. Współpracownicy bardzo chętnie włączą się do Twoich działań. Już wkrótce roblemy finansowe przestaną być powodem Twoich zmartwień.

    jednak te głupie horoskopy czasem do czegoś służą. zupo, DO BOJU !

    coś nie po drodze mi ostatnio z moim życiem. bardzo nie po drodze. kłócimy się, rzucamy w siebie paniami prowadzącymi się lżej, niż mercedes, podstawiamy sobie nogi, wystawiamy język za plecami.
    męczące. naprawdę męczące jest takie życie z pokłóconym życiem.
    a ja nie lubię się męczyć, oj jak bardzo nie lubię. więc po kilku cichych dniach i białych nocach, kiedy to w worki pod moimi oczyma można było ziemniaki kilogramami pakować, obmyśliłam wreszcie PLAN. prosty, wręcz banalny w swej prostocie, a jednocześnie prostotą swą błyskotliwy.

    zamierzam, otóż, upozorować własną śmierć.

    tak, wiem, że brzmi to kontrowersyjnie, ale po głębszym zastanowieniu, dla mnie płyną z tego same plusy :
    1 + : moja mamuśka zgarnia sporą kasę z moich rozlicznych ubezpieczeń,
    2 + : spłaca z nich mojego najwierniejszego przyjaciela kredyta i jeszcze starcza jej na wykończenie domu
    3 + : oddaje mieszkanie prawowitemu – na otarcie łez
    4 + : ja w tym czasie kupuję sobie jakieś lewe papiery i schrzaniam na nich do, powiedzmy, Afryki, gdzie haruję ciężko przez całe ranki, jako wolontariusz
    5 + : załapuję w tejże Afryce jaką malarię albo inne świństwo i umieram młodo (no, w miarę)

    i wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

    a ja się wyrywam z tego pieprzonego zaklętego kręgu, w którym brak prawdziwych emocji oraz obecność wydumanych problemów maskuję coraz to nowymi zakupami, coraz droższymi zabawkami, coraz bardziej ryzykownymi zajęciami, coraz debilniejszymi substytutami.

    nie mówiłam, że nie po drodze mi z moim własnym życiem…?


    • RSS