zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 6.2005

    …własnej firmy się precyzuje.
    będę musiała pojechać do Scyzorykowa.

    tymczasem – dopieszczam prezentację na jutrzejszy spęd w paryżewie.
    jak wrócę z kopyta ruszy akcja szato.

    muszę się przyłożyć – mimo wszystko, jeszcze tu poharuję.

    tak

    7 komentarzy

    się przymierzam do tej notki, jak do jeża.

    w celu nie zbłaźnienia się w Egipcie, w którym panują czterdziestostopniowe upały, ubieracie się w piankę 5mm, zakładacie całą resztę rynsztunku, i na uginających się nogach wchodzicie do morza czerwonego.
    po piętnastu minutach drżycie jak osika, macie fioletowe usta oraz siną twarz.
    bo przecież co to jest, 40 st Celsjusza w cieniu, pf.

    drugim sprawdzonym sposobem na ABSOLUTNIE NIEZBŁAŹNIENIE SIĘ jest wycieczka do klasztoru Św. Katarzyny. na wycieczkę tą zakładacie długie lniane spodnie oraz białą lnianą bluzkę z długim rękawem. w trakcie wycieczki stwierdzacie, że coś Was dziwnie plecy swędzą. po powrocie natomiast – że zostaliście galancko poparzeni (przez bluzkę z długim rękawem, przypominam) oraz uaktywniło Wam się uczulenie na słońce.
    cóż to dla mnie, poparzyć się przez bluzkę z długim rękawem, pf. przecież nie posmarowałam się kremem z filtrem 40, więc logiczne, nie ?
    pf.

    wróciłam.
    mam :
    - alergię na słońce
    - alergię na wielbłądy
    - niejasne myśli
    - gigant niewyspanie
    - nowego wielbiciela
    - setki fotek
    - patent nurkowy
    - skarabeusza
    - oko Horusa

    nie mam :
    - czasu
    - głowy
    - opalonego ciała
    - świadomości, który to był gorejący krzak
    - siły do roboty
    - chęci do roboty

    wczoraj przespałam cały dzień, chodzę naćpana cetalerginem i ciągle jestem głodna.

    oko Horusa
    Eye.jpg

    kora nadrzewna
    Kora.jpg

    donica hotelowa
    Donica.jpg

    zazdroszczę ludziom, którzy kupują książki wtedy, kiedy nie mają już nic do czytania.

    widziałam w sobotę – latając z obłędem w oczach po centrum za zwykłymi lnianymi spodniami w lnianym kolorze – policjantów z oddziałów szturmowych, okutych w zbroje po zęby. myślałam, że będą rozpędzać „manifestantów”, nawet chciałam się zapytać – nie wstyd wam ? z pałami na spokojnych, bezbronnych ludzi ? jak za „dawnych dobrych” czasów ? na szczęście nie zapytałam. mam nadzieję, że Kaczucha I Fałszywy przepadnie w prezydenckich.

    że niby dziś wyjeżdżam, prawda ? trzymajcie kciuki za mnie.

    o. jak zwykle ostatnia, ale comitam.

    1. Złap najbliższą książkę.
    2. Otwórz ją na 123 stronie.
    3. Znajdź piąte zdanie.
    4. Obublikuj je na swoim blogu razem z tą instrukcją.
    5. Nie szukaj najfajniejszej książki, jaką można znaleźć. Użyj tej, która faktycznie leży najbliżej Ciebie.

    hahaha, macie :

    Do analizy i wyceny przekazano do firmy D&M listę pozostałych 170 złóż, z tego :
    * 46 złóż ropy naftowej o zasobach potwierdzonych 16,5 mln ton;
    * 124 złoża gazu ziemnego o zasobach zatwierdzonych 139,78 mld m3 (w wielkościach naturalnych).

    nie ma to jak dobre lektury ;)

    i teraz siedzę i kombinuję, jak koń pod górę z pustym wozem.
    nie nie i jeszcze raz nie. nie ma nawet takiej możliwości.
    skup się, zupa. nie daj się, zupa. allez, zupa, allez, zupa !

    no.

    że umówiłam się na Niemal Randkę w poniedziałek, nie ? ojjj, no wiecie, z tym tam bo przyjeżdżał do wszawy, bo Ważna Konferencja wczoraj była, więc przyjechał, w przeddzień.
    no i umówiłam się z nim w Najlepszej Pizzerii Wszawy, z myślą na pewno się zgubi.
    nie zgubił się. pewnikiem dobrego taksówkarza trafił, nie ma co. zresztą nie może być zły taksówkarz, który na hasło proszę mnie zawieźć pod pizzerię taką siaką na ulicy owakiej odpowiada a pan jest pewien, że pan chce do tej pizzerii ? bo wie pan, ja dobrą agencję towarzyską znam…, no nie ? nie może być zły.
    poza tym szłam na spotkanie z zimnym potem i migotaniem przedsionków, oraz czułą myślą pod własnym adresem zupo, (tak, tak, tak się identyfikuję z mą postacią blogową, że myślę o sobie per „zupo”) ty głupia dupo, przecież to palant jakiś na pewno jest, ty tam UMRZESZ pod stołem !!!.
    nie umarłam.
    mało tego, z powodu niemożności przerwania rozmowy oraz zamykania pizzerii przenieśliśmy się do pobliskiego klubu, w którym to – tak, to już było przegięcie, wiem – właśnie odbywał się koncert mojego ulubionego basisty jazzowego. ostatni raz na jego koncercie byłam będąc młodą lekarką na pierwszym roku studiów.
    w związku z tym, znowu nie umarłam.
    mało tego, z tego cholernego klubu nas WYRZUCILI, bo zamykali.
    a tu dyskusja nie zakończona, no jak oni w ogóle mogli tak postąpić.
    potem zaczął się letki hard core, albowiem kolega niedwuznacznie zasugerował, że on by chętnie do mnie na kawę wpadł. taaaaaaaaaaaaaaaaaaaaak.
    pomijając słodko śpiącego prawowitego, to właściwie, ŁAJ NOT, nieee ?
    na szczęście moja powszechnie znana mocna głowa nie dała się otumanić dwóm piwom i trzem krwawym maryśkom, i zareagowała błyskawicznie, a kolega…
    wiecie, to jest w ogóle nieprzyzwoite, żebym JA tak na MOIM WŁASNYM BLOGUSIU, tak dobrze o jakimkolwiek chłopie mówiła. no mówię Wam, szlak mię trafia, oraz, jak to mówią francuzi, gębę mi wyrywa. ale NIE MOGĘ, po prostu NIE MOGĘ inaczej. bo kolega po prostu zachował się przyzwoicie. odholował do domu, powiedział do zobaczenia na konferencji i pojechał. w ogóle niesamowite.
    nie usiłował mi się wepchnąć do domu, nie próbował dyskutować, przekonywać, NIC.
    i nie mówcie mi, że ZROZUMIAŁ, co do niego powiedziałam, bo w wiele rzeczy uwierzę, ale nie w rozumiejącego faceta. wszak to oksymoron. zupełnie jak sformułowanie „niewinny facet”, które to wypomniała mi ds.
    w każdym razie kolega grzecznie zwinął się i pojechał do hotelu, a ja, cała zadowolona wzięłam i wylądowałam w łóżeczku.
    a najgorsze było to – ratunku – że na drugi dzień, czyli wczoraj, poszłam z nim na obiad. i tak bardzo z nim poszłam na obiad, że przez to wszystko przegapiłam zderzenie trzech tramwai niemal pod samym oknem mego biura oraz korka giganta przez resztę dnia.

    może ja już nie będę więcej się umawiać z absolutnie beznadziejnymi facetami, w których towarzystwie mam umierać z nudów oraz pluć sobie w brodę z powodu mych debilnych umawialnych pomysłów, co ?
    może już lepiej nie.

    jeszcze w dodatku w poniedziałek rano przywitano mnie telefonem z zaprzyjaźnionego dziennika zapraszającym na wyjazd szkoleniowo-integracyjny do Egiptu. na tydzień. za całkowite friko. ZA TYDZIEŃ.
    no przecież ja NIE MOGĘ tam pojechac. na tydzień za tydzień. no przecież dwa tyg latania w lecie i długie wakacja w listopadzie. no przecież to ZA TYDZIEŃ.
    no przecież człowiekowi się TAKICH RZECZY nie robi z samego poniedziałku, noooo !!!

    i jak ja mam dziś pracować, no jak ???

    zaczęło się niewinnie, jak zwykle. na tlenie zagaiłam
    - o, Wielka Orkiestra otworzyła sklepik w wola parku, może się przejadę jutro
    laska na to zareagowała oszczędnie
    - a co, szabę spławiasz na łikęd ?
    - ano.
    odpowiedziałam
    - przejechałabym się do wola parku, może tam by mieli dla mnie sukienkę niedwuznacznie dorzuciła ona.
    - no to pojedź ze mną, grzecznie zaproponowałam, czym podpisałam na siebie cyrograf.
    zgodnie z cyrografem dzisiejszego ranka, tuż po trzynastej, pojawiłam się wraz z brykom mom wypolerowanom na ulicy Rozbrat x, i ile fabryka dała na zakupy wyrwałyśmy.
    a na zakupkach tu kawka, tam pralnia, tu sklep jeden, tam sklep drugi, przy szuz szopie stwierdziłam zasadniczo to ja bym sobie sandały kupiła, takie na płaskim, w związku z tym zanabyłam, drogą kupna, oczywiście, buty na ośmiocentymetrowym koturnie (co oczywiście było laski winą), następnie włócząc się tam i siam, sterty kapeluszy letnich przymierzając i nieudanych sukienek oglądając, w Niebezpieczne Miejsce dotarłyśmy.
    Niebezpieczne Miejsce charakteryzuje się tym, że laskaone przed wejściem do tegoż mówi o, a to jest mój nowy nałóg. zapamiętajcie to sobie. jeżeli laska tak wam w JAKIMKOLWIEK miejscu na ziemi powie, to NIE DAJCIE SIĘ TAM NAWET KOŃCMI ZACIĄGNĄĆ, pamiętajcie. bo to się NAPRAWDĘ źle kończy.
    ja jednak, zupka pierwsza biedna, nie wiedziałam tego. ja WESZŁAM.
    laska nawijała bo mówię ci, tu jest super bielizna, i w dodatku niedroga !, a ja rozglądałam się wokół sceptycznie i nieufnie. w końcu wyplułam z siebie ale wiesz, ja szukam czegoś ciemnobrązowego, bo kupiłam sobie ciemnobrązową ażurową bluzkę, ale widzę, że tu nie… zacięłam się, ciemnobrązową bieliznę na wieszaku ujrzawszy. no dobrze, pomyślałam sobie, plan nie był taki, ale jeden stanik za 99 zeta mnie nie zuboży, a do bluzki rzeczywiście pasuje, stwierdziłam, i do kasy podążyłam. i tu wpadłam w regularne sidła marketingu bezpośredniego. koło kasy stał bowiem mało zachęcający kosz z majtasami, taki, jak w hipermarketach, wiecie, z przecenionymi ciuchami. zanurzyłam w nim dłoń. metodą na chybił trafił wyciągnęłam gacie zielone. ooo, będą super pasować do moich zielonych spodni, co je sobie kupiłam w val thorens ! entuzjastycznie zakrzyknęłam. a pani grzecznie zapytała a może i staniczek do nich ? i tym swoim bezczelnie grzecznym i zachęcającym, bezwstydnie bez cienia ironii, powtórzyła tą propozycię przy każdym wyłowionym przeze mnie majtasie. a laska za każdym razem optymistycznie zakrzykiwała no przymierz zupa, zobacz, jakie zarąbiste !. pół godziny i ponad cztery stówy złotych polskich z mordem w oczach i słodkim ajhejtju na ustach, siłą wyciągałam lasencję z firmowego sklepu intimissimi.
    jakimś cudem udało jej się jeszcze zakupić absolutnie rewelacyjną, z bólem stwierdzam, kieckę oraz coś do żarcia, i świńskim truchtem opuściłyśmy to miejsce rozpusty.
    nie muszę chyba wspominać, że o sklepie Wielkiej Orkiestry przypomniałam sobie pół godziny temu, włączając komputer, prawda ?


    • RSS