zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 4.2005

    o

    3 komentarzy

    tych, którzy wpisywali pod poprzednią notką te setki pocieszających komentarzy (och, naprawdę, wzruszyłam się Waszą troską), informuję, że przeżyłam.
    że wyszło nawet bez większej skuchy, aczkolwiek bez mniejszych się nie obyło.
    że jutro o tej porze będę pod grenoblem.
    że teraz… SIEDZĘ W BIURZE.
    no, to dobranoc Państwu.

    po traumatycznym piątku i przesranej sobocie, zaskakująco udane niedzielne popołudnie.
    dziękuję, wiesz kto :)

    jeżeli przeżyję dzisiejszy dzień, będę żyć wiecznie.

    no

    8 komentarzy

    ponieważ nagła okoliczność życiowa oraz upierdliwość rodzinna do uruchomienia zespołu szybkiego reagowania przymusiły mię do wyprawy do miasta magii i noży, vel Scyzorykowa, a okoliczności fabryczne wypruły ze mnie w tym tygodniu wszystkie żyły, udaję się do w/w miasta POCIONGIEM.
    pociong, jak pociong, wiadomo – z miasta A do miasta B z prędkością C pokonuje powalający ten dystans 180 km w 3 godziny, w które to, jak wszyscy wiedzą – DZIECI SIĘ NUDZĄ.
    na szczęście, dzieci mają przyjaciół, którzy o nie DBAJĄ i wyszukują im, odpowiednie do ich umiejętności i możliwości intelektualnych, zajęcia na długie nudy godziny.
    o, na przykład takie, jak to tutaj.
    idealne dla szczynszyla. zrobię taki niebieski. super będziemy tak razem wyglądać – ja w moim niebieskim sfeterku i szczynszyl – w swoim…
    ach, jakież to będzie romantyczne !

    po mojemu to było tak : wzięły, i się wszystkie umówiły. wyobrażam sobie, jak mówi jedna do drugiej chodźcie, weźmiemy i się wszystkie na raz zupie rozjebiemy, co ? faaaajnie będzie ! zupa się wkurzy… mniodzio !
    jak postanowiły, tak i uczyniły.
    w poniedziałek pojechało po rodzinie,
    w środę po prawowitym,
    w czwartek rano zastanawiałam się, co jebnie w robocie, i czy, wg niepisanej, acz najwyraźniej zaakceptowanej przez nie zasady, będzie to w piątek.
    tu jednak niecierpliwe były, postanowiły się pospieszyć : fabryczna niespodziewanka czekała na mnie na biurku w czwartek z samego rana.

    a tydzień, qrva, się jeszcze nie skończył…

    w pewnym momencie już przestaję wiedzieć, po czyjej stronie leży racja, z jednej strony płacz w słuchawkę i pretensje o niesłuszne oskarżenia, z drugiej wściekły głos w drugiej słuchawce no przecież tak dalej być nie może, gryzie rękę, która ją karmi !, z trzeciej ja sama z ewidentnym brakiem.
    wieczór kończę zaryczana i zasmarkana po pachy, zaśnięcie wspomagam chemią, budzę się z bólem głowy i jeszcze większymi wyrzutami.
    ona to sprytnie wykorzystuje, doskonale gra mi na uczuciach i lojalności, i już tylko żałuję, że się w ogóle odezwałam, bo może rzeczywiście obecny brak dostał nóżek i sam left the building.

    moja pierwsza porażka wychowawcza.

    jednak postrzeganie religii w Polsce i we Francji stanowczo się różni.
    na onecie habemus papam – mamy papieża
    na yahoo.fr : ils ont un pape – mają papieża.

    a mnie osobiście trochę uwiera fakt, że nowy Papież swego czasu był w hitlerjugend a potem walczył po stronie nazistów.
    i niech mi nikt nie chrzani o chrześcijańskim przebaczeniu, bardzo proszę.

    za tydzień o tej porze będę wsiadać do podniebnej machinerii w kierunku na piękne miasto Lją.
    dociągniem.

    właściwie to po co ja się czeszę co rano, kiedy po dotarciu do roboty me kudły z powrotem zwisają smętnie, zupełnie jak w momencie, w którym podejmuję mą nierówną, acz coporanną, z nimi walkę ?

    ***
    skończyłam sfeter. co prawda nie ten pomarańczowy, epicki, lecz niebieski, który wygryzł pomarańczowego podstępem, niemniej jednak SKOŃCZYŁAM.
    i powiem Wam coś : DA SIĘ GO NOSIĆ.
    o czym zaświadczyć może koleżanka llenka oraz koleżanka ecik.

    ***
    otwierałam wczoraj ampułkę lakcidu w celu zaaplikowania jej dopyszcznie szczynszylowi.
    wiecie, doprawdy, nie przypuszczałam, że w jednym małym palcu wskazującym może zmieścić się aż tyle krwi !
    za to szczynszyl ramię me zaopatrzene w szczykawkę z inną ampułką lakcidu inside ofukał, skrzywił mordę okrutnie i spieprzył pod kanapę.
    czarna niewdzięczność.

    ja nie wiem.
    no po prostu nie wiem.
    przyszedł pan merlin. przyniósł mi książkę. wiecie, książka jak książka, ładna twarda okładka, w szkocką kratę opakowana, w środku DUUUUŻO kartek (kto to wszystko przeczyta ???), do niej załączona karteczka czipendejla chwilowo nie mieli w merlinie. następnym razem

    no i siedzę, i się zastanawiam. powiedzieć ofiarodawczyni, że są na tym globie jeszcze inne sklepy, oprócz merlina, czy nie… ? niby darowanemu koniu w zęby się nie patrzy, ale…
    tam może o czipendejla byłoby łatwiej…

    no

    5 komentarzy

    po upojnej kolacji w towarzystwie upojnych starej daty i czystej krwi komuchów oraz prezesów stowarzyszeń ściśle z maszerowaniem związanych o lasce kuśtykających śni mi się spotkanie z szefem oraz szefem mojego szefa w pokoju z kominkiem, z którego wychodzę gwałtownei wymiotując do mojej pięknej torebki.
    następnie pan od bokserek częstuje mnie skrętem, którego bibułka spala się błyskawicznie, a tlący się tytoń sypie mi się na ręce.

    to MUSI coś znaczyć, i na pewno jest to : „towarzysza G. nie oplujesz, siedem lat nieszczęścia cię czeka”.


    • RSS